piątek, 14 października 2011

jesienne wyruszanie

Smutek zbiera się pod oczami, jak cień. Ciemne niebo od rana, nieprzytomne, w jesiennej gorączce. Skołowane chmury, rozmyte i senne. W oknie na samej górze stoję i patrzę, jeszcze mam chwilę. Zaraz wyruszam.
Od pewnego czasu jestem w drodze. Ruch i zmienność, sen na przypadkowym miejscu, obcość i niezadomowienie. Bezruch staje się niemożliwy. Chwila zatrzymania myli się ze snem. Jutro o świcie znowu wyruszam, znowu w oczach zamigoczą inne obrazy, zmienne widoki, twarze i słowa, wszystko przepłynie obok.
Nie mogę zapomnieć o tamtych dniach. O dniach w drodze. Nie mogę zapomnieć o samotnej jeździe i tęsknocie, która pchała mnie ku tobie. Nieznane i najbardziej bliskie, spotykało się w wyobrażeniu. Lęk i pragnienie. A potem chwila zatrzymania i to uczucie. Sen? Nierealność? Czy to się w ogóle zdarzyło?
Czy ty naprawdę jesteś?
Nie mogę się zatrzymać. Kiedy się zatrzymam, świat się skończy. Nigdy nie będę stąd, ani stamtąd. Nie można dać się zwieść złudzeniom. Na skórze osadza się zmęczenie. W zagłębieniu szyi przysypia zmrok. Kim jesteś? Pytam. Cisza odpowiada za niego. A potem zdejmuje z mojego ucha złote kolczyki słów i wrzuca do wody.
Jutro, gdy wstanie ciemny, jesienny świt, wyruszę. Będę patrzyła jak w lusterku maleje dom, jak droga odfruwa za mną niczym wstążka rozwijana podmuchem wiatru. Pozostawię zapach chleba i ciepłe jeszcze łóżko, porzucę pagórki i topolową aleję. Kiedy wrócę, wszystko tu już będzie inne, odmienione postępującą jesienią. Żółte zamieni się w martwe, czerwone uschnie, brązowe opadnie. Przywitają mnie suche konary i pożółkła trawa. Będę umierać razem z nimi.

Zimno.
Palimy w piecu.
Ogień jest jedynym ciepłym punktem na mapie jesiennego świata.
Przyciąga nas jak magnez.
Siedzimy przed podróżą. Na szczęście.
W ciszy. Na szczęście.
Zapatrzeni.
Garstka przypadkowych ludzi. Dlaczego zawędrowaliśmy właśnie tu? Dlaczego? Po prostu jesteśmy. Tu, przy ogniu. Teraz, dziś. Jutro już nie. Każdy pójdzie w swoją stronę. Na chwilę płomień zbliża nas i wydaje się, że samotność roztapia się, jak wosk i spływa z nas pozwalając na chwilę pokonać granice naszych światów. Co za złudzenia. Jak łatwo im ulec. Dać się oszukać. Lepiej już wstać, otulić się ciepło i wyjść, wyjechać, wyruszyć.
Kiedy odjeżdżam, maszyna świata rusza znowu. Znów czuję, że żyję. Za oknem rosną góry, miasteczka tulą się do nich jak małe, bezbronne dzieci. Domki - żywe drewniane istoty. Lubię na nie patrzeć i wyobrażać sobie, jak wyglądają od środka, ich przydymione, przybrudzone wnętrza. Ciepły oddech starych domów. Chciałabym kiedyś zamieszkać w jednym z nich. Moja twarz z szalunkiem zmarszczek, ciemne oczy patrzące w dal, wypatrujące. Chciałabym stać się jednym z nich. Drewnianą istotą do zamieszkania. Do ogrzania się i odpoczynku. Wchodziłbyś do mnie zmęczony i odzyskiwał siły. Czułbyś się we mnie jak u siebie.
Na razie wyrwana z ziemi, wędruję. Kiedy już znajdę To miejsce, zostanę, wrosnę, ukorzenię się. Wtedy będziesz mógł pozostać.

wtorek, 11 października 2011

Salamandra

Zamroczona oddaleniem, nagłym, gwałtownym odcięciem, szukam drogi. Wędruję. Znowu i jak zwykle. Jest tylko to, tylko te kroki i powierzchnia kamienista i wilgotna. Idę w góry. Droga prowadzi nad strumieniem. Kiedy zakręcam w las wszystko się zmienia. Strumień płynie wartko, woda spływa ze skał i cierpi. Szum i krzyk przeplatają się. Idę w góry. Sosny i świerki wypatrują czegoś w oddali. Jestem niewidoczna, jak dziecko w tłumie. Ocieram się o ich twarde nogi. Na drodze salamandry kręcą wężowymi ciałami. Wygląda to jak taniec. Będę się uczyć tańca od salamander. Moje biodra. Nisko, coraz niżej. Czuję pod palcami glinę i kamienie. Prawo, lewo, ręka, noga. Wiję się nisko nad ziemią. A potem idę za nimi dalej, wyżej i wyżej. Idę w góry. Wędruję drogą salamander i zatrzymuję się przed Nią. Siostra trafiona ostrym dziobem sokoła. Z głową rozdartą. Mięso białe jak u ryby. Stoi zgięta w pół, na czterech silnych nogach. Najbardziej bezbronne spośród zwierząt, ma tylko jedną tarczę. To zemsta. Ptaku, który ugodziłeś salamandrę tego dnia na drodze. Czy zdechłeś już z powodu pomarańczowej trucizny? Dlaczego nie zauważyłeś ostrzeżenia?

Czarodziej kochał ją ponad wszystko. Mieszkała niżej, we wsi. Wieczorem widywał ją nad jasną strugą, jak czesała włosy. Krople wody, małe meteoryty spadające na ziemię. Chciał jej dotknąć, więc zamienił się wiatr. Jej skóra była chłodna i drżąca pod jego palcami. Miękkie uda blade w świetle księżyca. I tak, co dzień. Co wieczór. Aż któregoś dnia nie przyszła. Czarodziej czekał. Kolejny wieczór; potok tak bardzo pusty. Księżyc świeci na daremno. Zszedł do wioski i rozpytywał o nią psy warczące przy budach. - Piękna, jasnowłosa, piękna księżycowa wychodzi za mąż, odchodzi na zawsze – warczały psy. Czarodziej pędził przez pustkowie i wył z bólu. Pod nim ciemniały łąki, lasy siniały, w dolinach przedwcześnie zapadała noc. Czarodziej ukrył się w swojej dziupli i porażony bólem poczuł jak jego siła zamienia się w zło.
- Jasnowłosa, księżycowa zniknęła, zaginęła – psy szczekały o poranku – Czarodziej zamienił ją w salamandrę.
Dźwigając nowe ciało nisko nad ziemią, szła w miejsce, gdzie co wieczór lubiła siadywać nad strugą. Nie było myśli w jej głowie, a jednak wiedziała, że tam właśnie jest przyczyna. Krok po kroku, z trudem wyginając ciało w łuk, pokonywała zupełnie odmienną nagle przestrzeń. I gdy była już na miejscu, nagle przeszył ją ból. To był on. Zamieniony w sokoła, czarodziej spadł na ziemię i zabił salamandrę swoim ostrym dziobem. Poczuł zapach jej wilgotnego przemienionego ciała, gorzki zapach korzeni. Wiedział dobrze, co on oznacza. Wołały o tym jasne plamy na jej skórze. Czarodziej zdołał odlecieć na pobliską łąkę. Umarł. Między jego piórami tańczyły salamandry.

Cóż ja mogę dla Ciebie zrobić – pomyślałam widząc delikatne ruchy. Wciąż jeszcze próbowała życia. - Nie umiem cię dobić, nawet tego nie potrafię, choć to taka dobra i potrzebna umiejętność. Nie mam siły.
Uniosłam ją delikatnie i położyłam na pożółkłym liściu. A liść złożyłam na wodzie. To nie będzie bolało.
Schodziłam w dół, gdy zapadała ciemność.  

poniedziałek, 10 października 2011

wypełniona

Na razie nie wiem co się dzieje, wokół mnie wirują obrazy. Co się w zasadzie stało? Nic, tylko tyle.
Jesień. Cały dzień jechałam przez tę jesień. Nie da się ukryć, minął czas. Minął i skrócił się, Mało go. Skurczony i drżący ściele się między nami. Ostatni czas. Ostatni kawałek czasu. Tylko nasz. Wyrwany jesieni. A do tego zmiana dekoracji. Nie mogę się odnaleźć. Dunajec wił się tuż przy drodze jak wąż. Ocierał się o koła samochodu. Liście spadały do wody. Spadały na drogę, słały się pod moje nogi. Szłam przez liście, jak przez czas. Wiele pustych godzin wyczekiwania. Ile to jeszcze potrwa?
Rano patrzyłam jak budzi się świt w twoich oczach. A potem znowu odjazd. Znowu pożegnanie. Przekleństwo pożegnań. Koniec i początek. W moim początku jest mój kres – kto to powiedział?
Góra skalista i mięsista dolina, pełna kolorowych drzew. Malarstwo z października. Kontrasty w miłosnej konieczności. Dolina wtula się górę, góra ją otacza. Bezpieczeństwo. Tak, właśnie to widzę za oknem. W dolinie wieś. We wsi małe światełka jak z bateryjki, z dziecinnej latarki, z domku dla lalek. Piękne i odrębne to wszystko. Ja tylko jadę. Nie przeszkadzam. Mam swoje sprawy. W głowie świt w Twoich oczach. Nie mogę zapomnieć. Czy to już ostatni raz?

Jaki kwiat stworzysz dziś?
Kartka papieru czeka i milczy.
Wydaje ci się, że dziś wiesz już więcej
a ty znowu stałaś się dzieckiem.
Przypomnij sobie
kiedyś już to widziałaś
nie można kręcić się w kółko.
Twój kwiat dziś zasycha
tracisz czas
pomyśl, jak to zatańczyć?

Mieszkała nad jeziorem. Sama jak palec. Kiedy patrzyła na lustro wody widziała kroplę. To ja – myślała. Naga w wodzie. Srebrna w świetle księżyca. Piersi – dwie drobne gwiazdy. Wydaje mi się, że czekam – myślała siedząc wieczorem przy piecu. Nie minął wiek, a drzwi jej domu otworzyły się. Słońce wlało się strumieniem. Zamieszkał w niej.
Teraz jest pełna. Siada nad brzegiem jeziora wypełniona po brzegi. Jestem taka jak ty – myśli. Naga w wodzie staje się niewidoczna.
On został. Jest. Zamieszkuje.  

niedziela, 9 października 2011

W drodze

Jeszcze chwila. Jeszcze spojrzenie za siebie. Wsiadam do samochodu i odjeżdżam z tego miejsca na zawsze. Błogosławiony moment oświecenia. Błogosławiona chwila, w której prawda unaocznia się, staje się widoczna i oczywista. Nawet jeśli pragnęło się czegoś innego, nawet jeśli to, co widzimy niemile zaskakuje. Rzeczywistość jest tylko jedna, trzeba jej dotknąć. Dotykanie świata rani palce, rani oczy patrzenie, wewnątrz pozostają ślady na zawsze. – Nie ma innej drogi – tak mówi nauczyciel.
Wyruszam. Pozostawiam za sobą jesień z twarzą w oknie, która wzrokiem wodzi za mną. Wyruszam, czyli pozostawiam za sobą. Nie będzie już nigdy Tu, zawsze będzie Tam. Krok do prawdy, to krok w przepaść. Zabija i uwalnia zarazem.

Na huśtawce dziewczynka. Kapelusz słomkowy i sukienka rytmicznie tańczy z wiatrem. Nogi w przód, nogi w tył, nogi w przód, nogi w tył. Obok jej brat strzela z procy do wróbli. Strzał i na ziemię spada brudny strzęp. Dzielny chłopak – mówi tata wieczorem przy kolacji. Ale na razie słońce świeci i budzi z martwych. Drzewo wypuszcza pąki. To jabłoń. Cień różu na martwych palcach. Brudny strzęp krwawi resztką życia.

Wsiadam. Samochód – kapsuła międzyplanetarnych eskapad. Dziś tu, jutro gdzie indziej. Rzeki szos rwące wiodą mnie dalej i dalej. Wokół obłęd widoków. Góry i miękkie doliny, w dolinach układanki miasteczek i wsi. Włączam muzykę: „Szczęśliwi, co jak Odys, odbędą dobrą podróż”.
Dobra podróż? Czyli jaka? Jaka jest moja podróż? Dokąd wiodą mnie drogi? Moja podróż to nieustające pytanie. Dzień za dniem. Bez odpowiedzi. Do siebie. Monolog utkany z pytań. Albo dialog z rzeczywistością, którą się tylko przeczuwa.

Jesteśmy w drodze. Ty, ja, oni
w nieustannym przeistaczaniu się

czerwona kartka w moich palcach
zamienia się w kwiat
to papierowa opowieść o mnie
patrzę na spiralne wnętrze.
Dokąd prowadzi mnie czerwony kwiat.
Na krawędzi urwiska przystanął nauczyciel
patrzy na mnie z daleka
jego milczenie to nauczka
nieruchome ciało to kara

czerwony kwiat wiedział, co nastąpi później
dlaczego nie umiałam słuchać

nauczyciel odchodzi
teraz tańczę sama pokonując przestrzeń nad urwiskiem
kiedyś spotkamy się znowu.


środa, 5 października 2011

świt

Świt zastaje mnie przy biurku. Patrzę jak akwarelowy błękit wlewa się powoli na niebo i rozwadnia noc. A potem róż spod palców słońca, zmartwychwstaje.
Bóg wciąż jeszcze za górą, za domem, wciąż jeszcze w ukryciu.

Nie było mnie kilka dni, a tymczasem świat zmienił kolory. Topolowa aleja pożółkła. Klon wyłysiał. Resztki zieleni kryją się w sosnach. Trawniki bledną i schną. W porannej poświacie, w różowym tiulu, wygląda to wszystko jak z bajki, bajki, która chyli się ku końcowi, starzeje się, zamyka za nami kartki, domyka okładki.

Ile razy opowiedzieć ci tę historię?
Jeszcze tylko raz.
Spróbuję.
Była sobie kiedyś
Nie, to nie te słowa
Tamtych już nie ma.
Chcę tamte!
Była sobie kiedyś

cisza

Słowa utopione w oku stają się całym światem. Milczenie opowiada najlepsze bajki. Słyszysz? Na krawędzi nocy przysiadła jedna z nich i tylko czeka.
Nie mam słów – mówi – brak mi ich. Tęsknię za słowami, które wypływają szeroką rzeką.
Słuchaj. Mimo wszystko. Na krawędzi nocy ktoś szepcze swoją opowieść, jak mantrę. Bądź czujny i nie zaśnij. Ta opowieść o poranku to wcielenie światła.
Tęsknię. Aż słów mi brak.

Kiedy świt w pastelach, ja z głową w nocy. Ciemność nie daje się odpędzić, a dzień nie przychodzi.
- Gdzie jesteś? Wołam cię od rana. Szukam.
- Zostałam tam. W ciemności lepiej słychać. Chodź i nie bój się. To już koniec. Opowieść szuka puenty, zawiązuje supełek na koniuszku historii.

Słońce wynurza się zza góry i odtąd wszystko będzie już jasne.

wtorek, 4 października 2011

nie-porozumienia



Między nami droga prosta jak dywan. Ja i Ty, na dwóch jego krańcach. - Na końcu zawsze dojdziemy tam, gdzie trzeba i to, co trzeba się stanie - mówisz.
Wierzę.
Myślę, że wierzę.
Staram się myśleć, że wierzę.
A do tego udaje mi się czasem nie stracić resztki nadziei.
Sama nie wiem. Wszystko się wymyka i staje się płynne, jak tylko próbuję uchwycić.
Patrz. Droga między nami zaciera się. Jakby ktoś zwijał dywan po uroczystości. Koniec święta. Codzienność włazi z butami. Błoto codzienności na podłodze.
Między nami coraz więcej niewiadomych. Ciemność i przepaść tam, gdzie niedawno jeszcze był most. Drzewo, które zasadziliśmy tamtej nocy, uschło. W sierpniową noc, pamiętasz, kiedy księżyc wisiał nisko nad horyzontem. Wtedy było dużo życia. Wtedy było lato, a latem jest prościej żyć. Duszne powietrze, wino na tarasie i skóra rozgrzana słońcem. Pamiętasz?
Poznaję przy tobie wciąż nowe słowa: brak, pustka, odległość. Uczę się, chociaż to trudne. A ty? Czy wiesz już, że w moim języku miłość znaczy wieczność? I blisko jej do śmierci. Czy w twoim języku miłość znaczy teraz? Nie możemy się spotkać.
Nie spotykamy się. Mówmy szczerze.
Wymawiasz „kocham”, prawidłowo. Akcent na „o”, wszystko się zgadza. Ale mówisz „Pragnę”. Zwodzi nas fonetyka. Podobne brzmienie kryje odmienne sensy. Takich słów jest wiele, coraz więcej.
Nie, nie odchodź. Uczmy się nadal. Mówiąc starajmy się używać dwóch języków, słuchać na dwa sposoby i rozumieć. Ja i Ty. Droga między nami zanika, ale wciąż jeszcze pozostało wiele słów do wypowiedzenia wspólnie.



Stali naprzeciwko siebie i milczeli. Niezrozumienie bywa męczące. Ona pytała o drogę, a on zrozumiał, że jest zmęczona. Ona, spytała o miejsce, gdzie można by spędzić noc, a on sądził, że poczuła się źle. Szumiały drzewa i dodawały od siebie trzy grosze. - Zupełnie niepotrzebnie się wtrącacie – powiedziała sarna, bo myślała, że drzewa im urągają. Ale nikt jej nie zrozumiał, bo jej mową było milczenie.
Każdy mówi w swoim języku. Każdy sam mówi w swoim języku. Z jakiego kraju pochodzisz? Jakim językiem mówisz? - pytam, bo sama nie wiem, skąd jestem i sama siebie już nie rozumiem.  

poniedziałek, 3 października 2011

nie-pamięć

Nie ma śladu.
Pamięć została wyczyszczona.
Zniknął dom, fortepian, zniknęła skórzana kanapa, kominek i widok za oknem. (Brzozy tak pięknie lśniły w słońcu) Nie zostało nic. Przeszukuję archiwa, szukam śladów, znaków, palimpsestów, naskalnych rycin – nie ma. Pozostała wypalona pustka, dziura, luka, którą nawet wyobraźnia boi się wypełnić.
Wędruję nową drogą, pośród nowego krajobrazu i myślę – dlaczego tak się stało? Dlaczego tak źle zniosłam tę zmianę. Co stało się w pamięci? Jaka rana została rozdarta, gdzieś wewnątrz mnie? Czemu wszystko to nie może być po prostu częścią czasu przeszłego, moją, chcianą, lubianą i przede wszystkim na zawsze obecną? Czy gwałtowność ostatnich dni sprawiła, że decyzja o rozstaniu z miejscem przestała być taka oczywista, a konflikt między radością, a tęsknotą stał się zbyt duży, by móc go znieść?
Nie wiem.
Pamiętam tylko Ciebie.
Twoją twarz nade mną. Uśmiech.
Pozbawiłam się Ciebie,
Ciebie siebie.
Sprzedałam za piękny widok za oknem i okruchy świętego spokoju, którego i tak nie jestem w stanie zaznać. Z przygody wyszła trauma, z pięknych wspomnień – czarna, bolesna dziura. Każdy wybór naraża na stratę, każdy może stać się zarówno drogą do domu, jak i wygnaniem. A wszystko stanie się prawdziwe, dopiero kiedy rozcieńczy to czas. Czas, płynący ku delcie, ku ujściu w wieczność. Tam dowiem się, co tak naprawdę powinno się było wydarzyć. Tam sobie wszystko przypomnę.