sobota, 10 września 2011
tęsknię właśnie za Tobą
Myślę o nas jak o misie i dzbanie, co mogą do siebie jedynie milczeć. Daleko i blisko zarazem. Krucho-twarde ciała, co sie stykają przypadkiem, kiedy z dzbana woda leje się do misy. Tęsknota. Morze tęsknoty i wiele, na prawdę zbyt wiele marzeń, wyobrażeń, obrazów, tęsknot. Tydzień temu było inaczej, ja byłam gdzie indziej. Powoli dociera do mnie, że już nigdy. Życie szykuje nam niespodzianki, z których trudno się cieszyć. Zostań, zostań jeszcze trochę. Nie odchodź. Wraz z latem opuszczają mnie przyjaciele i sama zostaję pod gołym niebem. Aż strach. Nie odchodź. Twoje zjawiskowe, nie przewidziane, nie zaplanowane zaistnienie, rozwiera szczelinę w zakończeniu mojej historii. Nie wiem, czy to nazywa się miłością, ale na pewno pięknie mi z tym, jak z kwiatem.
czwartek, 8 września 2011
jesień
Wychodzę przed dom i czuję, jak jesień zagarnia wszystko dla siebie. Dolinę, co wygląda teraz jak otchłań, ciemne monolity gór i mnie, pyłek osadzający się przypadkiem na nieskazitelnej powierzchni krajobrazu. Drzewa na wietrze tańczą. Nie ma jeszcze mrozu, choć tu często, o tej porze roku, nocą, szron lukruje trawę. Nie ma jeszcze złocistych płomieni na zboczach wzgórz. Jeszcze nie ma. A jednak, krok za krokiem, powoli i majestatycznie, dręcząc mnie swoją bliskością, nadchodzi i budzi lęk. Jesień.
Noc zawisa nad nami i kapie lekkim deszczem. Ciemność jest jak nicość, próbuję jej dotknąć, ale okazuje się pustką.
W gęstej czerni samochód drąży bezpieczny tunel. Spadamy w przepaść nocy, ale ratuje nas garść światła. Reflektory wyławiają i ożywiają wyciągnięte łapy krzaków, tropiące, nocne koty i puste pobocza, przy których sterczą suche badyle dawnych kwiatów. Mijam domy. Wciąż jeszcze ich nie znam. Obce, szkliste oczy, nie dostrzegają mnie w ciemności. Zresztą, wcale na mnie nie patrzą, zajęte sobą, swoim wewnętrznym życiem. Ta droga jest jak z bajki, przypomina wysnuwaną nić, wstążkę wyciąganą z gardła góry. Jadę i wracam. Bez celu. Zwyczajnie, chcę by na chwilę moim towarzyszem został samochód z jego bezpiecznym ciepłem. Samochód – skrawek mojego terytorium, które przemieszcza się wraz ze mną, gdzie tylko zechcę. Wracamy. Krótka randka. Sam na sam. W nocnej ciszy trzask zamykanych drzwi brzmi jak strzał.
Schodzę jeszcze na moment w dół żwirową drogą, by sprawdzić, czy wszystko w dolinie naprawdę istnieje. Nie mam pewności i zawracam z lękiem. Ciemność odpycha mnie i kieruje do domu. Tu wilgotny chłód, tam lepkie od światła ciepło – kusi. Ja wiem, że tu w otwartej przestrzeni łatwiej oddychać, a tam, w domu, pamięć wciąż na nowo bada pustkę. Światło wydobywa brak.
Jesień. Wchodzi na twoje miejsce. Przez niedomknięte drzwi, wsuwa powoli swoje wężowe ciało i mości się we mnie, w jeszcze ciepłej, jeszcze po tobie nie do końca otrzeźwiałej. Rozgorączkowaną ranę zamraża chłodnym oddechem. Uspokaja nonsensem i brakiem nadziei. -Chodź i przytul się, wiem, że to boli. Zimno przenika do kości. Chodź, ukołyszę cię i nic już nie będzie tak ważne, tak wytęsknione. Zostanie tylko ten ból, tylko chłód i kołysanie na wietrze. Chodź.
środa, 7 września 2011
zwykłodzień
Spokojny dzień. Zwyczajna codzienność – do rzygu spokojnie. Żyjemy tu jak kuracjusze z „Czarodziejskiej góry”. Rytm posiłków reguluje naszą aktywność. 9, 14, 19 – kardynalne punkty doby. A poza tym – coś, wypełnienie, drobne poruszenia, drgania, przemieszczenia. Nie ważne. „Szafujemy tu hojnie czasem. To jest przywilej cieni”.
Nieprawdziwość życia sprawia, że trudno się skupić, trudno dotknąć tego, co jest. Czy ja w ogóle jestem? Nic nie boli, bo nic nie trzeba, czas przelewa się wolno cienką strugą. Nie ma interwałów, zmian. Dążenie dokądś z tej perspektywy nie ma racji bytu. Jest tylko teraz. Nie było nic przedtem. Nie zapowiada się też nic po.
I tylko czasem wieczór zaczyna straszyć. Nadchodzą cienie i siadają tuż przy mnie. Ciemność nadciąga nad góry, niebo kotłuje się, a potem zamiera w czerni. Wszyscy śpią, tylko ja, jak co dzień, odstawiam tabletki na gorsze dni i nie śpię. Czuwam. Siedzę w ciszy, piwo tylko, kiedy nalewam, coś tam próbuje wyartykułować. Nie ważne.
I kiedy zaczyna mówić cisza, robi się niebezpiecznie. Jej zmyślone opowieści budzą uśpioną pamięć, przywołują obrazy, słowa, sytuacje. Z grobu powstaje tęsknota i pragnienie.
Nie, dość, już nie chcę. Spać, zasnąć, zapomnieć.
Łóżko jest takie chłodne. Okna w dachu wskazują na niebo. Księżyc rośnie z dnia na dzień przypominając o miłości.
Dość.
Niebezpieczne milczenie ciszy próbuję zagadać samotnym piwem. Jutro mnie uratuje, jutro znowu w rytmie posiłków da się przeżyć. Uśpi mnie rytm i marazm między-działań. Słońce, które zapowiada już jesień i wiatr kołyszący świerki na zboczach gór. Chłodna pościel i posłanie na podłodze przypominają mi o wygnaniu. Nie o domu. I niech tak pozostanie. Kiedy zapomnę, nadejdzie koniec. Kiedy słodki rytm stanie się sednem życia, to będzie śmierć.
Pamiętasz? Tak, nie można o tym zapomnieć. I teraz tylko ból i tęsknota ratują mnie przed ostatecznym odrętwieniem. A jutro kolejny spokojny dzień rozpocznę szukając śladów ciebie w zakamarkach mojego ciała.
wtorek, 6 września 2011
miejsce na tęsknotę
Kiedy pod skórę dostanie się drzazga, nawet najmniejsza, to miejsce zaczerwienia się, robi się gorące, wokół drzazgi zbiera się ropa. Stan zapalny.
Zasnęliśmy wcześnie. W nocy obudził mnie deszcz i wiatr. Potężne fale uderzały w dom. Zdawało się, że zaraz ulegnie powalony natarczywością burzy. A wszystko to po pięknym, słonecznym dniu. Po dniu, który wydawał się zapowiadać kolejne równie dobre i spokojne. Leżałam w łóżku i nasłuchiwałam. Miałam wrażenie, że ten wiatr i deszcz, że ta nawałnica jest reakcją na nas, na nasze wtargnięcie w przestrzeń, naruszenie bezpiecznych granic miejsca, jego stabilności. Przyjechaliśmy tu z naszym trudnym do zniesienia bagażem. Jesteśmy obcym ciałem, które drażni wnętrze organizmu, mobilizuje je do walki o zachowanie integralności, o święty spokój.
Leżąc w ciemności na poddaszu domu smaganego wiatrem i deszczem można poczuć wyraźnie, że nie jest się stąd. Nie jestem częścią tego miejsca, tego krajobrazu, tego spokoju. Być może, jak obcy przeszczep, w końcu zostanę przyjęta, zaakceptowana, zostawiona w spokoju. Ale do tego potrzeba czasu. Na razie trwa walka, na razie poczucie obcości i bycia nie stąd po prostu musi być.
Leżę i myślę o tobie. Nie ma takiej sytuacji, w której nie znalazłoby się miejsce na tęsknotę. Gdzieś, daleko, w opustoszałym łóżku, zanurzasz się w swojej samotności. Indianie wierzyli, że każdy ma swój przydział bólu i cierpienia i nie da się od niego uciec. Ale jeśli z własnej woli zadajesz sobie ból, jeśli zgadzasz się na dodatkowe cierpienie, wybierasz i wchodzisz w nie z odwagą, jest szansa, że potem będzie ci łatwiej. Reszta zostanie ci oszczędzona.
Wyrwana z korzeniami, jak roślina, która może jedynie poddawać się temu co przychodzi, na końcu świata, w najwyższym pokoju wielkiego domu, tuż pod niebem, pozwalam wiatrowi i deszczowi na nienawiść, na razy skierowane w moją stronę. A potem zasypiam spokojnie, myśląc o oddaleniu.Nawet tu jest miejsce na tęsknotę
Zasnęliśmy wcześnie. W nocy obudził mnie deszcz i wiatr. Potężne fale uderzały w dom. Zdawało się, że zaraz ulegnie powalony natarczywością burzy. A wszystko to po pięknym, słonecznym dniu. Po dniu, który wydawał się zapowiadać kolejne równie dobre i spokojne. Leżałam w łóżku i nasłuchiwałam. Miałam wrażenie, że ten wiatr i deszcz, że ta nawałnica jest reakcją na nas, na nasze wtargnięcie w przestrzeń, naruszenie bezpiecznych granic miejsca, jego stabilności. Przyjechaliśmy tu z naszym trudnym do zniesienia bagażem. Jesteśmy obcym ciałem, które drażni wnętrze organizmu, mobilizuje je do walki o zachowanie integralności, o święty spokój.
Leżąc w ciemności na poddaszu domu smaganego wiatrem i deszczem można poczuć wyraźnie, że nie jest się stąd. Nie jestem częścią tego miejsca, tego krajobrazu, tego spokoju. Być może, jak obcy przeszczep, w końcu zostanę przyjęta, zaakceptowana, zostawiona w spokoju. Ale do tego potrzeba czasu. Na razie trwa walka, na razie poczucie obcości i bycia nie stąd po prostu musi być.
Leżę i myślę o tobie. Nie ma takiej sytuacji, w której nie znalazłoby się miejsce na tęsknotę. Gdzieś, daleko, w opustoszałym łóżku, zanurzasz się w swojej samotności. Indianie wierzyli, że każdy ma swój przydział bólu i cierpienia i nie da się od niego uciec. Ale jeśli z własnej woli zadajesz sobie ból, jeśli zgadzasz się na dodatkowe cierpienie, wybierasz i wchodzisz w nie z odwagą, jest szansa, że potem będzie ci łatwiej. Reszta zostanie ci oszczędzona.
Wyrwana z korzeniami, jak roślina, która może jedynie poddawać się temu co przychodzi, na końcu świata, w najwyższym pokoju wielkiego domu, tuż pod niebem, pozwalam wiatrowi i deszczowi na nienawiść, na razy skierowane w moją stronę. A potem zasypiam spokojnie, myśląc o oddaleniu.Nawet tu jest miejsce na tęsknotę
poniedziałek, 5 września 2011
Ta chwila
Jak miło się rozczarować. Jak dobrze skonfrontować swój lęk przed nowym i nieznanym, z przyjazną rzeczywistością. Jak wspaniale nareszcie być na miejscu.
Jechałam jak w malignie. Ostatnie dni, intensywne i takie nierealne odebrały mi świadomość. Jak duch, pusty w środku i unoszący się nad ziemią, nie istniałam. I oto nagle, to miłe uczucie. Jakbym wpadła w ramiona bliskiej osoby, utęsknionej, kochanej. Wszechogarniający spokój, wielką falą wypełnia ciało i myśli. I w jednej chwili to, co było, co niepokoiło, co dręczyło, znika, rozpada się. Jest tylko krajobraz za oknem, falbany gór na tle ciemniejącego nieba, spokój tego miejsca i domu, urok i prostota. W silnych ramionach tego świata wyhamowuję. Czuję jak wracam do siebie. Jestem.
To jest ta chwila. Chwila euforii. Kiedy zamyka się to, co było i otwiera nowe. Wszystko wydaje się nagle możliwe. Pod nogami ścielą się nowe drogi, a każda inspirująca, ciekawa, ważna.
To jest ta chwila. Chwila spokoju. W której nie trzeba już nigdzie dążyć, niczego zmieniać, zmagać się, tylko być i już. Zanurzyć się odważnie w chłodnej orzeźwiającej wodzie nowego.
To jest ta chwila.
Był sobie człowiek, który ciągle czegoś szukał. Wędrował po świecie, biegał po miastach i miasteczkach, nie spał po nocy, bo i wtedy zdawało mu się, że powinien pozostać czujny i poszukiwać dalej. Nie jadł i nie pił, nie miał przyjaciół i raczej nie rozmawiał z ludźmi, chyba, że wypytywał: gdzie to jest? Gdzie to jest?
-Ale co? - pytali zagadnięci. Mężczyzna nie potrafił im powiedzieć.
Stał się jak dzikie zwierze. Jego rozbiegane, poszukujące spojrzenie przerażało. Pewnego dnia przyszedł do niego anioł. Stanął przed nim i mocno go przytulił. W jednej chwili całe napięcie, to zamieszanie w myślach, ustąpiło. Mężczyzna odnalazł siebie. Poczuł pod nogami twardą ziemię, w rękach zwiewne ciało anioła. Wokół roztaczał się zapach, śpiewały ptaki, słońce przygrzewało. Lato dobiegało końca. Wszystko to nareszcie mógł zobaczyć i poczuć.
I wtedy anioł zniknął, a mężczyzna zamienił się w drzewo.
niedziela, 4 września 2011
Piąta rano. Słońce wpada wąskim strumieniem. Nie mogę spać. Budzi mnie uczucie, że jestem w swoim łóżku, na tym samym miejscu, gdzie dotychczas. Że otacza mnie ten sam zapach, to samo światło, ta sama przestrzeń.
Jest inaczej. Między jednym, a drugim miejscem, przemieszkujemy wszyscy stłoczeni, jak uciekinierzy. Obok mnie śpi dziecko. Fale oddechu kołyszą łagodnie drobnym ciałem. Za oknem jest inny krajobraz. Łóżko jest twarde i nie moje. Tylko my pozostajemy, wciąż w tej samej konfiguracji. Zamieszkujemy nasze ciała, gdziekolwiek jesteśmy.
Piąta rano. Nie mogę spać. Słyszę, jak woła mnie dom. Ogród, w którym zostawiłam zasadzoną na wiosnę lawendę i dorodne krzaki mięty, które pachniały, gdy tylko je poruszyć. Huśtawka zawieszona na gałęzi brzozy, porzucone zabawki – wszystko zdaje się wzywać z oddali. Leżę i nie otwieram oczu. Udaję, że nic się nie zmieniło, że zaraz wstanę, zrobię kawę, włączę radio, a potem siądę w fotelu, by kontemplować kuchenne okno, do którego zagląda bluszcz. Przyglądać się, jak wspina się po nim jesień. Udaję, że za chwilę wstaną dzieci, odprawimy nasze poranne rytuały i zaczniemy dzień. Tak, jak zawsze.
Będzie inaczej. Już nigdy tak, jak było. Ta myśl rozpościera przede mną przepaść, nad którą muszę przejść, przedostać się na drugą stronę. Jak będę już tam, napiszę kilka ciepłych słów, kartkę wyślę, pozdrowienia. Tylko, gdzie znajduje się TAM? Gdzie to jest.
Tęskniąc za ukorzenieniem, wciąż wyrywam się z korzeniami.
piątek, 2 września 2011
Klamka zapadła
Ostatnie spojrzenie na dom. Jak na kogoś bliskiego chwilę po śmierci. Widać wtedy jak twarz przeistacza się, zmienia się z tej, kochanej i bliskiej, w maskę, pozbawioną wyrazu. Twarz zmarłego nie wyraża pragnień, nie zaprasza do spotkania, rozmowy, jest jedynie skorupą, zastygłą w pustce. Nie jestem jej już potrzebna.
Ostatnie kroki przez pusty pokój. Lustro spotykam tylko, które udaje, że jest tu przy mnie. Że jest. Pustka po tobie wypala we mnie taką właśnie czarną dziurę, okrutnie pustą, jak ten dom. Dopóki chodzi się codziennie po domu, po prostu będąc, nie słyszy się skrzypienia podłogi, nie dostrzega się jej niuansów, tego, jak zakrzywienia desek delikatnie drażnią stopę. Wtedy przestrzeń jest tylko po coś. Pusty dom zamienia się w samo istnienie. Krok w tej przestrzeni to medytacja. Wszystko nabiera znaczenia i zagęszcza się. Pokonanie pokoju jest jak przeciskanie się przez ciasny tunel. Wysiłek każdego kroku. Jak ból. Nasz czas ma podobną konsystencję. Opustoszały pożegnaniem, zraniony, zamienił się w martwe trwanie. Czy już ci mówiłam, jak lubię ogniki w twoich oczach?
Był kiedyś człowiek, który pragną samotności. Pokochał ją, jak kobietę i zapraszał do siebie co noc, by byli najbliżej jak to możliwe. Stawali się jednością. – Czy już ci mówiłam, jak lubię twoje oczy?
O poranku patrzył za nią, jak wstaje i boso podchodzi do lustra, by upiąć włosy, a potem odchodzi . Nie zatrzymywał jej. Chciał być sam.
-Czy już ci mówiłam?
Zamknięcie drzwi to koniec. Nie wolno się wracać, nie wolno odwracać się za siebie. To, co zostało, ma zostać. Amen.
A zamykanie drzwi? Ten szczególny gest. Może być taki różny. Gwałtowny, brutalny, albo czuły, delikatny. Czasem drzwi zamyka się z radosnym impetem, z energią, która wypycha nas z domu. Jak trudno zamknąć drzwi za tobą.
Mężczyzna co wieczór czekał w swoim łóżku. Wiedział, że przyjdzie. Akurat ona nie zawodzi.
Subskrybuj:
Posty (Atom)