Znów powrót do źródeł. Obserwuję siebie w tej podróży. Badam myśli, obrazy, tęsknoty. To już nie te emocje, jak dobrze. Spokój. Normalnie jadę i już.
Za plecami zostaje wybielony krajobraz. Kusi nas do pozostania, rozsypuje drogocenne szkiełka w śniegu. Słońce wschodzi, gdy odjeżdżamy z Zawadki, a Cergowa wynurza się z mgły i wygląda jak wypięty koci grzbiet. Jest tak pięknie, że aż trudno oddychać. Jest tak jasno, świetliście, że aż bolą oczy. W powietrzu unosi się rozrzedzona radość. Wciągam ją powoli do płuc i zatrzymuję. Czuję jak przenika do krwi i zaczyna krążyć we mnie dodając nowej energii. Jedziemy. Reszta nie ma znaczenia. A piękno poczeka tu na nas z zimą. Przysiądą między Duklą a Zawadką i sformują komitet powitalny. Wrócimy za tydzień. Wszystko tu będzie takie samo.
Warszawa jest inna. Sina i wilgotna. Warszawa jest płazem żyjącym głęboko w jaskini, z dala od światła, od prawdziwego światła. Za oknem blokowisko – betonowa armia. Dobrze, że tam jest inny świat, do którego będzie można wrócić, w który można się będzie zanurzyć i zapomnieć o szarościach i gęstym powietrzu Warszawy. A tymczasem przede mną rodzinne pięć minut. Potwór połyka mnie na dobre.
Dojeżdżając mylę drogę. Zawracam i objeżdżam dom naokoło, jak nigdy dotąd. Już nie jestem stąd. I niech tak pozostanie. Byłoby dobrze zapomnieć, pomylić drogę i nigdy nie trafić. Czasem błądzenie może być ratunkiem. Jem kutię i zamieniam się w wielki trawiący brzuch. Święta – czas człowieka mięsa. Czas brzucha. Uroczystości trawienne. Popijam winem i chyba zaraz zasnę. Minuty, godziny, zegary, kalendarze nie mają tu nic do rzeczy. Jest tylko rozciągła wieczność. I zamroczenie, a w nim migoczą kolorowe lampki.
Poranek zastaje nas śpiących pod choinką. Dzieci i ja, na legowisku z koców i śpiworów. Łoże nomadów.
Wędrówka na cmentarz. Świąteczne odwiedziny. Kutia. Wiewiórki czują wiosnę. Szukają w szczelinach i jamach czegoś do zjedzenia. Niebo chmurzy się i wzbiera deszczem. Mży. Nieobecni wędrują za nami jak cienie. Opowiadamy o nich historie i wzywamy po imieniu.
Wieczór u starszej kobiety nad kawą i winem. Roztopione minione historie stają się prawdą. A moja córka, ukryta pod choinką wyciąga z paczki pomarańczowe ciastko, wpycha sobie do ust i mówi: cała cisza będzie dla ciebie.
niedziela, 25 grudnia 2011
wtorek, 20 grudnia 2011
codziennie
Dzień za dniem upływa niepostrzeżenie. O poranku budzi mnie dzwonek w komórce. Kiedyś tańczyłam do tej melodii, a teraz w jej rytmie ledwie dźwigam się z łóżka. Wtórna funkcja muzyki – być dźwiękiem w komórce, sygnałem sms-a, albo budzikiem.
Zaglądam w ekran i sprawdzam datę. Widzę tę dzisiejszą, mój boże! Kolejny dzień. Poprzedni już za mną. Odhaczony. A ten następny w kolejce do odchodzenia w nic. Już teraz, już na starcie gotuje się do obumarcia.
Dni jak jętki.
A sny są jak strona z obrazkami w książce, którą kartkuję, dzień za dniem. Sny. O czym one w zasadzie są? Co chciałyby mi opowiedzieć te surrealistyczne wizje wprost z mojej głowy? Oglądam je uważnie i wiem tyle samo, co wcześniej. Nasiona we śnie wypuszczają mocne długie pędy. Nie zapomnę tego obrazu. Wierzę, że mówi o zakorzenieniu, o moim miejscu.
Kiedy mówię przy dzieciach – jak będziemy mieli swój dom – mój syn przerywa mi i mówi – ta, jasne, swój dom. Ja mam, tylko ty nie masz – i śmieje się szyderczo.
Gdzie można się podziać, kiedy nawet najbliższy wymiata cię miotłą za drzwi swojego domu?
A więc, kiedy już będę miała swój dom, pomaluję w nim ściany na czerwono, a na tym wymaluję pomarańczowe paski i nigdy już nie zabraknie mi energii. Na podłodze usypię zegar z piasku, który będzie mi doskonale posłuszny. Tak będzie, zobaczycie.
A teraz siedzę sama. Dzieci śpią. Noc powleka ciemnym nalotem dom i śnieg przed domem. Wilki podchodzą blisko. Jutro wyjeżdżam. Znów w tę samą trasę. Już po raz drugi bez nadziei i bez specjalnej chęci. Byłeś magnesem. A teraz porwie mnie jedynie lekki prąd. W rzece samochodów popłynę w stronę, gdzie kiedyś byłeś ty. Puste miejsce zajmie wiatr i śnieg, albo nic, po którym przechadzać się będą obcy ludzie. Cóż począć. Choć pamięć cofa czas i pokazuje wciąż tamtą datę, bezustannie i bezlitośnie, każe mi powracać, to przecież prawda jest inna. Wszystko wskazuje na to, że to, co było, odeszło, prawda? Tak chyba o tym pisałeś: wszystko, co było, odeszło. Nic nie zostało.
Ten kawałek mnie umarł i przecież byłam na pogrzebie, dlaczego udaję, że nie pamiętam?
Kiedy jest się młodym, miłość ma smak truskawek i lekkość szampana pitego z butelki nocą, dajmy na to, na plaży. Jakoś tak. Kiedy się kończy, od środka ściekają czerwone łzy, a potem słońce wstaje znowu i przychodzi dzień. Ma się przed sobą nieskończoność, która zaprasza wciąż dalej i dalej.
Kiedy jest się starym, miłość przypomina zaśniedziałe lustro. Myli ją człowiek z samym sobą, gubi się w tym, co realne, a co jedynie odbite. Wszystko też słabo widoczne, trudne do oceny. Mrużę oczy, ale nie wiem na pewno. Nigdy nie wiem na pewno. Kiedy wszystko mija, roztrzaskuje się o jakieś skały po drodze, zupełnie traci się rezon.
Zbite zwierciadło – siedem lat nieszczęścia.
I to jest akurat pewnik.
A siedem lat teraz, to jak czas do końca,
wyrok dożywotni.
Czas się skurczył. Kiedy rejestruję kolejną zmianę daty, mam deja vu. Zaraz, czy to się już kiedyś nie zdarzyło? Dzwoni telefon. Znajome rytmy. Idę biegać, jak co dzień.
Może wytrzeźwieję,
może doliczę się dni,
może dojdę do siebie?
Zaglądam w ekran i sprawdzam datę. Widzę tę dzisiejszą, mój boże! Kolejny dzień. Poprzedni już za mną. Odhaczony. A ten następny w kolejce do odchodzenia w nic. Już teraz, już na starcie gotuje się do obumarcia.
Dni jak jętki.
A sny są jak strona z obrazkami w książce, którą kartkuję, dzień za dniem. Sny. O czym one w zasadzie są? Co chciałyby mi opowiedzieć te surrealistyczne wizje wprost z mojej głowy? Oglądam je uważnie i wiem tyle samo, co wcześniej. Nasiona we śnie wypuszczają mocne długie pędy. Nie zapomnę tego obrazu. Wierzę, że mówi o zakorzenieniu, o moim miejscu.
Kiedy mówię przy dzieciach – jak będziemy mieli swój dom – mój syn przerywa mi i mówi – ta, jasne, swój dom. Ja mam, tylko ty nie masz – i śmieje się szyderczo.
Gdzie można się podziać, kiedy nawet najbliższy wymiata cię miotłą za drzwi swojego domu?
A więc, kiedy już będę miała swój dom, pomaluję w nim ściany na czerwono, a na tym wymaluję pomarańczowe paski i nigdy już nie zabraknie mi energii. Na podłodze usypię zegar z piasku, który będzie mi doskonale posłuszny. Tak będzie, zobaczycie.
A teraz siedzę sama. Dzieci śpią. Noc powleka ciemnym nalotem dom i śnieg przed domem. Wilki podchodzą blisko. Jutro wyjeżdżam. Znów w tę samą trasę. Już po raz drugi bez nadziei i bez specjalnej chęci. Byłeś magnesem. A teraz porwie mnie jedynie lekki prąd. W rzece samochodów popłynę w stronę, gdzie kiedyś byłeś ty. Puste miejsce zajmie wiatr i śnieg, albo nic, po którym przechadzać się będą obcy ludzie. Cóż począć. Choć pamięć cofa czas i pokazuje wciąż tamtą datę, bezustannie i bezlitośnie, każe mi powracać, to przecież prawda jest inna. Wszystko wskazuje na to, że to, co było, odeszło, prawda? Tak chyba o tym pisałeś: wszystko, co było, odeszło. Nic nie zostało.
Ten kawałek mnie umarł i przecież byłam na pogrzebie, dlaczego udaję, że nie pamiętam?
Kiedy jest się młodym, miłość ma smak truskawek i lekkość szampana pitego z butelki nocą, dajmy na to, na plaży. Jakoś tak. Kiedy się kończy, od środka ściekają czerwone łzy, a potem słońce wstaje znowu i przychodzi dzień. Ma się przed sobą nieskończoność, która zaprasza wciąż dalej i dalej.
Kiedy jest się starym, miłość przypomina zaśniedziałe lustro. Myli ją człowiek z samym sobą, gubi się w tym, co realne, a co jedynie odbite. Wszystko też słabo widoczne, trudne do oceny. Mrużę oczy, ale nie wiem na pewno. Nigdy nie wiem na pewno. Kiedy wszystko mija, roztrzaskuje się o jakieś skały po drodze, zupełnie traci się rezon.
Zbite zwierciadło – siedem lat nieszczęścia.
I to jest akurat pewnik.
A siedem lat teraz, to jak czas do końca,
wyrok dożywotni.
Czas się skurczył. Kiedy rejestruję kolejną zmianę daty, mam deja vu. Zaraz, czy to się już kiedyś nie zdarzyło? Dzwoni telefon. Znajome rytmy. Idę biegać, jak co dzień.
Może wytrzeźwieję,
może doliczę się dni,
może dojdę do siebie?
niedziela, 18 grudnia 2011
sobota, 17 grudnia 2011
przybywaj
Co pewien czas przypływasz do mnie wielką falą. Jesteś. Nawet nie wiesz, jak bardzo obecny. Chcesz, czy nie. Przypływasz i znów stajesz przy mnie, za mną, obok, czuję, że jesteś. To moja prawda. Zastanawiam się, jakie to siły sprawiają, że przybywasz tu znowu? Czy to moja wewnętrzna tęsknota? Czy to moje pragnienie? Czy tylko tyle? Czy może jest coś więcej, w tych wszystkich międzyludzkich tajemnicach, siła, która już nie jest ani mną, ani tobą, coś, co stworzyliśmy, co już jest, jak nasze dziecko. Widmowe i nie stałe, z tlącym się ledwie płomykiem życia. Dziecko, które pewnego dnia rozwieje się w powietrzu i stanie się jedynie drobnym kawałkiem przeszłości, niepozornym i nieistotnym. Bronię je przed tym. Za wszelką cenę chcę dać mu jeszcze kilka chwil prawdziwego życia. – Nie odchodź – proszę i tulę je do siebie – zostań jeszcze chwilę. Niczego więcej nie chcę.
Jak wiele już takich unieważnionych czasem kawałków przeszłości, na półkach pamięci. Stoją jak słoje, przetwory z życia. Dżemy miłosne i przyjacielskie, musy z pięknych i brzydkich obrazów, powidła z minionych zapachów, konfitury z dźwięków, co zapadły w pamięć i zostały przy mnie. Wszystko przerobione i zakonserwowane na wieki, na moje wieki. Kiedy pewnego dnia skończy się mój czas, słoje pękną, a zawartość wyleje się z nich gęstą strużką. Okażą się zaledwie garstką cienia, odrobiną czegoś o nieokreślonej konsystencji, niepotrzebnego i nieprawdziwego, co ktoś uprzątnie i wrzuci do kibla. I ponieważ wiem, że kolej rzeczy jest właśnie taka, że słoje wspomnień nie są potrzebne nikomu oprócz mnie, nie chcę, żeby nasze dziecko spoczęło w jednym z nich, jak poroniony płód. Bronię go, ochraniam i wciąż rozdmuchuję tę iskierkę tlącego się w nim życia. Niech istnieje, niech posiada swoje własne kilka chwil, czasowe jedynie, ale prawdziwe życie.
Ożywianie pamięci jest bolesne. Tak jak macierzyństwo. W zamian oddaje się kawałek siebie, ten swobodny i płynący z wiatrem pozornej wieczności. A dostaje się kamień.
Pamięć uświadamia upływ czasu i ostateczną niemożność powrotu do tego, co było. To prawda. Tego już nie ma na zawsze, na wieki wieków amen. Wszystko to dociera do mnie z całą mocą. Z całą bolesną realnością. I to jest właśnie pamięć Pamięć, co przypomina kamień i macierzyństwo. Jest na zawsze i rzadko tylko dostarcza miłych wrażeń.
Kiedy z potężną falą wspomnień przypływasz do mnie ty, umieram z bólu i cieszę się zarazem, że znowu widzę twoją jasną twarz, co przypomina słońce. Młode, ciemne oczy z tajemnicą wspólnych chwil połyskującą na dnie. Nie miej mi za złe, że przyzywam cię tak często, nie daję spokoju twoim cieniom, podążam za nimi i wabię do siebie wciąż na nowo.
Mimo wszystko wolę pamiętać, bo w pamięci i w bólu odchodzenia, w niestałości bycia, ja sama staję się bardziej prawdziwa, realna, namacalna, substancja mnie samej zagęszcza się i materializuje. Pozwól mi żyć. Karmię się przeszłością. Jestem istotą z minionego czasu, co nie zaznaje spokoju i przybywa na dziady.
czwartek, 15 grudnia 2011
schiza na śniegu
Zobaczyłam to, tak po prostu. Idę przed siebie wąską drogą, a potem powoli wspinam się na łagodne wzniesienie pastwiska. Patrzę na siebie samą z oddali. Najpierw jestem daleko, potem nieco bliżej, a za chwilę stoję sama sobie za plecami. Świat widzę przez swoje lewe ramię. Na ziemi śnieg, więc biało i pusto, a ja jakaś bardzo inna od reszty, w kontraście. Inna jestem, jak tak na siebie patrzę. W środku, jako ja – oko, czuję się raczej częścią. Zupełnie jakby to pokryta śniegiem łąka patrzyła i widziała.
Kobieta w czerwonej sukience. Wokół niej otwiera się przestrzeń. Tańczy, a nad nią obojętnie niebo sinieje. Po co ten czerwony taniec w bieli? Każdy ruch znika w masie bezruchu, każde ożywienie roztapia się w kilometrach uśpienia, tonach martwoty. Zima - granica czasu. Chwile wykradzione nocy, ciemności i śmierci.
Kobieta kuleje. Jej noga wisi na grubej nici i wlecze się za nią, kiedy tańczy. Za każdym obrotem sznur coraz gęściej i ściślej otacza jej zdrową nogę. Owija się wokół niej jak wąż. Jest jak martwa ręka wywleczona z ziemi, co próbuje pochwycić i przyciągnąć w dół tę resztkę życia. Kobieta z martwą kotwicą nogi. - Patrzcie – mówi kuśtykając w tańcu – patrzcie jacy jesteście martwi.
Ale to nie prawda. To ona, jest od dawna martwa. Raz do roku chwilowe, zimowe roztopy uwalniają ją spod warstwy błota i pozwalają znów zdobyć płaskowyż pastwiska, znowu zatańczyć w otwartej przestrzeni. - Niech sobie woła – mówi zima – niech tańczy, niech udaje, że ma w sobie moc budzenia i ożywiania.
Patrzy obojętnie na kobietę co wiruje koślawo coraz częściej tracąc równowagę i upadając. Niebo ciemnieje i noc zapada. Czerwona sukienka roztapia się w mroku i powoli wsiąka w ziemię. Kiedy wschodzi księżyc, po kobiecie nie ma już śladu.
Przyglądam się temu wszystkiemu jednak trochę z boku i staram się wyłącznie patrzeć. Być jak oko kamery, co lustruje tę scenę, nie dziwiąc się ani nie pytając o przyczyny. Teraz światło gaśnie. Wiem, że jestem skulona jak dziecko w łonie, wiem, że za oknem księżyc powoli umiera i woła mnie na pomoc. Tylko patrzę.
W czerwonej sukience jak wtedy, kiedy patrzyłeś na mnie po raz ostatni.
środa, 14 grudnia 2011
mydlane bańki
Mój kolega wysłał wiadomość: proszę rozsyłajcie wszystkim: zamykam ludzi w bańkach mydlanych. Pilnie szukam zamówień.
Mój boże – pomyślałam – to coś w sam raz dla mnie. Zamknąć się w bańce mydlanej i zobaczyć od środka świat pokryty delikatną tęczą, lepszy, połyskliwy. A przy tym, poprzez ten cienki klosz mieć tego świata trochę mniej. Dźwięki, obrazy, światło, barwy, a także ostre kanty, wszystko stało by się oddalone, delikatne, otoczone wilgotną obwódką. Kolory rozprysły by się na kawałeczki i docierały w postaci maleńkich plamek, kropelek. Nic by mnie nie zabolało, nic by nie kłuło, nie dokuczało, nie wbijało się w ciało, w oczy, w moje pozbawione skóry istnienie.
Dzwonię. - To ja poproszę tę banieczkę. Raz. Tylko mocną. Tak po starej znajomości.
Marcin przyjeżdża z torbą pełną narzędzi. Wygląda jak doktor – przebieraniec. Jest podobny do siebie sprzed lat. Młodzieńcza twarz, zabawny strój, jakiś frak i do tego ten kufer. Staję na stołku. Tak sobie to wyobrażam, że muszę być wyżej. Mam głowę na wysokości kuchennej żarówki. Zupełnie jakby słońce było na wyciągnięcie ręki.
- No co ty, schodź – mówi do mnie dokręcając śrubki w maszynie do produkcji baniek. Całość wygląda jak połączenie wiertarki i czarodziejskiej różdżki. Staję przed nim, jak do badania, prawie na baczność. Staram się nie patrzeć w oczy, bo nie wiem, co z tego wszystkiego ma wyniknąć. Marcin mierzy mnie wzrokiem, jakby szacował ilość płynu potrzebną na stworzenie odpowiedniej bańki, bańki na moją miarę. I odchodzi. Co? No tak, idzie rozrobić płyn. Zamyka się w łazience i co raz słyszę jak puszcza wodę z prysznica. Czekam. Już nie tak na baczność. Kiedy drzwi się otwierają odruchowo prostuję się i jestem znów jak kosmonauta gotowy do wejścia na pokład swojej rakiety. Podniosła chwila, a w sercu jakieś lekkie drżenie.
- Zaczynamy – powiedział Marcin i podniósł nade mną swoją rozdwojoną różdżkę. A potem przeciągną nią wzdłuż mojego ciała, całkiem jakby skanował je. Patrzyłam na jego skupioną twarz i widziałam jak powoli zamyka mnie w przejrzystym worku, który drga, trzęsie się, jak galareta. No i w końcu jednym, szybkim ruchem, zamknął bańkę. Wyciągnęłam przed siebie rękę i dotknęłam powierzchni. Była doskonale gładka. Wszędzie rozchodził się słodkawy zapach płynu do zmywania. Zawsze był najlepszy do robienia baniek. A potem zrobiłam coś o czym od dawna myślałam, wyobrażałam sobie tę chwilę, dla niej tylko wciąż odmawiałam sobie słodkości, kolejnych kromek chleba i wielu wielu miłych rzeczy. Podskoczyłam i nagle poczułam, że nie spadam w dół, ale unoszę się. Drgająca powierzchnia z wody i mydła utrzymywała mnie jakiś metr nad ziemią. Spojrzałam na Marcina. Był z siebie wyraźnie zadowolony. Pokiwał mi jeszcze ręką zachęcając do dalszych prób. Delikatnie więc wybiłam się do góry i stwierdziłam, że bańką daje się całkiem swobodnie sterować. Kiedy doleciałam do sufitu, skręciłam w stronę okna. – Otwórz – powiedziałam, ale Marcin nadstawił tylko ucha, a potem najwyraźniej powiedział coś, co jednak przez powierzchnię bańki brzmiało jak bąbelki wypuszczane pod wodą. - Otwórz – zawołałam i poczułam jak mój głos niebezpiecznie zakołatał w ściany. - Ojej, jeszcze jeden krzyk i mój pojazd pęknie. Ale tym razem usłyszał. Otworzył okno i dał mi znak do odlotu. Nakierowałam bańkę wprost w otwór. To było prostsze niż myślałam. Prąd powietrza porwał mnie natychmiast i uniósł w dal i w górę. W każdym razie udało się.Jak wrócę, opowiem resztę.
wtorek, 13 grudnia 2011
pierwszy upadek zimy
Nie powiem, żebym się dobrze czuła, kiedy tak raptem zima zrobiła w tył zwrot, a na świecie panuje nie wiadomo co, ni to wiosna, ni jesień. Grudzień dopiero. Tu, w górach długo śnieg się trzymał pewnie. Zdawało się, że żadne tam dwa stopnie ciepła go nie roztopią, ani delikatny wiatr, ani nawet drobny deszczyk. Był i już. Dzieci wychodziły na górkę z sankami i wszystko wyglądało już na prawdziwą, najprawdziwszą zimę. Białe, zdawało się czyste, nowe świeże. Miło widzieć za oknem świat tak wybielony, nieskalany. A tu nagle zmiana. Przyszła raptem. Pod wieczór. Wyjechałam z domu jeszcze zimą, a wróciłam w tej dziwnej porze. Samochód odmówił współpracy. Stanął w połowie górki i kręcił bezradnie kołami. Wysiadłam i zostawiłam go na pastwę ciemności. Drogę pokryła warstwa mokrego lodu. Zupełnie jak roztopione szkło. Musiałam podpierać się rękami. Śmiać mi się chciało, bo co to by było, gdyby ktoś mnie zobaczył w tej dziwnej pozycji. Całkiem jakbym pod nieobecność ludzi, znów schodziła na cztery łapy. Faktycznie jednak bez drugiej pary łap nie dało się przemieszczać Dowlokłam się do brzegu drogi. Tam leżały jeszcze hałdy śniegu pomieszane z błotem. Mogłam już zaufać ewolucji i wrócić do pionu.
Następnego ranka za oknem niebo rzygało szarym brudem. Łąka pokryła się trądem. Schodzące płaty śniegu łuszczyły się uwalniając suche badyle, które teraz znów sterczały w niebo, jak ślady dawnego świata, który upadł zniszczony zimnem i teraz rozkładał się w trawie. Nocą nie mogłam spać. Wydawało mi się, że słyszę myszy, pisk i tupot tysięcy nóg. Przypomniał mi się Dziadek do orzechów. Nie zapaliłam światła. Bałam się ruszyć. Pomyślałam, że kiedy my śpimy, dom prowadzi jakieś drugie życie, do którego przypadkiem miałam okazję zajrzeć. I że niebezpiecznie jest się ujawnić. Zupełnie jak w dzieciństwie. Usypiałam samą siebie wierząc, że przychodzą do mnie próżne duchy sprawdzić, czy śpię. Gdybym, nie daj boże, dała po sobie poznać, że nie śpię, a tylko udaję, byłabym stracona.
Ale to nie prawda. Nie było żadnych myszy. To raczej krajobraz za oknem wygryzał sobie dziurę w moim mózgu, robił sobie norę, mościł się, gryzł i niszczył. I przypomniało mi się coś jeszcze, szczury w dawnym domu. Potężne i silne, piszczące i rzucające się nerwowo z głodu. I mój kot, miły, kochany i straszny jednocześnie, co przegryzał im gardła zanim zdążyły wydać z siebie ten swój okropny pisk.
Czas płynie. Domu nie mam. Nie mam ani tego dawnego, ani nowego. Kot daleko ode mnie. Nie ma mnie kto obronić przed wędrującym za mną szczurem. Jestem jak ta pora roku. Żadna. Moje wieczne nigdzie pleśnieje na powierzchni codzienności.
Subskrybuj:
Posty (Atom)