czwartek, 24 listopada 2011

zamarzamy

Kolejny dzień. Wszystko się uspokaja. Zapadam w sen zimowy. Czasem wydaje mi się, że ja uspokojona nadchodzącą zimą śpię i śnię na jawie. Wykonując algorytmy domowych czynności drzemię. Nie ma mnie w środku. Moje ciało, jak garnitur bez właściciela, pokonuje przestrzeń i jest w tym nawet dość skuteczne, ale mnie tam nie uświadczysz. Śpię.
Co rano wyprowadzam siebie na spacer. Tak dla higieny. Bo w zasadzie mogłabym zakopać się w domu i wyjść na wiosnę. Ale trzeba. Lekarz radzi. Krótki bieg nad strumień i powrót z językiem na brodzie, pod stromą górę. A potem mogę już zacząć pracę, walczyć z przeciwnościami i kontynuować miły letarg codzienności. A nocą przychodzą sny. Wiele się w nich dzieje. Może im mniej tu, w świecie A, tym więcej tam, w tym B, niedocenianym i pogardzanym? Dziś w nocy mistrz fechtunku uczył mnie władania białą bronią. Jaki z tego wniosek? Człowiek uczy się całe życie? Całe życie, czyli nie tylko na jawie? W snach jest też czas i miejsce na miłość. Taką jaka powinna być, a często nawet bardziej. Spotykam właściwych ludzi, we właściwym czasie i miejscu i wszystko następuje wedle naturalnego porządku. Sen to realistyczna bajka, dobranocka, którą oglądam co noc, która mi rekompensuje niedostatki dnia. Wstaję rano szczęśliwa i spełniona. Wyprowadzam siebie na spacer i żyję dalej. Kto by pomyślał?
A dziś, gdy mój cudowny budzik, mój telefonik, zagrał dla mnie francuskiego scottisha, żeby mnie pocieszyć, że choć trzeba wstawać, to może nie będzie tak źle, pomyślałam o starości. Od jakiegoś czasu hoduję swoje siwe włosy w laboratorium mojej głowy i analizuję zmiany. Stosuję naturalne oleje na skórę na czole, między brwiami i przyglądam się, jak reaguje moja pierwsza prawdziwa zmarszczka. Tak, to trzeba ogłosić światu zanim ktoś ogłosi to za mnie. Stało się. I przyszło niezauważalnie. Starość – tak to się chyba nazywa, choć jeszcze nie ta pełnoobjawowa, tylko taka subtelna towarzyszka raczej, ale jednak. Jest. Rozmawiamy. Wynika z tego, że już sobie nie pójdzie, że to, co było może się rozgrywać jedynie we śnie, bo teraz na jawie będzie już inaczej. Przyszła wraz z jesienią. Matka mówi – wyglądasz jak dziewczyna, nawet z tymi włosami, – a ja myślę, że to jest zaklinanie rzeczywistości mojej, jej, każdej. Chciałabym, ona by chciała, wiadomo. A jednak jest inaczej. Im bardziej to czuję, tym więcej chciałabym jeszcze wyzyskać z tego, co jest. Tańczyć, występować, zrobić jakiś niesamowicie odkrywczy performance jakiego ludzka wyobraźnia dotąd nie wykombinowała. Tak jakby mi wszystko uciekało z rąk. Razem z czasem. Śliskie i zwinne. A ja stoję, jak sierota i próbuję desperacko łapać te wszystkie drobiazgi, zatrzymać dla siebie. Tak, subtelna towarzyszka już tu jest. Rozmawiamy i wiem już, że ten performance się odbędzie. Inny niż myślałam, ale spektakularny i poruszający. Jeśli tylko ktoś będzie chciał patrzeć, jeśli będzie miał ochotę uczestniczyć. Ale to jeszcze przede mną.
Na razie jest jesień. Mróz utrwala wszystko w kadrze. Unieruchamia i uszlachetnia. Gnicie jest mniej zgniłe, a wilgoć rozkładu lśni jak lustro. Wszystko, co miało umrzeć, już umarło, teraz następuje przemiana, mineralizacja. Wychylam się przez okno i widzę, jak beztrosko lisy hulają po łące, gronostaj zamiata ogonem taras pod domem. Nas już tu dawno nie ma. Nie zorientowaliśmy się nawet, a tymczasem śnieg przysypał nam twarze, a mróz utrwalił gesty. Rozmarzniemy wiosną, jako pokarm dla ziemi i nasza wędrówka nareszcie okaże się potrzebna.  

niedziela, 20 listopada 2011

poranny spacer


Budzi mnie rwetest za oknem. Na topoli pod blokiem usiadły zimowe ptaki. Toczą ptasie spory. Ojciec wychodzi z psem. Szósta trzydzieści. Za moment wstanie słońce.
I tak tu jest codziennie. Już o szóstej pies czuwa przy jego łóżku. Co chwilę trąca go wilgotnym nosem. Ojciec wstaje, jak zawsze, jakby był nakręcony, nastawiony na szóstą.  Jest jesień. Przez okna zagląda ciemność. Ubiera się w równym rytmie, a potem wychodzi. Robi rundę wokół bloku, a potem pętlą otacza parking i boisko. I tyle. Kiedy mija blok naprzeciwko niebo pęka przy podstawie. Zza horyzontu powoli ulatnia się jasność i nasącza sobą niebo. Kiedy wraca do domu jest już dzień. Wciąż jeszcze blady i niepewny. Leżę w łóżku i nasłuchuję. Staram się iść za nim. Towarzyszyć tej obowiązkowej wędrówce na granicy nocy i dnia. Wydaje się, że bez tych pętli, rytualnych obejść dookoła, kolejny dzień nie mógłby się wydarzyć.
A przecież wszystko to jest tak doskonale nie ważne Pójdziesz, nie pójdziesz. Zrobisz, nie zrobisz, słońce i tak wzejdzie, a ziemia będzie obracać się w swoim rytmie. W tym sensie każdy z nas jest całkowicie zbędny. Podobnie jak jesteśmy zbędni bogu. Po nic. Po prostu przyszło mu do głowy, któregoś tam dnia stworzenia, by ulepić nas z błota, co pozostało po tym, jak oddzielił wody od lądu. Powstaliśmy od tak, jak powstaje w rękach dziecka ludzik z plasteliny.
Któregoś dnia ojciec jak zawsze wyjdzie przed wschodem słońca. Pies wyrwie się do przodu, by osiągnąć wymarzony trawnik. Pójdą swoją drogą. Nawet nie zauważą, że tuż przed nimi, na wysokości mijanego bloku, albo tam, gdzie rosną stare jabłonie, otworzy się szczelina. Wejdą przez nią i odtąd ich spacer będzie toczył się wiecznie. Tego dnia nie wrócą do domu. Przez czas jakiś, nasze uczucia przypominać będą garnek pełen bulgocącego wrzątku. A potem wszystko wystygnie, ustoi się, bo nikt z nas nie ma tu szczególnego znaczenia. Nikt nie jest kluczowy, do czegokolwiek komukolwiek potrzebny.
To samo jest ze mną i z tobą. Któregoś dnia przed nami też otworzy się szczelina i wchłonie nas bezpowrotnie a potem mlaśnie tylko i już. I tyle.

czwartek, 17 listopada 2011

magiczne lustro

Jutro o poranku wstanę i ruszę w drogę. Świat będzie biały i delikatny jak śpiące niemowlę. Będzie się do mnie tulił chłodnymi rączkami i szukał piersi. Spróbuje mnie zatrzymać. Zapnę kurtkę pod brodą i wciągnę na uszy czapkę, a potem jakoś odpalę zamarzniętego diesla i wyruszę. Zostawię za sobą dom i dolinę wybieloną szadzią. Zostawię to dziecko, co się urodziło ze mnie. Pogrobowiec lata. Samotne i niechciane.
A przede mną znów otworzy się pamięć. Rozwinie się, jak dywan, droga i wskaże na wszystko to, co pozostawiłam kiedyś za sobą i z czym znów przyjdzie mi się skonfrontować. Nie ma rady.
Okrutna pamięć. Wciska się, jak porost, między szczeliny przestrzeni. Zostaje w niej i rozsadza od środka. Każda mijana wioska, każde miasteczko, drzewo przy drodze, wszystko przypomni mi, że wtedy było inaczej. Tak niewiele minęło czasu. Wszystko jest nadal świeże, jak grób.
I cóż? Pojadę, wrócę, przeżyję. A potem może i umrę. Reszta świata odwróci się obojętnie i odejdzie w swoją stronę.

Była sobie królewna, która na osiemnaste urodziny dostała kryształowe zwierciadło. – Możesz spojrzeć w nie tylko raz – powiedziała matka chrzestna wręczając prezent – tylko raz, pamiętaj.
Kiedy goście wyszli, dziewczyna zamknęła się w swojej komnacie i odsłoniła woal otaczający lustro. Na jego tafli coś zamigotało, a po chwili ukazała się w nim postać księcia. Jakiż był piękny. Piękniejszy niż najpiękniejsi ludzie, jakich królewna dotychczas widziała. Skórę miał gładką, jasne włosy opadały mu na ramiona. W ciemnych oczach migotały promienie słońca. Królewna przyglądała się księciu z lubością. Nie mogła oderwać od niego oczu. Patrząc wciąż jeszcze, już tęskniła za nim i przeczuwała jakim cierpieniem będzie każda chwila bez niego. I wtedy nagle ze zwierciadła odezwał się głos – odtąd należysz do niego; będziesz szukać go aż znajdziesz, albo umrzesz z rozpaczy.
- O tak – pomyślała dziewczyna – niczego innego nie pragnę, jak wyruszyć, choćby teraz, by go odnaleźć. Niewiele też myśląc zebrała potrzebne rzeczy w mały tobołek, spakowała też magiczne zwierciadło, porzuciła zamek, w którym niczego jej nie brakowało i wyruszyła w drogę. Wędrowała przez górzyste krainy, przez miasta i wsie. Wszędzie rozpytywała o księcia, ale nigdzie go nie było. Zmęczona wędrówką, odpoczywała w cieniu drzew pomarańczowych i u źródeł tam, gdzie płynęła kryształowa woda. Któregoś dnia, gdy zmęczona drogą i upałem siedziała pod rozłożystym drzewem, przypomniała sobie o magicznym zwierciadle. Może, gdyby spojrzała w nie raz jeszcze, znów mogłaby zobaczyć swego ukochanego? Choćby z daleka. Choćby na chwilę. Tęsknota nie dawała jej spokoju. Była gotowa umrzeć, byle tylko móc znowu spojrzeć ukochanemu w twarz. Pamiętała, co mówiła matka chrzestna. Mimo wszystko odsłoniła zwierciadło – niech się dzieje co chce – pomyślała. I wtem na srebrnej powierzchni zamigotał niezwykły widok. To było miasto o wysokich murach i mocnych potężnych basztach. Wewnątrz rosły smukłe domy o wesołych oknach. Ulicami spacerowali uśmiechnięci ludzie. – Co to za cudne miejsce – pomyślała królewna nie mogąc oderwać wzroku od wspaniałego miejsca. A wtedy lustro odezwało się – Teraz należysz do tego miasta. Odnajdziesz je wędrując po świecie, inaczej zginiesz.
– O tak, już od dziś, od teraz, będę poszukiwała tego cudnego miejsca. Na pewno gdzieś je odnajdę.-- pomyślała i natychmiast zerwała się z ziemi, by ruszyć w drogę, ale wtedy w jej sercu coś załkało i królewna usłyszała głos dochodzący z jego wnętrza – och, królewno. Ja umieram z tęsknoty za księciem. Idź, szukaj go, inaczej pęknę z rozpaczy.
Królewna zatrzymała się i poczuła potężną falę tęsknej miłości do mężczyzny, którego poprzednio zobaczyła na powierzchni lustra. – Ojej, kochany, jak mogłam o tobie zapomnieć – powiedziała w duchu – tak, idę do ciebie, czekaj na mnie tam, na końcu świata, gdziekolwiek jesteś!
Ale wtedy serce znów zapłakało – o niegodziwa, miasto przepadnie jeśli go nie odnajdziesz a ja przepadnę razem z nim, pęknę z rozpaczy. Tęsknię do tego miejsca, gdzie ludzie są szczęśliwi, gdzie za wysokimi murami strzelają w niebo wysokie domy.
Królewna przeraziła się. Za każdym razem, gdy próbowała iść w jakimś kierunku, serce płakało rzewnie, a tęsknota odbierała jej siły. Stała tak, szarpiąc się to w tę, to w tamtą stronę. Tęskniąc i roniąc łzy i za pięknym miastem i za księciem, królewna wyciągnęła po raz trzeci magiczne zwierciadło. Odsłoniła tkaninę i wtedy w lustrze
zobaczyła siebie.

środa, 16 listopada 2011

moja litania

Na brzegu zimy siadam z twarzą w oknie i wypatruję końca. A przy tym końcu widzę same początki. Wszystko kiedyś było pierwsze, nowe i świeże, jak ten śnieg, co dziś spadł na krawędzi nocy. Siedzę tak i patrząc na tę dziewiczą biel, układam sobie w głowie katalog rzeczy pierwszych tych, co były na początku, tych, za którymi przyszły kolejne, już nie tak ważne, nie przełomowe, zwykłe, mniej lub bardziej codzienne. Słucham sobie w duchu tej wyliczanki, co mi się sama zaczyna mówić, jak jakaś litania. Modlitwa nie tylko do przedmiotów i sytuacji, ale to jest modlitwa do mojej młodości. Tak, do odchodzącej i już nie tak śnieżnobiałej, a raczej przypominającej zgniłe przedwiośnie, kiedy spod bieli wyrastają parchy brudu. W tym przedwiośniu życiem tkwiąc, modlę się do tego, co minione bezpowrotnie. Minione, albo może i nie? Może obecne nadal, ale inaczej, już nie tak realnie, choć przecież naprawdę. Im jestem starsza tym częściej emigruję do krainy pamięci i tam kontynuuję mój żywot prawdziwy, ten nieśmiertelny, upleciony z samych najlepszych chwil, z ludzi i ze mnie samej, tej świeżej i najlepszej z możliwych. A więc zaczyna się to tak:
Mój pierwszy papieros. Skręcony z liści tytoniu suszonych w słońcu.
Pierwszy dezodorant nazywa się tobacco, czy jakoś tak. Są lata osiemdziesiąte. Atomizer pluje wilgotną substancją. Zapach prawdziwego mężczyzny. A ja mam dziesięć lat i tak właśnie się czuję. Chcę być taka jak tata.
Moja pierwsza samotna podróż autobusem linii 136. Kierunek – nowa szkoła. Nowy, lepszy koniec świata.
Pierwszy pocałunek. Taki prawdziwy. On – Piotrek, zwany przez kolegów z podwórka Świrem. Klatka schodowa, gdzieś między 3 a 4 piętrem. Mocne ręce i chłodny, wilgotny język. - No co, nic się nie dzieje – mówi, gdy go odpycham.
Pierwsza praca. Sprzątam u pewnej kobiety. Jest po czterdziestce. Właściwie samotna, ale to zależy od dnia. Czasem jest z mężczyzną. Wtedy sprzątam tylko duży pokój i dostaję kilka złotych dodatkowo.
Pierwsza śmierć. Ostatnie sprzątanie u obcej kobiety. Wychodzę późno i czekam na opustoszałym przystanku. Naprzeciwko mnie theatrum mortis. Tramwaj kroi faceta na kawałki. Już wiedziałam, że do niej nie wrócę.
Moje pierwsze wino, piszę do Ciebie list, pożegnalny. Mamy sobie sporo do powiedzenia, po tylu latach. Pamiętasz tamtą noc, w starej kopalni piasku? Nad nami pochylał się las. A w szczelinie, którą tworzył widać było niebo, jak rozkołysane morze gwiazd. Chciałam patrzeć w niebo. Lubię gwiazdy. Sierpień nad głową. Najpiękniejszy jest nocą. Podniosłam głowę i wtedy ty powaliłeś mnie na plecy i przycisnąłeś do ziemi. Szalałeś we mnie jak potem nikt.

Czasem wydaje mi się, że można by tak wyliczać w nieskończoność. Bez względu na chronologię wydarzeń, odkrywać wciąż kolejne pierwsze chwile i zdarzenia. Ale to złudzenie. Pewnego dnia łańcuszek przerwie się, skończy się raptem moja litania i wtedy zostanie mi jeszcze tylko ta chwila, którą zapnę wszystko jak agrafką. I to będzie najprawdziwszy, pierwszy i ostatni koniec, bielutki, jak pierwszy śnieg.

(fragment)

poniedziałek, 14 listopada 2011

obca

Wieczór zawsze nadchodzi zbyt wcześnie. Powoli przyzwyczajam się do zielonej wykładziny. Smak herbaty ciągle odmienny od tamtego. Obcość jest stanem chwilowym, jak fala nadpływa i oddala się ode mnie. Niespodziewanie, pomiędzy śniadaniem, a obiadem, w pół kroku, w drodze, okazuję się obca i sama siebie nie poznaję.

Ojciec miał na wszystko jedną odpowiedź. Inni mogą, dlaczego ty nie. Więc wyjechałam. Inni mogą. Dlatego zdarzyło się wiele rzeczy. Nawet kiedy robiłam prawo jazdy myślałam o tych rzeszach, co mogą. A ja? Nie wiem, czy to jest motywacją dostateczną, dostateczną racją, ale sprawdza się. Gdy już chęci życia brak i wszystko staje się tak niemożliwie trudne, myślę – inni mogą, dlaczego ty nie? Ale tak postawione, to pytanie prowadzi mnie na manowce.

Słońce umiera od kilku dni i pragnie przeistoczyć się w śniegową kulę. Jesień wypiera z siebie zimowe dziecko, ale poród postępuje powoli. Zima w kleszczach jesieni utknęła. Czas stanął w miejscu. Teraz tylko powtarzamy się, wracamy do tego samego. Kiedy nastąpi przełom, wszystko okaże się inne. Kim będę zimą?

Obcy jest język który opowiada mi minione historie. Muszę się dobrze wsłuchać, żeby usłyszeć to, co ma mi do powiedzenia na mój temat. Nie rozumiem kontekstów, mylę znaczenia. – Robisz to celowo – mówisz z wyrzutem – tak jest ci łatwiej.
Być może, jeśli dobrze cię zrozumiałam. Nic o tym nie wiem, ale nauczyłam się już, że każdy wie więcej ode mnie na mój temat. Popchnij mnie we właściwym kierunku. Pójdę tam i jak zwykle będę udawać, że niczego nie rozumiem. Nie wiem, czy wiesz, co dzieje się w środku, Moja głowa czuje się niewidoczna, półprzezroczysta. Mnie tam nie ma, więc nie patrz tak na mnie. Wyszłam pomylić czynności i zgubić drogi. Znajdziesz mnie na rynku, pośród tłumu śmiejącego się na mój widok. Obcość. To jest właśnie to, co czuję, gdy wokół mnie robi się ciasno.  

sobota, 12 listopada 2011

niezrozumiana

Kolejna noc. Odliczam je jakby to miało znaczenie. Konstruuję liczydła. Ile dni już minęło od tamtego? Ile nocy od tamtej? Wszystko wiem, pamiętam, nie zapomnę. Wracam do tego jak do źródła. Źródło wyschło. Jestem jak zwierzę, przychodzę w to samo miejsce i umieram z pragnienia. Znów listy, słowa wycelowane we mnie. Czytam na dobranoc, wciąż od nowa, każde słowo, co mówiło do mnie więcej niż chciałeś powiedzieć.
-Nie, to nie tak, to ty mnie nie rozumiesz. Od zawsze znam to uczucie. Mówię innym językiem i stąd nieporozumienia. Moje wyrazy nie znajdują w świecie odpowiedników. Są jak mydlane bańki wypuszczone w niebo. Lotne i kruche. Nie uchwyciłeś ani jednego. Wszyscy mi to mówią. Wykrzykują to do mnie, chociaż ja słyszę dobrze. Tylko mówię inaczej. Niezrozumiale. Widocznie to jest zbyt trudne do zniesienia. Ja i moje słowa, jak gromada potarganych dzieci. Nikt nas nie chce. Włóczymy się i próbujemy swoich sił. Szukamy sobie miejsca, by przetrwać zimę, by jakoś przeżyć, kąta na dobrą śmierć. Posłuchaj. Ja staram się ciebie zrozumieć, choć mówiłeś – zawsze, a to nie znaczy nic. Ja też jestem człowiekiem, chociaż nie wyglądam. Myślę o słabym i nieporadnym o tym, co nie umie i co nie daje rady. Jestem człowiekiem. Szukam drogi. Choć dawno sama zamieniłam się w nawierzchnię, po której chodzą. To normalne Moje słowa wyjęte ze środka nie przypominają siebie. Już wszystko jasne. Wiem dlaczego. Nie martw się, to nic nie zmieni.
Dlaczego nadal myślisz,
że słowo oznacza
skoro wiesz dobrze, że
od dawno już oddaliło się od swoich
i stoi jak dom z dala od.
Słowa rozpadają ci się w rękach
Nie dziw się samotności
W takim stanie
nikt cię nie wysłucha
mówisz od-rzeczy, zamiast spotykać się z nią
po drodze, między tobą a nią.
Chciałabym znów pojechać do miasta,
gdzie byliśmy wówczas,
w ów czas.
Jedyne co mogę, to odtwarzać w pamięci,
wyczuwam w tym znaczenie,
którego nie ma
nigdzie indziej
Powiedz coś,
może jeszcze ożyję
między kamienicami,
wtulona w twoją rękę
jak brak.

piątek, 11 listopada 2011

tamto miejsce

Już wszystko gotowe. Ścięte zioła suszą się na strychu. Ogród opustoszał i wygląda jak przypadkowy kwadrat ziemi wygrodzony płotem. Absurdalnie. Krzewy i młode drzewa śpią w chochołach. A dookoła las, z piętnem liściastych drzew płonących pośród ciemnej zieleni świerków i jodeł.
Od rana pali się w piecu. Zimowe kurtki czekają w pogotowiu. Rękawice i czapki na stanowiskach. Lada dzień przyjdzie. Wejdzie bez zapowiedzi i odmieni wszystko. Przemaluje, jak własny pokój. Wtedy my będziemy jej gośćmi, trzeba się będzie na nowo odnaleźć w odmienionej przestrzeni, w innych barwach, zapachach, w całkiem innym świecie. Teraz jesteśmy w drodze. Na razie kulimy się, razem, coraz bliżej siebie. To dodaje otuchy. Na tym końcu świata, kiedy śnieg przykryje wszystko, będziemy razem, chociaż trochę. W kuchni kobiety kroją słoninę na smalec. Przygotowania zupełnie jakbyśmy za chwilę mieli wejść do Arki na długie miesiące. Czy wszystko już jest?
Pierwsza zima tu. Dziś przekraczając nagrzaną granicę domu, wspomniałam o tamtym, pozostawionym przeze mnie, poprzednim miejscu. Pamiętam jego jesienną wilgoć. Nocne spacery po drzewo, żeby rozpalić w dymiącym kominku. Zapach chleba i koty wygrzewające się na moim miejscu. Stary fortepian nie pamiętał już żadnego utworu. Zajmowaliśmy się nim jak niedołężnym starcem. Dziwne okno prowadziło wprost w ciemność, nad którą jaśniał tylko wąski pas nieba. I to był wschód. Orzech o tej porze stał już całkiem opustoszały. Srebrna kora błyszczała w słoneczne dni. Jakby to było iść pod tym orzechem teraz i czuć pod stopami okrągłe owoce? Wdychać zapach liści umierających w wilgotnej trawie. Przeżyć znowu poranek, dzień, wieczór, noc tam. Jakby to było wrócić?
Wszystko przed mrozem kuli się i drętwieje w oczekiwaniu. Nawet słowa. Dzieci bawią się w ciszy. Słychać tylko kroki na schodach i rumor w kuchni. Każdy zamyka do siebie drzwi, choć tak bardzo potrzebujemy teraz ciepła innych. Jaka szkoda, że nie ma tu ze mną kotów. Moja samotność byłaby o wiele cieplejsza i bardziej aksamitna w dotyku. A tak, jest chłodna i nieprzyjazna niczym mroźne powietrze. Zima z kotami miała by w sobie coś z dzieciństwa, wspomnienie z czasu snu. Bez nich będzie przeczekiwaniem. A może nie? Tak dużo chciałabym wiedzieć zawczasu.
Dawny dom znowu mnie wzywa. Wchodzę na strych i przypominam sobie surową przestrzeń tamtego strychu. Czasem wchodziłam po koślawych stopniach, z akordeonem na plecach, żeby w nieskończonej przestrzeni, pachnącej mokrym tynkiem i farbą, grać w nocy tylko dla siebie. Skrzypienie podłogi. Znam je dobrze. I miejsce, które zmieniłeś swoją obecnością. Herbata w dzbanku. Pamiętam światło tamtego wieczora i chłodną powierzchnię sofy.
Byłam tam miesiąc temu. Już po tym jak.
Dom stał spokojny i ciężki. Taki sam jak wtedy. W oknach paliły się światła. Widać było otwarte drzwi do pokoju. Nie dostrzegłam nikogo, ale miałam wrażenie, że zaraz zobaczę tam siebie i dzieci i zwykły jesienny wieczór, nasz wieczór. Kolacja przy okrągłym stole, obrus z czarno-czerwonych łatek, dzieci się kręcą, ja się kręcę, tak bezpiecznie i w sposób oczywisty jakby to była wieczność. Jasne światło wydobywa każdy szczegół. A teraz widzę to z daleka, poszukuję detali, ale oko nie radzi sobie z odległością. Nie wejdę tam już i nie zajrzę. Nie sprawdzę i nie przekonam się. Zimą przyjadę tu znowu, a potem wiosną. Będę chciała patrzeć, jak przestrzeń obojętnie trwa dalej. Przyjmę to z żalem tak, jak przyjmuje się czas.