poniedziałek, 23 października 2017
sobota, 15 lipca 2017
KSIĄŻKA - JUŻ JEST!
Kochani, dzięki Waszemu wsparciu i zaangażowaniu wydawnictwa Oficynka, książeczka już jest na świecie. Rozglądajcie się po księgarniach i w internecie, o, choćby tu:
http://oficynka.pl/pl/p/Dziennik-uciekiniera-Joanna-Sarnecka/636
DZIĘKUJĘ!
http://oficynka.pl/pl/p/Dziennik-uciekiniera-Joanna-Sarnecka/636
DZIĘKUJĘ!
niedziela, 12 marca 2017
NARODZINY KSIĄŻKI
Kochani, kibicujcie, książka właśnie się rodzi. Tworzy się okładka z pięknym obrazem Barbary Wilińskiej, tekst jest składany - dopinamy powoli wszystko co trzeba. Bardzo dziękuję wszystkim za wsparcie zrzutki. Dzięki Waszej pomocy już w drugiej połowie czerwca będziemy wszyscy szczęśliwymi rodzicami "Dziennika uciekiniera". Jeszcze raz dziękuję!
sobota, 5 listopada 2016
Zrzutka na książkę DZIENNIK UCIEKINIERA
Jeśli chcielibyście, żeby "Dziennik Uciekiniera" został wydany w formie książki, wesprzyjcie zrzutkę. Publikacji podjęło się Wydawnictwo Oficynka. Ponieważ rzecz jest niekomercyjna, konieczne jest dofinansowanie. Bardzo na Was liczymy!
https://zrzutka.pl/5rsm7s
wtorek, 20 października 2015
KONIEC HISTORII
To już koniec opowieści o podróży. Zaczyna się inna historia. Zapraszam do lektury
www.dawnotemuteraz.blogspot.com
www.dawnotemuteraz.blogspot.com
środa, 20 maja 2015
OGRÓD
Uczeń zapytał mistrza: czy to prawda, że ogród świadczy o swoim właścicielu? Czy ogród faktycznie odzwierciedla to, kim jest człowiek?
Nie - odparł mistrz - ogród nie świadczy o swoim właścicielu, nie pokazuje jaki człowiek jest, ale jaki pragnąłby być.
W takim razie - spytał przytomnie uczeń - o czym świadczy zaniedbany ogród?
O tym - rzekł mistrz - że człowiek przestał marzyć.
wtorek, 7 kwietnia 2015
OSTATNIE DRZEWO
Ciąg dalszy włóczęgi. Nie swój dom i nie moje miasto. Budzę się co rano i patrzę na gładki mur kamienicy obok, który zasłania widok na niebo. Na murze odblask słońca i cień drzewa. Tańczą na wietrze. Wiosna powoli się budzi, słychać jak na niewidocznym drzewie śpiewają synogarlice. Za każdym razem myślę: dlaczego widzę tylko odblask i tylko cień, a nie słońce i drzewo? Dlaczego muszę tu być, skazana na zaledwie odbicia rzeczywistości, erzatz tego, co naprawdę.
Od północy widać w oddali góry. Na górach bukowy, rdzawy las, ale wszystko z daleka, na odległość, jakby miasto bało się zaprosić lasu do siebie, jakby się obawiało jego wilgotnego ciepła. Po drugiej stronie rozciąga się wielkie nic, puste i nijakie, plastikowe butelki w krzakach, suche badyle i brzydota. Przez środek miasta, z zachodu na wschód przebiega rysa szosy. Tędy się jedynie przejeżdża dalej, nikt tu nie przystaje, bo i po co. Czasem, ktoś, przez przypadek, albo z konieczności, jak ja. Ale stąd się jedzie dalej, ku rdzawym lasom, ku górom, tam, gdzie widać z bliska prawdziwe drzewa, a cienie są jedynie dodatkiem, ornamentem.
Dlaczego widzę tylko odblask i cień?
Któregoś dnia obudził mnie hałas. Warczały piły. Ścięto drzewo. Kawałek po kawałku. Nie pomogły rozmowy, prośby i groźby. Jedyne drzewo w betonowym krajobrazie, w bałaganie bud, garaży i murów. Drzewo, które rzucało jedyny cień na martwą powierzchnię ściany, które potrafiło tańczyć na wietrze. Wyszedł ku nam ogrodowy krasnal – właściciel gładkiego muru, który ściął drzewo ze strachu, wyszedł krasnal – drwal, który nie chciał, ale musiał, bo mu zapłacili, a potem i krasnal miejski strażnik, który nie miał podstawy prawnej, by cokolwiek zrobić. Byli absolutnie pewni swego. Uświadamiam sobie, że to miasto zasiedlają ogrodowe krasnale odlane z tych samych, gotowych foremek, identyczne i sztywne, z przyklejonym uśmiechem, z czerwonym nosem, groteskowe i przerażająco nieżywe. Widać je jak okupują place i rogi ulic, wypełniają sklepy, przesiadują w urzędach i na przystankach. Wydają z siebie dźwięki przypominające słowa, ale nie potrafią rozmawiać. W głowie mają ten sam zastygły beton, a ich wyobraźnię zasiedla scalony piach. I tylko tyle.
Tak trudno spotkać tu człowieka, żywego, jak to ścięte drzewo.
A więc patrzyłam na odblask i cień, a teraz patrzę na plamę słońca na martwym murze. I wraca do mnie znowu wyczytane niegdyś zdanie „Nie zawsze tak będzie”, nie zawsze TAK będzie, może więc być gorzej, może nie pozostać nawet jedno drzewo w mieście ludzi – krasnali, martwym, betonowym i nudnym miasteczku, w którym drzewa ogląda się jedynie z daleka.
I wyszła z tego buddyjska przypowieść. Mam nauczkę, której się nie spodziewałam.
Chcę jednak wierzyć, że słowa: „Nie zawsze tak będzie” niosą mi jednak otuchę. Może, któregoś dnia, uda się opuścić to betonowe miasto, porzucić ciasne uliczki, warczenie i poszczekiwanie ogrodowych krasnali (tak, ogrodowe krasnale są jak podwórkowe burki, pilnują swego kwadracika betonowej przestrzeni i gryzą, jeśli zajdzie taka potrzeba). Może któregoś dnia uda się wyruszyć z mojego własnego zabetonowania?
Na razie muszę tu być. Nie ma innej rady. Wypatruję cienia, wyobrażam sobie długie place drzewa w tańcu. I czekam na szczęśliwszy obrót spraw.
czwartek, 5 marca 2015
ZAPOWIEDZI
Budzę się rano i leżę z zamkniętymi oczami. Nie wiem skąd to się bierze, to uczucie. Mam wrażenie, że jestem tam, w domu nad potokiem, w dolinie, że tu, przez nieszczelne, stare okna, wpada ku mnie zapach otwartej przestrzeni, roślinnej wilgoci, a wszystko przetykane słońcem. Złote nici światła kładą mi się na twarzy. Ciepłe palce wiosennego poranka. Chciałoby się otworzyć oczy, wstać i dawnym zwyczajem, wyjść przed dom, by potwierdzić, że to wszystko jest faktycznie takie piękne, że to wszystko istnieje naprawdę. A potem wziąć wiadra i ruszyć ku studni. Przywitać dzwońca, który od świtu uwija się, by wyżywić rodzinę i zadośćuczynić wiośnie. Jest tylko cisza i ja, nie ma słów, jakby jeszcze nie zaistniały. Tylko wiatr w gałęziach i suchych trawach. Spomiędzy szarości powoli wyłania się zieleń. Potok jest wezbrany, pełny, jak piersi karmicielki. Zakamarki ziemi wydają zapach, który kojarzy się z ciemnością. Szerokie niebo przypomina rozpostarty na wietrze płaszcz. Być może zbiera się na drobny, wiosenny deszcz. Być może słońce zatryumfuje. Waży się to wszystko, wilgoć i chłód poranka przenika się z ciepłem. Wszystko tu jest, nic więcej nie trzeba. Tylko być, zostać.
Nawet nie wiem kiedy czas teraźniejszy uwiarygodnił wyobrażenie. Jestem, czuję, idę, widzę. Po drabinie słów wdrapałam się do nieba, i stanęłam pośrodku. Słowa ocalają to, co już nie wróci, zatrzymują czas, dają martwym wspomnieniom drugie życie. Wszystko drga i prześwituje, jak fata mograna, a przecież jest.
A teraz leżę z zamkniętymi oczami i tęsknię. Kołyszę pod powiekami obrazy, zapachy, odczucia, chłodny powiew wiatru na policzku – pocałunek poranka.
Mija już rok odkąd straciłam dom, odkąd rozpoczęła się tułaczka. Widzę to dopiero teraz. Wcześniejsza wędrówka okazała się fikcją, tylko przeczuciem tułaczki, tylko jej nikłym cieniem, zapowiedzią. Ta prawdziwa pozbawiła mnie serca. Jakbym zostawiła je tam, na parapecie okna, zapatrzone w budzącą się zieleń, w wilgotny poranek. Na ścianie do dziś wisi portret ślubny dawnych właścicieli, stoi stare łóżko i szafa, jest niebieski piec, drewno na podłodze ciemnieje odmierzając upływający czas.
Odkąd mnie tam nie ma, nie marzę już o niczym, za niczym nie tęsknię, donikąd nie podążam. Pielęgnuję obrazy, kolekcjonuję wspomnienia. Noszę w sobie stratę, jak martwe dziecko. Krok za krokiem podążam w nic. A każdy krok od nowa mnie definiuje i okazuje się krokiem milowym. Jedyne co mogę zrobić, to być, mieć oczy otwarte i nasłuchiwać. Być może bezdomność, której doświadczam jest dopiero zapowiedzią prawdziwej bezdomności, jedynie cieniem tej której doświadczę niebawem. „Nie zawsze tak będzie” - przeczytałam kiedyś i wiem już, że to zdanie jest doskonale wieloznaczne i zarazem doskonale prawdziwe.
piątek, 13 lutego 2015
MIASTO NIEPAMIĘCI
I znowu mam sny. Dziwne i niepokojące. Śnią mi się zwierzęta. Koń przywiązany grubą liną do jadącego samochodu, wleczony ulicą po asfalcie. co i raz dźwiga ciężki łeb, ale widać, że sił ma coraz mniej. A następnej nocy ptak. Zaprzyjaźniony. Skądś musieliśmy się znać z tym ptakiem. Skądś wiedzieliśmy, że się znamy. Ja i moje dzieci w pędzącym samochodzie, a ptak nad nami frunie próbując nas dogonić. Wyraźnie chciałby się tu do nas dostać, za wszelką cenę próbuje trafić w okno. Na próżno. Pikuje wprost w twardą blachę i ginie. Był jak zapomniany przez pomyłkę członek rodziny, jak ktoś, kto miał dla nas coś ważnego, o czym zapomnieliśmy, listonosz próbujący zatrzymać nas na chwilę w naszym pędzie.
A dziś w nocy pojawił się wilk. Musiałam we śnie, zdaje się, znów mieszkać na wsi, bo wyjrzałam przez małe, krzywe okienko. Stał na skraju lasu i patrzył mi prosto w oczy. - Wilk – powiedziałam – spójrz (do kogo ja to mówiłam?). Spojrzałam ponownie, ale jego już tam nie było. Był za to wiosenny, piękny dzień. Słońce migotało w liściach.
Kto to mógł być? Jakie wieści przynosił i z której strony nocy? Dużo ostatnio myślę o przeszłości, otaczam się nią, zupełnie tak, jak można otaczać się przyjaciółmi, pięknymi przedmiotami, czy muzyką. Nie pamiętam nic z tego, co mnie otacza, a jednak w jakiś sposób rozpoznaję, zatapiam się w gęstej materii minionego i sama staję się jej częścią. Czytam o przeszłości segalowskiego Miasteczka, oglądam stare fotografie, nasłuchuję i pozwalam wyobraźni działać. Cofam czas do tego rajskiego „sprzed”. Słyszę melodie, słowa, czuję zapachy, obserwuję gwar na Placu św. Michała. Małe święte skarby: domowy twaróg, mleko od krowy, jaja, każdy drobiazg pod delikatną spłachetką płótna, jak pod baldachimem. Targowisko codzienności, twarze, głosy, wszystko rozpływa się w świetle i trwa. A potem wieczność kończy się raptownie. Czasy ostateczne zaskakują jak nocny złodziej. Nikt się nie spodziewał. Na żydowskiej knajpie napis: tylko dla Aryjczyków. Czy żyją dziś potomkowie tego, który to napisał? Czy żyją nadal ci, którzy widząc napis odetchnęli z ulgą i odtąd, aż po sam kres bywali w tym miejscu w poczuciu swej niezbywalnej godności. Aż przyszedł czas, kiedy i ich rozebrano i doprowadzono do ostateczności. Został z nich tylko taki sam człowiek jak z tych leżących obok: Żydów, Cyganów.
Podobno – jak pisze Segal – każdy kamień w tym mieście polany jest krwią. Jak kamień ofiarny. Za kogo ta ofiara? Do jakiego boga? Dziś nikt już nie wie, nikt nie pamięta. Może to o tym chciały mi opowiedzieć moje sny?
Wczoraj poszłam na spacer, minęłam górkę, przekroczyłam szeroką ulicę, której nazwy nie mogę spamiętać, skręciłam w uliczkę i już byłam przy kirkucie. Smutny widok. W obłażącym śniegu, w strupach dogorywającej zimy macewy stoją na baczność w nienaturalnym porządku. A dalej pustka, zwykła bezbronna pustka zamknięta na wszelki wypadek na cztery spusty. Jakby co. Jakby ktoś chciał wstać i wyjść i opowiedzieć i przypomnieć o sobie. Dlatego wysoki płot i kłódka na bramie, a macewy tylko stoją i patrzą. Czy patrzą na wschód? Oparłam głowę o bramę. Nasłuchiwałam. Miasteczko zapomniało już skąd w nim taka rana, skąd okrągłe okna bożnicy, łamany dach synagogi. Gdzie podziały się inne domy modlitwy, gdzie błogosławiące mezuzy w futrynach, małe warsztaty, gdzie mieszkańcy niskich, skromnych domów, gdzie piątkowe świece i modlitwy? Teraz bierze ulice w swoje pewne i twarde, męskie posiadanie kościół. Głoszą je na placach i rogach ulic trzeszczące megafony. Moje Miasto,. Moje Miasto, tylko moje moje Miasto! A przy Zamkowej cicho stoi cerkiew. Naprzeciwko znów świętują Pięćdziesiątnicę. Bo przecież wszyscy tak samo oczekujemy.
Myślę ostatnio i o moich przodkach. Raczej sobie wyobrażam, niż wiem cokolwiek. Chodząc uliczkami segalowskiego Miasteczka myślę o tym, że wszystkie te miejsca były kiedyś do siebie podobne. Kościół, cerkiew, synagoga, niskie domki ze schodami na ulicę, na których przysiadali starcy i dzieci. Sanok, Lublin, Bełz, Szczebrzeszyn, a także i Grodzisk Mazowiecki, choć bez swojej cerkwii, ale z Synagogą, kirkutem, cebularzami, które do dziś pozostały jak ślad, wspomnienie, żydowska magdalenka.
W archiwum, w dziale „handel żydowski” znalazłam notkę „Skład tkanin braci Sarneckich”, a potem jeszcze reklama na teatralnych afiszu. Interes musiał kwitnąć lubelskim mecenasom kultury. W reklamie hasło: sklep urządzony artystycznie. Dziadek już przed wojną był w ZAP, podobno za okupacji handlował obrazami. Jak to się stało, że przetrwał? Jak mu było, kiedy patrzył na lubelski koniec świata, na ciemny wir, który pochłaniał po kolei uliczki, sklepiki, szyldy i schody, który porywał wraz z tym wszystkim także mieszkańców: małego, bosego smyka z pejsami zabawnie zawiniętymi za uszy i starca z brodą sięgającą piersi, o mądrych przenikliwych oczach. Pociągnął w ciemność piękne przyjaciółki ze szkolnej ławy, także tę jedyną, której dziadek nie zdążył nic powiedzieć, choć nosił się z tym od dawna. Jak mu z tym było? Został on i żona, o ironio, rodzinne ziemie mojej babci posłużyły jako gleba pod śmiertelne żniwo. Majdanek – nasze dziedzictwo. Trudno jest tak po prostu nie pamiętać.
I teraz, kiedy niepokoją mnie we śnie zwierzęta przychodzące z wieścią z drugiej strony nocy myślę, że tak właśnie boli pamięć, pamięć wypłukana czasem, dziurawa, kulawa i niepełna. Pamięć, która domaga się opowieści, ale potrafi tylko wyrażać się za pomocą nieczytelnych metafor, wysyła forpoczty, a poza tym, za dnia, milczy jak grób. Póki tu jestem, będę zaglądać na kirkut i wędrować ulicami Miasteczka próbując odsłaniać niewidzialne warstwy czasu, zaglądać pomiędzy nie i czytać, czytać minione.
poniedziałek, 26 stycznia 2015
DZIENNIK CHOROBY
Bezdomność jest jak choroba. Przez małą szczelinę wdziera się do środka, infekuje, zakaża myśli, zatruwa sny. Choroba w ciele rozrasta się. Powoli staje się tym, w kim zamieszkuje. Staje się mną.
Przyglądam się temu, siedząc na skraju zimy, w świecie, który topnieje w oczach, albo znów konwulsyjnie, na moment zamiera, zastyga w mroźnym bezruchu. Patrzę przez nie swoje okno na obcy krajobraz, który przypomina nieustannie o bezdomności. I nasłuchuję. W moim ciele choroba toruje sobie drogę. Powoli granica między mną, a nią, zaciera się. W końcu zanika w ogóle. Jestem bezdomnością. Uosobieniem braku, przestrzenią bez kierunków, nieustannym ruchem. Za oknem znów białe przykrywa czarne, tężeją oczy kałuż, język chodnika jest śliski i blady. Nie ma już między nami różnicy, nie ma granicy między mną, a nią. Od tej chwili niosę ją w sobie, jak monstrancja, oto jest, patrzcie. Tak może być i z wami, wystarczy niewiele, drobny gest, odcięcie lin, a potem statek dryfuje w nieznane. Amen.
Łapię się na tym, że wyszukuję z minionych zdarzeń zapowiedzi tego, co ma nastąpić. Z czasów udomowienia wyłuskuję znaki, które teraz dobrze rozumiem. Także i ten nieudany samobój sprzed lat, groteskowy gest dziecka, teraz widzę już inaczej, jako ślad i znamię niezadomowienia.
Gdybym wiedziała to wcześniej, gdybym widziała, czytała i rozumiała, byłabym dziś przygotowana, czekałabym gotowa, siedziałabym na swoich spakowanych walizkach od tamtego czasu, przy drzwiach, by w odpowiednim momencie ruszyć. Pozbawiona żalu i tęsknoty. To miałabym już dawno poskładane w kostkę i upchnięte na samo dno. A tak, wciąż pozostaję nowicjuszem i uczę się jak dziecko opuszczać, tracić, zostawiać. Aż mi wstyd.
Choroba krąży we krwi. Nie umiem już wrócić. Drogi zasypał śnieg. A jednak wciąż wyruszam w poszukiwaniu, by potem stracić pewność i zawrócić. Zawracając zaś, mylę drogę. Za każdym razem jestem gdzie indziej.
Co pewien czas otwieram stronę z ogłoszeniami o domach na sprzedaż. Stoją tam, jak sieroty z oczami pustymi i pozbawionymi złudzeń. Figurują na marnych fotografiach, zawstydzone swoim bezowocnym istnieniem. Czasem dzwonię i umawiam się na oglądanie. Wchodzę i nasłuchuję. Zbieram zapachy życia, które gromadzą się w kątach, rejestruję wszelkie ślady i pozostałości minionego. Szukam domów, które przypominają starych ludzi. Zmarszczony i pękający tynk, farba odłażąca ze ścian. Chylący się dach i mętne oko studni. Zapach starego życia, stęchły i wilgotny, warstwy, kolory, wzorki, minione piękno migocze na ścianach. Stare domy umierają z wdziękiem. Chciałabym im towarzyszyć tak, jak towarzyszy się ludziom. Dotykać jeszcze żywych, ciepłych belek ścian, patrzeć przez krzywe okna, próbować zrozumieć i zapamiętać krajobraz wokół. A jednak rezygnuję. - Dziękuję – mówię – zadzwonię w przyszłym tygodniu. I nie dzwonię. Dopada mnie duszne poczucie przywiązania, lęk przed przyzwyczajeniem, obawa przed miłością i więzią, z której nie da się wyzwolić nawet kiedy dom runie już ku ziemi i powoli zamieni się w porośnięte mchem próchno.
Te domy nigdy nie powracają w snach. A więc ucieczka się udaje. Śni mi się za to ciągle ostatni dom. „Mój”, tak o nim mówiłam. Wraca i nie daje spokoju. Wokół panuje wieczne lato, ptaki zaglądają do okien. Mamy czas, czas jak wieczność, w nadmiarze, niekończący się i dobry. Obok strumień otula podwórko jak błękitna, połyskliwa chusta i oddziela nas lekką mgiełką od reszty świata. Wiem tylko tyle, że jestem. Więcej nie trzeba.
Wstaję i patrzę przez nieswoje okno na obcy krajobraz. Nie widać śladu drogi, wszystko zasypał śnieg. Nie ma powrotu, ani ucieczki, nie ma mowy o ruchu. Zasypana, w półśnie, w letargu, w niby to śmierci, kołyszę pod powiekami rodzące się drobiny wspomnień. Poddaję się zimie.
piątek, 17 października 2014
PALEC NOCY
To się co pewien czas powtarza, wraca, jak zły sen. Jest noc. Ciemność gęsta, jak zużyty smar. Cisza wypełnia każdą szparę. Wiąże się z ciemnością, jak piasek z wapnem w zaprawie. Cisza, ciemność i pustka murują mi grób.
Pustka. To nie wynik braku przedmiotów. Tych nie brakuje. Ani ludzi. Dwoje śpi za ścianą, za płotem sąsiad i jego żona. Pole ciągnie się aż pod las, po bokach zabudowania, droga, niedalekie miasto i jego blokowiska, arterie, ronda i skrzyżowania. A przecież jest pusto. Czuję to. Powietrze rozrzedza się i opada, jak drobiny kurzu wzbudzone ruchem, kiedy ruch zamiera.
Budzę się nagle. Jak na dźwięk budzika, ale budzi mnie cisza. Budzę się gotowa, z sercem w gardle, jakby za chwilę miało wydarzyć się coś, jakby się miało dziać. A tymczasem cisza nasłuchuje bicia mojego serca, bacznie obserwuje przyspieszony oddech, bada tętno, głęboko zagląda mi w oczy.
Budzę się nagle, gdy noc wyciąga ku mnie kościsty palec, wskazuje na mnie. Tym razem to ja mam na jej wezwanie otworzyć z przerażenia oczy i wbić je w sam środek ciemności. Strach chwyta za gardło. Palec nocy wskazuje dziś na mnie. Ale będzie mi darowane. Dziś jeszcze nie. Jeszcze nie tym razem. To tylko próba. Ćwiczenia przed tą jedyną nocą, tą prawdziwie ciemną, milczącą i pustą. Cement, piach i woda. Gęsta ciemność wypełnia mi usta. Duszno jest, a każdy ruch to wysiłek. Lepiej nie robić nic. Trwać wpatrując się w oczy nocy. Nie spuszczać jej z oka, aż sama w końcu odwróci się i rozpłynie w świetle poranka.
Nawet gdybyś tu był, przy mnie, tej nocy, nic by to nie dało. Ani twój równy oddech, ani ciepło ciała, ani senna obecność, nic nie rozproszy ciemności, nic nie wypełni pustki. Mrok i tak oddzieli nas od siebie. Nie możemy sobie w niczym pomóc. W pustym grobie nocy tkwimy samotni bardziej niż kiedykolwiek, zamurowani ciszą i pustką, z dala od światła, bez nadziei na dzień.
A potem przyszedł świt. Piłam kawę i patrzyłam, jak sobie poczyna z nocą, jak ją obezwładnia, a potem delikatnie układa jej smagłe ciało poza linią horyzontu. To się powtarza co pewien czas. Trzeba być przygotowanym.
piątek, 3 października 2014
PRZEDŚWIT
Budzę się przed świtem i czekam. Cisza o tej porze, nawet tu, jest doskonała, dojrzała i pełna, jak kropla, która za moment spadnie. Wpatruję się w lnianą tkaninę zasłon. Widzę, jak powoli nasiąka światłem. Najpierw poranek jest jak złudzenie. Ale po chwili biel rozwadnia ciemność, rozcieńcza, by na koniec zatryumfować. Absolutny dzień.
Tylko cienie przypominają o nocy. Trzymają się nas kurczowo, wierne i wyczekujące. Psy nocy.
Leżę. Nie wiem po co budzi mnie przedświt. Może coś wtedy się zmienia, coś pęka z jękiem, coś z trzaskiem łamie się na pół, coś-się-staje. Budzi mnie oczekiwanie. Każdego dnia. Może dlatego, że moje myśli znów wyruszają w drogę. Nie ma spokoju, jest reisefieber. Znów to samo.
We wrześniu rozpoczęliśmy czwarty rok exodusu. Wędrujemy, zatrzymujemy się na odpoczynek i znów w drogę, ku nieznanemu. Nieregularny rytm to podrywa nas do działania, to zatrzymuje w miejscu dając złudzenie zamieszkiwania, ukorzeniania się. Można oszaleć od tego. Kiedyś interwały bycia miały swój czas, rytm był regularny, miarowy, jak bicie serca. Teraz byłoby to co najwyżej serce królika pędzącego byle dalej przed własnym strachem.
A więc znów trzeba zebrać te wszystkie niepotrzebne konieczności, spakować w pudła i resztką sił przenieść w nowe miejsce. Trzeba wierzyć, że z każdym ruchem, z każdym kawałkiem drogi, jesteśmy coraz bliżej, trzeba wierzyć, inaczej wszystko to nie ma sensu. Tylko co jest u kresu? Jaki jest cel tej podróży? Dawno już przestaliśmy to wiedzieć, zgubiliśmy się i odtąd jest tylko błądzenie.
Kiedyś zdawało mi się, że jestem.
Teraz wydaje mi się, że wędruję.
Kiedyś pomyślę – nigdy nie istniałam.
Świt się dopełnia. Znów samochód pełen gratów i znowu szary plaster drogi, który przemierzymy bez niecierpliwości, z przyzwyczajenia. Nasza wyobraźnia przestała sięgać dalej niż na jeden, kolejny krok. I koniec, dalej nie ma nic. Cała przyszłość dopiero się stanie, jak dzień, który za każdym razem może nie nadejść.
niedziela, 28 września 2014
POD KRZAKIEM PORZECZKI
Dziwne, ale kiedy sięgam pamięcią wstecz, do czasów dzieciństwa, nie pamiętam nikogo z dorosłych. Pamiętam siebie, las pamiętam, zapach roztartych w palcach liści czarnej porzeczki, słoneczne odblaski na powierzchni rzeki i na korze brzóz. Pamiętam miejsca, chwile, zabawy, ot na przykład rozgniatanie na ubitej drodze białych kulek śnieguliczki, ale nie pamiętam dorosłych. Gdzie oni byli? Gdzie są, gdzie się podziali?
Nie. Byłabym zapomniała. Pamiętam. Jedyną osobą jest babcia. Widzę w pamięci wnętrze kuchni. Ogień w piecu huczy, babcia w fartuchu, siada, a potem bierze mnie na kolana. W telewizji leciała Barbapapa, tak się to chyba nazywało. Babcia ma włosy splecione w koczek. Jest prawdziwa. Ile mogłam mieć lat? Miesięcy? Umarła kiedy kończyłam półtora roku. - Niemożliwe, że pamiętasz – słyszę – to opowieści sprawiły, że sobie możesz wyobrazić.
Nie. Jedyną osobą, którą niemożliwie pamiętam, jest babcia. Wiem, że to ona.
Mieszkaliśmy w głębi lasu. Droga od szosy wiła się, rozdzielała, wiodła, a to przez otwarte wrzosowiska, a potem znów ginęła pomiędzy drzewami. Jakieś trzy kilometry od szosy na Busko, w lesie, stał stary dom. Pamiętam. Tak, dom pamiętam. Pokój z werandą i słońce. Zdaje mi się nawet, że widzę siebie, jak leżę na łóżku, obudzona rankiem i zachwycam się światłem, łapię je w ręce. Ile mogłam wtedy mieć? Może pół roku? Niemożliwe, podobno. Pamiętam tylko niemożliwe.
W domu były schody na strych. Na strychu skrzynia, a w skrzyni moje pierwsze lalki – krasnoludki zrobione z gliny na powyginanym drucie. Dziadek uszył im czerwone czapeczki, koszulki, portki. Wyciągałam je ze skrzyni i nasłuchiwałam, co też mają mi do opowiedzenia. Ot, taka zabawa: patrzenie i słuchanie.
Pamiętam przestrzeń. Lasy wokół, ciągnące się za stodołą pola i sady, otwartą i zamkniętą drzewami, nieskończoną i poruszającą przestrzeń. Chowałam się przed nią w krzakach porzeczek. Zdawało mi się, że mogę tam zostać na zawsze. Na gałązkach wisiały owoce, obok rósł rabarbar, siedziałam w tych krzakach i jadłam. Kiedy po latach czytałam opowiadanie Astrid Lindgren o siostrze, która spadła pod krzak róży i zamieszkała tam, w ziemi, pomyślałam, że jeśli miałam jakąś siostrę, to jej dom musiał być ukryty właśnie tam, koło porzeczek.
Nie pamiętam zimy. Ten czas zasypywał śnieg. Prawdopodobnie przeczekiwaliśmy go przy białym, kaflowym piecu, przesypialiśmy, jak rodzina muminków, żeby ożyć wiosną.
Pamiętam psa. Był dla mnie kimś bliskim i dalekim zarazem. Nie mogliśmy się porozumieć, chociaż towarzyszyliśmy sobie często. Wchodziłam do jego budy i opowiadałam mu coś, albo śpiewałam. Ale przypominało to rozmowy obcokrajowców, pełnych dobrych chęci, ale pozbawionych narzędzi – słów, na zawsze jakoś sobie obcych.
A dorosłych nie pamiętam. Być może po prostu nigdy nikogo tam nie było. Wszyscy w pracy, zajęci, nieobecni. Nikt nie miał czasu, by siedzieć ze mną pod krzakiem porzeczki, albo żeby mnie zaprowadzić w swoje tajemne miejsca, żeby opowiedzieć mi swoje historie, potowarzyszyć.
Myślę o tym teraz kiedy cisza otacza mnie szczelnie i wypełnia dom, jak dym. Niedługo zrobi się głośno, wrócą dzieci, będą opowiadać, kłócić się, robić wokół swoje kolorowe zamieszanie. Skończy się czas ciszy. Czas, który jest dla mnie jak podróż. Wracam tam tak, jak się wraca do kogoś bliskiego, wracam do pustki i przestrzeni tak, jak inni wracają do rodzinnego domu.
Kiedy dzieci wyfruną na dobre, będę i ja mogła na dobre powrócić. Skończy się czas niepotrzebnych słów. Będzie można patrzeć jak światło wspina się na drzewa, obserwować jego ciepłą dłoń na skórze i na zawsze zamieszkać pod krzakiem porzeczki.
czwartek, 25 września 2014
NADCIĄGA JESIEŃ
Jesteśmy tu z kicią same. Patrzymy przez okno jak jesień zdmuchuje z pola resztki lata. Nie jest źle, dzień słoneczny, ale jakoś inaczej już. Zimny wiatr. Kicia szuka ciepła na parapecie. Wypręża grzbiet do słońca i zlizuje je szorstkim językiem.
Wczoraj nad Sanokiem leciały żurawie. Wołały z góry do nas. Pewnie chciały, żeby lecieć z nimi, ale nie zrozumieliśmy na czas. Niebo nad nami zamknęło się i ciemność wypełniła powietrze ciszą. Znów zostaliśmy tu, zagapieni. Z poczuciem, że nas coś ciągle omija. Nie potrafimy nadążyć, załapać się, zostajemy z tym poczuciem. Jakaś taka smutna noc po żurawim odlocie. Inaczej już jest, wiadomo.
Kicia się bawi skórką z chleba, która spadła na podłogę, któregoś z tych dni, których już nie liczę. Coś spada, coś leży, zostaje tak na wieki wieków, albo ulega procesom, albo jest ewentualnie zjadane przez Kicię lub mysz i tak sobie tu jesteśmy ja i wszystkie inne resztki. I bezwład przedmiotów i myśli w opustoszałym, obcym domu. Same przymiotniki wypełniają przestrzeń, bo nie dzieje się nic. Czasem pojedynczy, koci spazmatyczny ruch, jak krótkie cięcie, mrugnięcie okiem. I znów nic.
Ja też się bawię. Przechodzę z miejsca na miejsce, z pokoju do pokoju i patrzę, jak światło wypełnia przestrzeń. Wyglądam z każdego okna. Sprawdzam, czy jesień równomiernie nadciąga. Słucham dochodzących mnie dalekich odgłosów, mierzę odległości, wyznaczam dystanse. Nie mamy nic do zrobienia. I to jest cała prawda, którą odnajduję w pustym domu. Nawet jeśli zajmiemy ręce tym, czy owym, zaprzątniemy głowę tamtym, czy innym, faktycznie jest tylko cisza, naprawdę istnieje tylko pustka, a milczenie to najdoskonalszy sposób mówienia.
To tu, w dole. W górze ci, co uchodzą przed wieczną zimą, pędzą na południe gnani zimnym wiatrem, prowadzeni gasnącym słońcem. Nie mówię nie. Może w przyszłym roku się uda. Wyrwiemy się i polecimy, porzucimy zimny wiatr, pożegnamy smutne, mdłe słońce północy, dla innego, lepszego. Może. Ale pewnie najdalej wiosną zapomnimy o tej obietnicy, wiosną znów będzie się zdawało, a lato zamknie nam oczy.
wtorek, 24 czerwca 2014
KU MINIONEMU
Mijają trzy lata i mam wrażenie, że historia się zamyka, że kończy się ta opowieść, którą snuję odkąd wyruszyłam. We wrześniu, trzy lata temu zmienił mi się widok z okna, a wraz z nim i moje widzenie stało się inne. Nowa perspektywa. Kiedy myślę o tym, zdaje mi się, że przyjęłam perspektywę krzaka tarniny, że patrzyłam na świat z przydrożnego rowu błękitnym okiem cykorii, żółtym spojrzeniem kaczeńca. Zbliżyliśmy się ze sobą, ja i przestrzeń, ja i cisza i parasol nieba rozciągnięty nad głową.
A potem wszystko to, co zdążyłam sobie zbudować rozpadło się w jednej chwili i obudziłam się tu, gdzie jestem z tą jasną i wyrazistą myślą, że czas wracać, że z jakichś powodów nie ma tu już dla mnie miejsca. Przestrzeń i czas tego świata wypełniają już inni ludzie, a mój czas wyczerpał się.
Ten moment, kiedy patrzy się wstecz, to czas podsumowania, pakowanie wspomnień, porządkowanie wrażeń, upychanie minionych chwil. Nie trzeba wchodzić w szczegóły, oceniać, porównywać. Można natomiast podsumować, spojrzeć na to wszystko z góry, z pewnego oddalenia.
Wyruszam stąd z bagażem cięższym niż ten, z którym przed trzema laty wyjechałam z domu. Dźwigam smutek niepowodzenia, żal niespełnionych marzeń, samotność. Wracam z piętnem czasu na twarzy, z włosami poznaczonymi śmiercią, jak drzewo, które oznaczono na ścięcie. Wracam, bo tu, gdzie teraz jestem, uschnę przedwcześnie jak ścięty kwiat.
Wiem też, że miejsca, z którego wyruszyłam już nie ma. Nie ma domu, w którym można by odpocząć, rozpakować manatki i żyć. Powrót zamieni się w nową włóczęgę. Poczucie obcości - przekleństwo tych, co porzucili dom - będzie mi odtąd towarzyszyć gdziekolwiek będę. Tęsknota zwielokrotni się, obejmie nie tylko minione lata, ale także porzucony niegdyś dom. Pragnienie swojego miejsca będzie mnie palić jak ogień, będzie mi doskwierać w coraz to nowych miejscach, które będą pretendowały do miana domu. Pamięć przypomina palimpsest. Wszystko tu jest obecne i wieczne. Warstwa po warstwie okrywają mnie wspomnienia, zapamiętane obrazy, zapachy, wrażenia piękne i straszne, są nieustannie obecne.
Dlatego wracać będę obciążona. Tego jestem pewna – przeszłości, która mnie nie opuści jak trudny partner, niechciany lokator. Ale co będzie z przyszłością? Nic o niej nie wiem. Ulepiona z wiatru, nieuchwytna, jak cienki tiul, na który przeszłość projektuje swoje mroczne filmy, wymyka się, kiedy chcę ją poznać. Wiem tyle - wyruszam, znowu, wstecz, a jednak przed siebie, porzucam kawałek nieswojego świata, który chciałam oswoić, nieswoje kąty, obce krajobrazy, język, który mnie śmieszy i dziwi, zwyczaje tubylców i bliskie sercu dzikie pustkowia.
Jadę szukać minionego.
wtorek, 27 maja 2014
SEN
Odwiedziłam dziś stare kąty. Zostawiłam samochód na zakręcie i poszłam pieszo. Poczułam, jak przyjmuje mnie droga, jak się rozplata przede mną, ociera tysiącem zielnych palców, jakby sprawdzała, czy tym razem jestem tu naprawdę. Nie wiem już kim tu jestem? Czy sobą, odległą wiedzioną wspomnieniem, przybywającą na moment turystką pamięci? Czy może wciąż jestem tu, myślą i duchem, a tylko ciało wystrzelone jakimś przypadkiem wędruje w świat wciąż tęskniąc za dawną jednością.
Kim jestem?
Pozostały moje ślady. Czuję je pod cienką podeszwą sandałów, niemal widzę w układzie kamieni na drodze. Czyli wciąż tu jestem.
Przed oczami staje mi poprzednie lato. Chłodny nurt strumienia o poranku, samotne bieganie drogą w dolinie, bieganie, które w nowym miejscu straciło sens, bo asfalt, bo samochody, bo ludzie. Teraz ten najbardziej „mój czas” to jedynie przeczekiwanie w ciemnym bunkrze obcego domu. Nie ma wokół nic z czym mogłabym porozmawiać, ani góry, ani przestrzeni, ani kamieni, a tutejszy strumień to ściek, którego brzegi porasta gruz. Ściek, którego mi żal.
Zeszłam w dół , przez mostek tak, jakbym wracała do domu. Z tej drogi widać było zawsze dom i podwórko trochę z boku, jakby się zaglądało w swoje życie przez wizjer, albo wchodziło bocznymi drzwiami. Dom trwał na miejscu i patrzył na mnie obojętnie. Ogród zarósł i zdziczał.
Zajrzałam przez uchylone drzwi do sąsiadki. Spała spokojnie w swoim pastelowym pokoiku, kolorowa jak kwiat. Nie budziłam jej. Być może póki śpi, póki śni, mogę tu być, odwiedzać dolinę, zaglądać w jej odrębne życie. Kiedy Strażniczka Doliny się zbudzi, wspomnienia prysną, wszystko rozpłynie się jak sen.
Wracałam rozgrzaną drogą. Czułam jak pachnie, jak skóra, albo jak chleb. Chciałam zostać, ale blizny po mnie zdążyły już zarosnąć. Moja obecność nigdy już nie będzie taka, jak dawniej. Wiem jednak, że wyrusza się po to, żeby powrócić, czasem nieoczekiwanie, niekiedy inna drogą i pozornie w inne miejsce. Idę więc, odjeżdżam. Kiedyś, wiosną, znów zasadzę pomidory i posieję maciejkę i będziemy ze Strażniczką codziennie patrzeć, jak w słońcu rodzi się nowe.
czwartek, 1 maja 2014
PEWNEGO DNIA PRZYSZEDŁ PO MNIE CZAS
Zaczęło się we włosach. Drobne niteczki srebra, jak zaplątane babie lato. Wciąż jeszcze ciepło i pięknie i rzeka i słońce, ale te niteczki wołają już nas ku jesieni. Lato dobiega końca.
A teraz nie mogę poznać własnej twarzy. Czy to nadal ja? Czy jakaś inna zajęła moje miejsce we mnie. Wiem, że jestem tam w środku, tkwię skurczona, w odwodzie i powoli zmierzam do punktu. A ta na zewnątrz jest jak skorupa, jak gipsowy odlew. Pozornie taka podobna. Patrzę jej w oczy, ale nie zastaję w nich nikogo. Kąciki ust są bezradnie opuszczone. Skóra ugina się pod ciężarem czasu, stwardniała i zastygła w znużeniu. Im dłużej patrzę, tym mniej widzę siebie. Srebrne nici we włosach zgęstniały. Wszystko to tchnie samotnością. Jestem jak opustoszały dom pełen wilgotnego chłodu z lustrami ciemnych okien.
To się musiało stać niedawno. Czas przyszedł po mnie smutnym jesiennym tchnieniem. Rozstania, rozdzielenia, wyrywanie z korzeniami – to był ciąg zdarzeń, które miały nauczyć mnie pożegnania. Wszystko co mam, to chwila. Żadna z rzeczy nie jest moja. Nawet rów pełen kaczeńców, ani kołujący nad głową jastrząb, ani ostre sierpy słonecznego blasku rozbujane na powierzchni wody. Ani płaskowyż brzucha, ani pnie nóg, korona głowy i miękkie pagórki piersi.
Pozostało jedynie wierzyć, że choć ja mogę jedynie na moment przystanąć i popatrzeć, wszystko to, w swej istocie, będzie trwać. Poddane rytmowi pór roku, w nieustannym wirze rozpadania się i odnowy. Albo, kiedy minie czas, będę mogła wreszcie powrócić do Doliny, zostać na zawsze i patrzeć. Kwitnąć obok kaczeńców, wyrastać pośród zawilców, na łące pod lasem, gdzie swoje arrasy tka barwinek.
„Na razie”, „tymczasem”, trzeba się żegnać, trzeba się rozstawać. To właśnie ta najważniejsza z nauk. „Do widzenia” to przecież wyraz wiary w czas przyszły, w czas nieskończony. Ta wiara, jak wąski most nad potokiem, przeprowadza nas na drugą stronę.
wtorek, 8 kwietnia 2014
NOWE MIEJSCE
Wszystko tu takie obce i brzydkie.
Wieczorem parkuję pod domem. Otwieram drzwi samochodu. Atakuje mnie ludzki smród. Przepełnione śmietniki, palone w piecach śmieci, ziemia zmieszana z odpadami, gruzem, gównem. Jesteśmy zatrutym ziarnem. Gdziekolwiek padniemy, gdziekolwiek wykiełkujemy, tam rodzi się śmierć. Wszystko wokół usycha, zanika, umiera. Las staje się rzadkim zagajnikiem, w którym na miejscu zawilców zakwitają plastikowe torebki.
Stoję chwilę na dworze i patrzę w niebo. Nawet gwiazdy tu bledną, uciekają w głąb otchłani w poszukiwaniu prawdziwej ciemności. Bo tam, gdzie są ludzie, nic już nie jest prawdziwe. Rzeka zamienia się w ściek, a jej brzegi - dawniej porośnięte barwinkiem - teraz pokrywa kożuch gruzu. Trawa jest zaledwie kawałkiem trawnika, kwiaty dostają zgodę na zajęcie pojedynczych grządek. Cokolwiek nie spełnia wymagań człowieka, zostaje wyrwane, wypielone, jakby dla przykładu, by na świecie wszystko wiedziało kto tu rządzi, by czuło mores.
W nocnym powietrzu unosi się strach, ból i smród wyprodukowanego ludzką ręką, lepszego świata, prostackiej pewności siebie i buty. Mam ochotę uciec, ale mnie też postawiono na tym kawałku ziemi, nie dając wyboru.
Wieczorem nie gaszę światła. Szczury biegają po domu. Te ludzkie cienie, antytezy, zmaterializowane lęki. Tupią i piszczą, swobodnie rozpoczynają swoje nocne życie. Jeden zwierzak próbuje dostać się do mojego pokoju. Rzucam w niego poduszką i zamykam drzwi. Jestem oblężona. Trzeba się bronić. Świt odda mi resztę pokoi, wygoni cienie w kąty.
Jedynym ukojeniem jest pamięć, a w niej obraz Doliny. Przypominam sobie jej miękką i gęstą ciemność, którą okrywała nas jak kocem. Pamiętam ciszę, w którą można się było wsłuchiwać, niczym w pieśń. O poranku budziły mnie ptaki.
Strach. Nigdy nie było go tam, gdzie zarówno ciemność, jak i samotność były na swoim miejscu, gdzie wilki podchodziły pod domy, a drapieżne ptaki kołowały nad głową. Gdzie żmije o tej porze roku wyciągały szyje z nor i wygrzewały się w słońcu. Nie było tam miejsca na strach. Strach jest tam, gdzie ludzie, gdzie za płotami rozwścieczone psy łańcuchowe karmią się frustracją nieszczęśliwych właścicieli. Gdzie jęczą brudne podwórka, pełne niepotrzebnych sprzętów, wydeptane do gołej ziemi, nieprzyjazne. Albo te nowobogackie betonowe klocki, z kostką bauma zamiast trawnika wypinają dumnie pustą w środku pierś. Zazdrości i pożądliwości, alkohol i smutek materializują się tu na moich oczach, to biedniej to bogaciej, ale tak samo żałośnie i strasznie. Chciałoby się zamknąć oczy i nie widzieć i móc tylko wspominać, wspominać i żyć w prawdziwym świecie, o którym przynajmniej wie się, że naprawdę istnieje.
czwartek, 6 marca 2014
Dolina Niespełnionych Marzeń
Mieszkam w Dolinie Niespełnionych Marzeń. Niektórzy mówią po prostu: „Dolina Marzeń”, ale już wiem, że to nie prawda, że marzenia z naszej doliny to wyłącznie te niespełnione, zawsze niezaspokojone, pełne tęsknoty - najpiękniejsze.
To wyjątkowe miejsce. Nawet góra, pod którą się znajdujemy, przywodzi na myśl Niebo. Złota Bania - jak kopuła cerkwi. Kiedy rano wędruję kamienistą drogą przecinającą dolinę, widzę jak na gałęziach drzew skraplają się diamenty. Tu wszystko jest cenne, tu wszystko jest prawdziwe, pełne, nasycone i intensywne. Kiedy dojrzewa kwiecień, w dolinie rozwija się dywan pełen wielobarwnych ornamentów i rozedrganych, motylich deseni. Zapach jest zapachem życia. Kolor nie jest jedynie odbiciem światła, gęsty i pełny, wylewa się z lasów i łąk, cieknie z nieba jak miód.
A jednak nikt nie może tu zagrzać miejsca, mimo iż tak tu pięknie, a stare opustoszałe domy tęsknią za nowym życiem, dotykiem stóp na progu, gorącym sercem pieca. Nikt nie może tu mieszkać, z wyjątkiem starej kobiety, która – choć o tym nie wie – została już na zawsze strażnikiem Doliny Niespełnionych Marzeń. Choć oczy strażniczki zabielone są już mlekiem czasu, jej uśmiech pozostał uśmiechem dziecka. Drobna i zwinna, w swoich kolorowych sukienkach pachnących mchem, przypomina z daleka podlotka. Jest dziwnie piękna w swej starości, zaskakująco młoda. Jakby w jej osobie spotykały się wszystkie przeciwieństwa. Wiedzie życie spokojne, wytrwałe i konsekwentne, jak strumień przepływający krętym łukiem. I, choć o tym nie wie, pozostanie tu na zawsze, bo jej historia splotła się z historią Doliny. Chciałoby się powiedzieć: naszej Doliny, ale to nie prawda. Ja jestem tylko wędrowcem, co przysiadł tu na chwilę, żeby zaczerpnąć życia, żeby się zazielenić na nowo, a potem ruszyć dalej, bez względu na mrok. Pragnęłabym zostać, zanurzyć w świeżości powietrza, w krysztale wody, w kolorach, zapachach, być, trwać, jak jedno z rosnących tu drzew. Ale to niemożliwe. Nikt tu nie mieszka, ponieważ Dolina, taka jak ją widzę, nie istnieje. Jest jedynie złudzeniem, zmaterializowanym marzeniem, tęsknotą, która stała się ciałem. Zrozumiałam to pewnej nocy. Zbudził mnie sen, gęsty od smutku. Widziałam Dolinę, ciemną i wypełnioną dymem, spowitą mrokiem. Pośród spalonych traw, rozpadały się w niebyt domy, jakby uginały się i pękały pod ciężarem nieszczęścia. W oddali wyły wilki. Nawet księżyc odwrócił wzrok.
Rano wyruszyłam na obchód okolicy. Słońce pobłyskiwało jak ryba w nurcie potoku. Rodzina dzwońców gwarzyła radośnie migając do mnie żółtym, pogodnym, światełkiem. Nie wierzyłam.
Ale sen powrócił. Roztrzaskane ściany domów, zgnilizna i ciemność. Wędrowałam między zgliszczami dawnej Doliny i słyszałam jak z trudem opowiada mi to, co nie mieści się w słowach. I wtedy stało się dla mnie jasne, dlaczego nikt nie może tu zamieszkać, dlaczego ja także muszę co prędzej ruszyć dalej. Ta pozornie piękna kraina, pełna życia i nasycona kolorem i światłem to złudzenie, to projekcja, niedokończona historia, którą to widmowe życie próbuje dokończyć, dopowiedzieć. Ci co tu byli przed nami, ci, co potrafili wypełnić dolinę prawdziwym ludzkim życiem, zostawili tu po sobie niespełnione marzenia, pragnienia, tęsknoty, które z czasem gęstniały, jak poranna mgła, aż w końcu wypełniły wypalone, ciemne dziury piwnic, przykryły rumowiska domów. Zaczęły żyć własnym życiem, sycąc się słońcem, przestrzenią i czasem.
Teraz, gdy o tym myślę, wydaje mi się, że od dawna widziałam, jak materia widzialnego świata prześwituje, przepuszcza, jak pękają szwy, a spod nich wyziera ciemny, i wilgotny mrok. Tak, musiałam to wiedzieć od początku, od tej chwili, kiedy przybyłam do Doliny myśląc, że to właśnie to miejsce, w którym mogłabym zatrzymać się i zostać. To nie było marzenie o życiu. To zawyła we mnie tęsknota ku śmierci, taka czasem urokliwa i kusząca, jak perełki wplecione rankiem w pajęczyny.
Czas na mnie. Czas, póki jest. Tu, w Dolinie, płynie jedynie strumień. Nie powinnam zatrzymywać się zbyt długo. Mogłabym zestarzeć się nagle, w ciągu jednej nocy, albo znów stać się dzieckiem, albo postradać zmysły. Kto wie, co mogłoby się zdarzyć. Wiem, że i tak piętno Doliny, jej dziwne piękno, spowijające jak całun martwotę, będzie odtąd podążać za mną, bym ja – wędrowiec i tułacz, mogła nareszcie zatęsknić za domem.
piątek, 17 stycznia 2014
CIAŁO ZIEMI
Zima się spóźnia w tym roku. Czekamy w napięciu i przestajemy wierzyć, że będzie. Może nam się pomyliło? Może przyszła nocą, a my przespaliśmy ją i teraz - ledwie obudzeni - przecieramy oczy ze zdziwienia?
Na tym dziwnym styku jesieni z wiosną, w słoneczny, ciepły dzień, na progu stycznia, wyruszyłam w góry. Poszłam drogą, potem skręciłam w łąki, wyżej i wyżej, aż krajobraz otworzył się przede mną szeroki i rozległy. Z góry widać było cały świat, aż po horyzont. Można by uwierzyć, że nie ma nic poza tym, że ten talerz z dziwną, nierówną substancją, ten wielobarwny i strojny tort, to wszystko, co mamy. Góry i doliny, szczeciny nagich bukowych lasów i miękki zarost świerkowych zagajników, zmarszczki dróg, rozłożyste plecy i krągłe biodra, wszystko tak doskonale widoczne, stworzone i skomponowane z zamysłem. W takich chwilach wracam do mojej modlitwy. Jednej z moich najważniejszych modlitw. „Panie, spraw, żebym nigdy nie przestała widzieć, że to wszystko jest piękne”. Tak się modlę odkąd mieszkam tu, gdzie mieszkam. Wychodzę rano po drewno i powtarzam, idę do studni po wodę – i znowu. Czasem zatrzymuję się na mostku i patrzę w dół na wąski i zwinny nurt potoku i myślę znów o tym. Chociaż doskwiera mi niejedno, choć stary dom trzeszczy i powoli rozpada mi się rękach, choć wszystko tu wymaga mojego wysiłku, a pustka dookoła bywa tak dojmująca i bolesna, tak właśnie się modlę. Bo kiedy stracę z oczu to, co najważniejsze, stracę też siebie. Cokolwiek się stanie i gdziekolwiek powędruję, odtąd we mnie zostanie ślad tej przestrzeni, dolin i miękkich pagórków przypominających bezczelne pośladki wypięte w niebo. Będę wiedziała, że to wszystko jest i istnieje naprawdę. Cały ten świat, jak obrazek odbity w lusterku, zabiorę ze sobą.
Ziemia nagrzana tym - z pozoru - wiosennym słońcem była sucha. Położyłam się i przytuliłam do zeschniętej trawy. Czuło się, że już, już gotowa jest wypuścić młode pędy, że jej zapach nie jest już zapachem siana, ale ziołowym, korzennym i żywym zapachem obudzonego ze snu ciała. Rozgarniałam palcami trawę, by dotknąć ukochanego ciała, które kiedyś, już tak niedługo, przyjmie mnie miłosiernie. Miękkie i ciepłe, rozgrzane słońcem, pachnące ciało ziemi. I wtedy przyszła mi do głowy inna modlitwa, jak ciężkie westchnienie wyczerpanego drogą – „Panie, zrób mi miejsce, choć mały kawek przestrzeni, żeby był mój, własny na zawsze, spokojny i bezpieczny, bo mam już dość wędrówki i tej bezdomności”. I kiedy wypowiedziałam w myślach te słowa, poczułam jeszcze mocniej zapach ziemi i ziół, słońce patrzyło na nas jasnym, radosnym wzrokiem, ptaki budziły się do śpiewu – wszystko to było jak obietnica.
Subskrybuj:
Posty (Atom)