Mój syn przewraca się z boku na bok. Przy okazji trąca wiszący nad nim dzwonek wiatrowy. W ciemności brzmi srebrzysty zaśpiew.
Budzę się.
Szósta rano. Trudno. Leżę po ciemku i przypominam sobie, jak zaledwie kilka godzin temu dotarłam tu znowu. Wróciłam. Dom zawiany śniegiem i otulony nocą wydawał się zjawą jedynie. A teraz zaczynam w niego wierzyć. Tak, udało się, jestem na miejscu.
Podróż trwała wiele godzin. Śnieg sypał prosto w okna. Zadymka. Nawierzchnia pokryta warstwą lodu nie dawała oparcia. Co zakręt mijaliśmy na poboczu tiry bezsilne wobec pogody, przewieszone przez barierkę, bezradne, jak ciężkie owady. Przeprawiliśmy się przez górę, choć samochód odmawiał współpracy. Koła kręciły się nerwowo, a licznik zdawał się mówić: no co, jadę już 50 na godzinę, czego ode mnie chcesz? W końcu trzeba było pchać, inaczej zostalibyśmy w tym śniegu, w tej zimie, chyba do wiosny.
Leżę w ciszy. Słyszę, jak wiatr próbuje wziąć nas szturmem i gwiżdże raz po raz w dachu, wściekły. Myszy poszły spać, dzieci kończą rozpoczęte niedawno sny. Za każdym razem, kiedy powracam, czuję dziwną mieszaninę uczuć. Ulgę i żal jednocześnie. Ulgę, bo jestem, bo mogę odpocząć i nie muszę spieszyć się dalej. I żal. Bo oto kończy się jakaś bajka. Tak, każda podróż to krótka opowieść. Snuję ją po swojemu. Mam swoich bohaterów i swoje pomysły na sploty akcji. Dzieją się też rzeczy nie przewidziane, przypadek opowiada te historie na równi ze mną. Tworzymy doskonały duet próbując się nawzajem zaskoczyć. Tak więc podróż tworzy ramy dla przypadku. Przypadek zaś uwalnia podróż z konieczności. Bezpieczne środowisko dla doświadczania nieznanego i zarazem trochę niepewności w doskonale opisanym świecie. Tak, to lubię. Rozmowa z przypadkiem może zaskoczyć, choć do pewnego momentu wszystko wydaje się odbywać na moich warunkach. Gdyby wczoraj samochód poślizgnął się i stoczył w dół, kiedy jechaliśmy serpentynami, albo nie mógł wyhamować przed nadjeżdżającą ciężarówką, punkty byłyby po stronie przypadku i zabawa skończyłaby się moją przegraną. A tak możemy opowiadać dalej. Teraz, w domu, to ja mam przewagę nad nim. Przypadek wycofuje się, kurczy. Nie czuje się tu dobrze. Gra nakazuje jednak wzajemność. Znam zasady. Dlatego nim minie miesiąc wyjadę znowu. Teraz ja dam mu fory. I znów w napięciu zaczniemy opowiadać razem.
Kiedy dzisiejszego ranka dzwonek wygrywał swoje natrętne pieśni, mogłam odwrócić się na drugi bok i spać dalej. A jednak w tych dźwiękach słyszę jego głos. Woła mnie, a ja powinnam odpowiedzieć. Wstaję i schodzę na dół. I wtedy za oknem zastaję rodzący się wschód słońca. Świat w akwamarynowym sosie. To prezent, specjalnie dla mnie. A więc musi tu gdzieś być. Zza szyby domu wyglądam teraz jego śladów. Ale śnieg jest doskonale gładki, nienaruszony. Wiem, że nie da mi to spokoju i te tygodnie w domu staną się tygodniami oczekiwania. Siadam i skreślam te przypadkowe słowa, bo wiem, że on na pewno je przeczyta. I, podobnie jak mi, łatwiej mu będzie czekać.
piątek, 13 stycznia 2012
czwartek, 12 stycznia 2012
w starej szkole
Pobudka w nieswoim łóżku. To standard. Tyle, że do tego nieswojego codziennego zdążyłam już przywyknąć A teraz, w nowym miejscu, w nowym łóżku, świadomość oderwania i wykorzenienia staje się jeszcze mocniejsza, jeszcze bardziej prawdziwa i trudna.
Nocujemy w starej szkole. Na fasadzie wyryto datę 1911. Okna są wysokie, oprawione rytmicznym, ceglanym wzorem. Ładne, staranne i mieszczańskie na wskroś miejsce w środku beskidzkiej wioski. Tak pewnie musiało być zawsze. Nauczyciel był inny od reszty. Mieszkał, żył, nawet wyrażał się inaczej. Pośród drewnianych chatek, stanowił taki właśnie monumentalny, trochę romantyczny, a trochę surowy, ceglany gmach.
Wieczorem wędruję wysokimi korytarzami w stronę jadalni. Meble są tu ciężkie, a lustra zwielokrotniają przestrzeń. W ciszy szukam śladów starego dzwonka w ręku szkolnego stróża. Małe, srebrne drobiny zabłąkane w milczeniu. Linijka stuka niecierpliwie o drewniany pulpit. Stary nauczyciel, o twarzy okolonej siwą brodą, przypomina dzieciom samego boga. Bywa dobry i troskliwy, ale zdarza mu się surowe spojrzenie, gest, albo słowo. I tak dużo wie. Kiedy opowiada, dzieciakom otwierają się buzie. Nie może być, że świat jest aż tak bardzo różny od tego tu. Nie może być.
W potężnych salach dzieci są małe i prawie niewidoczne. Drobinki koloru, gałgankowe laleczki. Zmarznięte zimą, latem pachnące sianem i chlebem. Po lekcjach wybiegają jak kolorowe piłki, na drogę, a potem wędrują grupkami dźwigając pod pachą książki. Niektóre mieszkają zbyt daleko. Ojcowie przyjeżdżają po nie saniami lub wozem. Tak sobie to wyobrażam siedząc w jadalni, nad parującą herbatą. Wszyscy już śpią, a dom zdaje się czuwać. Jest napięty jak struna, zawsze gotowy, podobnie jak nauczyciel. Wyprostowany i uładzony. Nie może dać plamy.
Niewiele się zmieniło w beskidzkiej wiosce. Jest oczywiście sklep, jeździ autobus, wszyscy mają telewizor i wydaje się, że wszystko już wiedzą. A jednak, kiedy wędruję w górę nad Krzyżówkami mija mnie zaprzęg. Koń z trudem ciągnie sanie pod górę, rży i protestuje bijąc kopytami o śnieg. Na saniach jedzie mężczyzna o wymiętej, obojętnej twarzy. Pali. A dym mieszka się z parą unoszącą się nad końskim zadem. Mijają mnie. Dopiero teraz widzę, że do sań przyczepione są zwykłe dziecięce sanki, a na nich siedzi chłopaczek, może dziesięcioletni. Trzyma przed sobą wypchany tornister. Chłopiec ze starej szkoły – myślę, z tamtej szkoły, z tamtego czasu.
Wędrujemy dalej. Droga pnie się stromo pod górę. Jakieś pięć kilometrów od wsi znajdujemy przysiółek. Kilka drewnianych domków na nieskalanej bieli, na otwartej polanie pośród gór. To tu prowadzą ślady sań. Do nieba jest blisko, wystarczy wyciągnąć rękę. Chmury kłębią się dziś nisko. Zaglądam do starej szopy. W okno pocięte pajęczynami. Wewnątrz w pracowni stolarza widzę porzucone narzędzia. Ale to nie wszystko. Są tam też ciemne zimowe poranki, chłód, wyczuwam zapach konia i kanapki z kiełbasą, chłód wody ze studni.
Stary nauczyciel wie o wszystkim. Zna swoich uczniów dobrze. Odwiedza ich nawet na końcu świata. Zanim zapuka do drzwi, zagląda przez okno. Czuje, jak pulsuje życie tak różne od tego, które sam zna.
Nocujemy w starej szkole. Na fasadzie wyryto datę 1911. Okna są wysokie, oprawione rytmicznym, ceglanym wzorem. Ładne, staranne i mieszczańskie na wskroś miejsce w środku beskidzkiej wioski. Tak pewnie musiało być zawsze. Nauczyciel był inny od reszty. Mieszkał, żył, nawet wyrażał się inaczej. Pośród drewnianych chatek, stanowił taki właśnie monumentalny, trochę romantyczny, a trochę surowy, ceglany gmach.
Wieczorem wędruję wysokimi korytarzami w stronę jadalni. Meble są tu ciężkie, a lustra zwielokrotniają przestrzeń. W ciszy szukam śladów starego dzwonka w ręku szkolnego stróża. Małe, srebrne drobiny zabłąkane w milczeniu. Linijka stuka niecierpliwie o drewniany pulpit. Stary nauczyciel, o twarzy okolonej siwą brodą, przypomina dzieciom samego boga. Bywa dobry i troskliwy, ale zdarza mu się surowe spojrzenie, gest, albo słowo. I tak dużo wie. Kiedy opowiada, dzieciakom otwierają się buzie. Nie może być, że świat jest aż tak bardzo różny od tego tu. Nie może być.
W potężnych salach dzieci są małe i prawie niewidoczne. Drobinki koloru, gałgankowe laleczki. Zmarznięte zimą, latem pachnące sianem i chlebem. Po lekcjach wybiegają jak kolorowe piłki, na drogę, a potem wędrują grupkami dźwigając pod pachą książki. Niektóre mieszkają zbyt daleko. Ojcowie przyjeżdżają po nie saniami lub wozem. Tak sobie to wyobrażam siedząc w jadalni, nad parującą herbatą. Wszyscy już śpią, a dom zdaje się czuwać. Jest napięty jak struna, zawsze gotowy, podobnie jak nauczyciel. Wyprostowany i uładzony. Nie może dać plamy.
Niewiele się zmieniło w beskidzkiej wiosce. Jest oczywiście sklep, jeździ autobus, wszyscy mają telewizor i wydaje się, że wszystko już wiedzą. A jednak, kiedy wędruję w górę nad Krzyżówkami mija mnie zaprzęg. Koń z trudem ciągnie sanie pod górę, rży i protestuje bijąc kopytami o śnieg. Na saniach jedzie mężczyzna o wymiętej, obojętnej twarzy. Pali. A dym mieszka się z parą unoszącą się nad końskim zadem. Mijają mnie. Dopiero teraz widzę, że do sań przyczepione są zwykłe dziecięce sanki, a na nich siedzi chłopaczek, może dziesięcioletni. Trzyma przed sobą wypchany tornister. Chłopiec ze starej szkoły – myślę, z tamtej szkoły, z tamtego czasu.
Wędrujemy dalej. Droga pnie się stromo pod górę. Jakieś pięć kilometrów od wsi znajdujemy przysiółek. Kilka drewnianych domków na nieskalanej bieli, na otwartej polanie pośród gór. To tu prowadzą ślady sań. Do nieba jest blisko, wystarczy wyciągnąć rękę. Chmury kłębią się dziś nisko. Zaglądam do starej szopy. W okno pocięte pajęczynami. Wewnątrz w pracowni stolarza widzę porzucone narzędzia. Ale to nie wszystko. Są tam też ciemne zimowe poranki, chłód, wyczuwam zapach konia i kanapki z kiełbasą, chłód wody ze studni.
Stary nauczyciel wie o wszystkim. Zna swoich uczniów dobrze. Odwiedza ich nawet na końcu świata. Zanim zapuka do drzwi, zagląda przez okno. Czuje, jak pulsuje życie tak różne od tego, które sam zna.
wtorek, 10 stycznia 2012
w drogę
I znowu wyjazd, znowu droga przede mną otworzy się, położy, gotowa i spragniona. A ja będę ją badać, będę przecierać szlaki, gładzić jej śliski brzuch, będę się po niej przemieszczać dalej i dalej. Ależ to lubię!
A jednak czegoś się boję. Tam, gdzie jadę, jeszcze dwa miesiące temu, byłam inna. Odmieniona tobą. Przyjechałam pełna ciebie i byłam tak bardzo pewna i opowiedziana niemal do końca. Wtedy. Teraz, kiedy wydaje mi się, że wszystkie wolne miejsca po tobie zajęła miękka codzienność, boję się tym bardziej. Nie chcę stracić tego najświętszego ze świętych, tego spokoju, co go sobie wypłakałam po nocach. I pustki nie oddam tej, co sprawia, że stałam się zupełnie pozbawiona śladów. Wata w sercu,
bezpieczna amortyzacja.
Zacerowane dziury,
można iść dalej.
To, co było, było. Nic więcej.
Więc niech zostanie tak, jak jest. Amen.
Zaraz krótki sen, a potem wsiadam w samochód i ruszam. Wzdłuż granicy, na zachód. Będę zostawiać po lewej stronie, kolejne pasma gór, kolejne widoki, jedne za drugimi, doliny wypełnione ludzkimi drobinkami i skurczone miasteczka. Aż dotrę tam, gdzie góry są wyższe, domy mają inny kształt, nic nie przypomina mojego miejsca, a jednak takie wydaje się bliskie i znajome. Byłam tam wtedy, a to zmienia. Przestrzeń stała się inna, na długo inna. Czy na zawsze? Przestrzeń nosi ślad. Myślę o tym i chcąc nie chcąc widzę tamten czas, staje mi przed oczami, miękki w dotyku, taki nasycony twoim zapachem. Wtedy, będąc tam, poszłam w góry i widziałam salamandry na drodze. Ta zabita, z rozdziobaną przez ptaka głową, przypomniała mi o bólu. A potem to się stało. I koniec.
Za tym końcem jednak wciąż jestem i idę dalej. Nie umiem umierać na dobre, nie umiem rozpaść się do końca. Może dlatego, że nigdy nie żyję naprawdę. Tylko udaję, jak cień. Zawsze bardziej nie ma mnie, a tylko trochę jestem, więc nic się nie da zrobić w tej sprawie. Idę dalej.
Minął czas. Nie ma już o czym mówić, ani myśleć. Ślady zacierają się. Twoja twarz nie jest już tak oczywista (Czy jeszcze bym cię poznała?). A jednak są miejsca szczególne. Tam, gdzie splatały się wątki opowieści, gdzie czas zagęścił się i był domem naszej chwili, dobrym i ciepłym. Tam nadal musi gdzieś być kawałek tamtej opowieści. Powiewa na wietrze, jak zaczepiona na krzaku tkanina. Porzucona, wyrwana, łata. Wezmę ją i przyszyję do siebie. Nie chcę tak szybko zapominać.
A jednak czegoś się boję. Tam, gdzie jadę, jeszcze dwa miesiące temu, byłam inna. Odmieniona tobą. Przyjechałam pełna ciebie i byłam tak bardzo pewna i opowiedziana niemal do końca. Wtedy. Teraz, kiedy wydaje mi się, że wszystkie wolne miejsca po tobie zajęła miękka codzienność, boję się tym bardziej. Nie chcę stracić tego najświętszego ze świętych, tego spokoju, co go sobie wypłakałam po nocach. I pustki nie oddam tej, co sprawia, że stałam się zupełnie pozbawiona śladów. Wata w sercu,
bezpieczna amortyzacja.
Zacerowane dziury,
można iść dalej.
To, co było, było. Nic więcej.
Więc niech zostanie tak, jak jest. Amen.
Zaraz krótki sen, a potem wsiadam w samochód i ruszam. Wzdłuż granicy, na zachód. Będę zostawiać po lewej stronie, kolejne pasma gór, kolejne widoki, jedne za drugimi, doliny wypełnione ludzkimi drobinkami i skurczone miasteczka. Aż dotrę tam, gdzie góry są wyższe, domy mają inny kształt, nic nie przypomina mojego miejsca, a jednak takie wydaje się bliskie i znajome. Byłam tam wtedy, a to zmienia. Przestrzeń stała się inna, na długo inna. Czy na zawsze? Przestrzeń nosi ślad. Myślę o tym i chcąc nie chcąc widzę tamten czas, staje mi przed oczami, miękki w dotyku, taki nasycony twoim zapachem. Wtedy, będąc tam, poszłam w góry i widziałam salamandry na drodze. Ta zabita, z rozdziobaną przez ptaka głową, przypomniała mi o bólu. A potem to się stało. I koniec.
Za tym końcem jednak wciąż jestem i idę dalej. Nie umiem umierać na dobre, nie umiem rozpaść się do końca. Może dlatego, że nigdy nie żyję naprawdę. Tylko udaję, jak cień. Zawsze bardziej nie ma mnie, a tylko trochę jestem, więc nic się nie da zrobić w tej sprawie. Idę dalej.
Minął czas. Nie ma już o czym mówić, ani myśleć. Ślady zacierają się. Twoja twarz nie jest już tak oczywista (Czy jeszcze bym cię poznała?). A jednak są miejsca szczególne. Tam, gdzie splatały się wątki opowieści, gdzie czas zagęścił się i był domem naszej chwili, dobrym i ciepłym. Tam nadal musi gdzieś być kawałek tamtej opowieści. Powiewa na wietrze, jak zaczepiona na krzaku tkanina. Porzucona, wyrwana, łata. Wezmę ją i przyszyję do siebie. Nie chcę tak szybko zapominać.
ona
Wszystko widzę z góry. Widzieć z góry to jakby umieć przewidywać, ogarniać wzrokiem więcej w jednej chwili. Tak to rozumiem. Widzę z góry i wiem. To się zmieniło. Tak nie było, ale to już historia. Teraz jest inaczej. Stałam się jadowitym gadem. Moje ciało porasta gruba łuska. Nic mnie już nie dotknie, nie oparzy, nie zrani. Teraz niebezpieczna mogę być tylko ja.
Jest dobrze. Wszystko uspokaja się, pył opada, powoli widać zarysy i kształty, minuta po minucie, wszystko co mnie otacza nabiera realności, zupełnie jakbym stwarzała to na nowo z jakiejś mgły pełnej drobin, możliwości, zalążków. Dmucham i rozganiam ten tuman pozwalając światłu dotrzeć dalej, głębiej, osuszyć potop, oświetlić, ożywić scenę.
Panie i panowie, oto on, nowy, doskonały, hand made, czymś tam okupiony, wywalczony,
mój świat
maleńki,
na miarę.
Dobrze, już dobrze, już jest dobrze, już się uspokoiło. No, widzisz?
Była sobie kiedyś dziewczynka. Pewnego dnia zgubiła się w lesie. Kiedy myślała, że nie ma już dla niej ratunku i zginie w paszczy dzikiego zwierzęcia, nagle pojawił się mężczyzna. Wziął ją za rękę i zaprowadził do siebie. - Będziesz u mnie pracować, a jeśli się sprawdzisz, zostaniesz moją żoną. Mężczyzna miał wielki pałac, a w nim sto komnat. Do wszystkich mogła wchodzić, a tylko jedna pozostawała przed nią zamknięta. - Co jest w zamkniętej komnacie? - pytała czasem mężczyznę. - Jeszcze raz zapytasz i stracisz życie – warczał groźnie. Milczała więc, choć zamknięte drzwi kusiły. Pewnego dnia mężczyzna postanowił wyruszyć w podróż. Przed wyjazdem zawołał dziewczynę i wręczył jej klucze. – Możesz wchodzić do wszystkich pokojów, ale do zamkniętej komnaty nie waż się nawet zaglądać. Inaczej zginiesz.
Kiedy wyjechał, dziewczyna nie wytrzymała i otworzyła drzwi do zamkniętej sali.
Pośrodku, na łóżku, leżała ona, od dawna martwa.
Widok ten zostawił na jej twarzy wyraźny ślad. Dlatego kiedy mężczyzna powrócił, od razu domyślił się co się stało.
I jak sądzicie, co było dalej?
Oczywiście, teraz powinien ją zabić. Może i do tego doszło, kto wie. Niektórzy twierdzą, że
dziewczyna ze strachu zamieniła się w kamień i stoi tam po dziś dzień, choć dawno już nie ma złego mężczyzny, ani jego pałacu o stu komnatach. Ja jednak myślę, że nie była taka głupia, ani tak strachliwa. Widząc na twarzy mężczyzny tężejący gniew, miała odwagę i siłę, by sięgnąć po najbliższy ciężki przedmiot i załatwić go zanim zdążył się zorientować. A potem rzuciła jeszcze w stronę zakrwawionego ciała kilka mocnych słów i wyszła spokojnie z zamku i poszła do domu. Nigdzie się już nie gubiła, bo teraz już poznała drogę. Urosła i zmądrzała i wszyscy, łącznie z dziką puszczą i jej potwornymi mieszkańcami, mogli jej naskoczyć. Taka była.
Teraz widzę ją wyraźnie. Siedzi w kawiarni i pali papierosa. Kawa jest z mleczkiem, lekko spienionym, bez cukru, bo wszystko co prawdziwe, jej zdaniem, musi być gorzkie. Przełyka kawę i popija łzą. Ukradkiem, bo nikt nie powinien widzieć, że tak jest. Tusz na rzęsach jest wodoodporny. Na łzy trzeba być przygotowanym tak, jak na przyjęcie niezapowiedzianych gości. Czyli wie i nie wie zarazem. Bo gdyby wiedziała naprawdę, zamiast kupować wodoodporny tusz, zrobiłaby raczej coś innego, wolałaby, żeby łzy nie przychodziły do niej w tak niezapowiedziany sposób. Ale to przecież nie ich wina. Dlatego ona nie ma pretensji do łez. Trochę może do siebie, bo przecież wie, choć woli nie wiedzieć. No i jest jeszcze ktoś, o którym teraz woli nie myśleć, bo kawa jest mimo wszystko dobra i ta chwila wykradziona ze szczelnie zapakowanych zobowiązań i praktycznych czynności w słoiku jej życia. Wstaje i zamawia na wszelki wypadek kieliszek krupniku, żeby odkazić siebie zainfekowaną. Nie powinna.
Ale co ona w zasadzie powinna?
Winna?
Za krupnik i miejsce w kawiarni Amatorska. Wyciąga zmięte 20 zł z kieszeni. Wystarczy.
Jest dobrze. Wszystko uspokaja się, pył opada, powoli widać zarysy i kształty, minuta po minucie, wszystko co mnie otacza nabiera realności, zupełnie jakbym stwarzała to na nowo z jakiejś mgły pełnej drobin, możliwości, zalążków. Dmucham i rozganiam ten tuman pozwalając światłu dotrzeć dalej, głębiej, osuszyć potop, oświetlić, ożywić scenę.
Panie i panowie, oto on, nowy, doskonały, hand made, czymś tam okupiony, wywalczony,
mój świat
maleńki,
na miarę.
Dobrze, już dobrze, już jest dobrze, już się uspokoiło. No, widzisz?
Była sobie kiedyś dziewczynka. Pewnego dnia zgubiła się w lesie. Kiedy myślała, że nie ma już dla niej ratunku i zginie w paszczy dzikiego zwierzęcia, nagle pojawił się mężczyzna. Wziął ją za rękę i zaprowadził do siebie. - Będziesz u mnie pracować, a jeśli się sprawdzisz, zostaniesz moją żoną. Mężczyzna miał wielki pałac, a w nim sto komnat. Do wszystkich mogła wchodzić, a tylko jedna pozostawała przed nią zamknięta. - Co jest w zamkniętej komnacie? - pytała czasem mężczyznę. - Jeszcze raz zapytasz i stracisz życie – warczał groźnie. Milczała więc, choć zamknięte drzwi kusiły. Pewnego dnia mężczyzna postanowił wyruszyć w podróż. Przed wyjazdem zawołał dziewczynę i wręczył jej klucze. – Możesz wchodzić do wszystkich pokojów, ale do zamkniętej komnaty nie waż się nawet zaglądać. Inaczej zginiesz.
Kiedy wyjechał, dziewczyna nie wytrzymała i otworzyła drzwi do zamkniętej sali.
Pośrodku, na łóżku, leżała ona, od dawna martwa.
Widok ten zostawił na jej twarzy wyraźny ślad. Dlatego kiedy mężczyzna powrócił, od razu domyślił się co się stało.
I jak sądzicie, co było dalej?
Oczywiście, teraz powinien ją zabić. Może i do tego doszło, kto wie. Niektórzy twierdzą, że
dziewczyna ze strachu zamieniła się w kamień i stoi tam po dziś dzień, choć dawno już nie ma złego mężczyzny, ani jego pałacu o stu komnatach. Ja jednak myślę, że nie była taka głupia, ani tak strachliwa. Widząc na twarzy mężczyzny tężejący gniew, miała odwagę i siłę, by sięgnąć po najbliższy ciężki przedmiot i załatwić go zanim zdążył się zorientować. A potem rzuciła jeszcze w stronę zakrwawionego ciała kilka mocnych słów i wyszła spokojnie z zamku i poszła do domu. Nigdzie się już nie gubiła, bo teraz już poznała drogę. Urosła i zmądrzała i wszyscy, łącznie z dziką puszczą i jej potwornymi mieszkańcami, mogli jej naskoczyć. Taka była.
Teraz widzę ją wyraźnie. Siedzi w kawiarni i pali papierosa. Kawa jest z mleczkiem, lekko spienionym, bez cukru, bo wszystko co prawdziwe, jej zdaniem, musi być gorzkie. Przełyka kawę i popija łzą. Ukradkiem, bo nikt nie powinien widzieć, że tak jest. Tusz na rzęsach jest wodoodporny. Na łzy trzeba być przygotowanym tak, jak na przyjęcie niezapowiedzianych gości. Czyli wie i nie wie zarazem. Bo gdyby wiedziała naprawdę, zamiast kupować wodoodporny tusz, zrobiłaby raczej coś innego, wolałaby, żeby łzy nie przychodziły do niej w tak niezapowiedziany sposób. Ale to przecież nie ich wina. Dlatego ona nie ma pretensji do łez. Trochę może do siebie, bo przecież wie, choć woli nie wiedzieć. No i jest jeszcze ktoś, o którym teraz woli nie myśleć, bo kawa jest mimo wszystko dobra i ta chwila wykradziona ze szczelnie zapakowanych zobowiązań i praktycznych czynności w słoiku jej życia. Wstaje i zamawia na wszelki wypadek kieliszek krupniku, żeby odkazić siebie zainfekowaną. Nie powinna.
Ale co ona w zasadzie powinna?
Winna?
Za krupnik i miejsce w kawiarni Amatorska. Wyciąga zmięte 20 zł z kieszeni. Wystarczy.
niedziela, 8 stycznia 2012
kiedyś
Pamiętaj i nie zapominaj. To, co kochasz, jest tylko cieniem prawdy. Prawda jest piękniejsza i lepsza, jest doskonalsza i nigdy Cię nie zawiedzie. Prawda urodziła się razem z Tobą, jest doskonale Twoja, pasuje, przylega i nie uciska. Prawda uszyta na miarę. Jak twoja własna skóra. Niczego od ciebie nie chce. Jest, czeka i tęskni.
Każde ludzkie spotkanie jest tylko cieniem. Każde ludzkie słowo, to zaledwie echo prawdziwych słów. To, co chcę ci powiedzieć musi poczekać. Kiedyś wszystko stanie się proste, jasne. Kiedyś.
W pewnej studni żyła istota. Nikt jej nigdy nie widział, nikt jej nie słyszał, nikt prócz wody. Ona znała ją naprawdę. Ale wolała nic na ten temat nie mówić. Milczała.
Istota nie znała siebie aż tak dobrze, dlatego często wpatrywała się w swoje odbicie w srebrnej tafli i przypuszczała, że to właśnie ona. Sądziła że jest płaską powierzchnią dryfującą na wodzie, przejrzystą, delikatną jak skrzydło ważki. Mówiła ustami wymalowanymi na wodzie, patrzyła tamtymi oczami. Dziwiło ją jednak, że jej oczy mają w sobie jasne światełka, a przecież to, co widziała było jedynie ciemną powierzchnią wody. Skąd więc brało się światło? Pewnego dnia zapytała wodę: zobacz, mam w oczach jasne światełka, a przecież wzrok mam utkwiony w tobie, ciemnej i lśniącej. Skąd bierze się to światło?
Woda długo powtarzała słowa dziewczyny, bo tak to jest z wodą ukrytą na dnie studni, wszystko musi najpierw przeanalizować, powtórzyć głośno, zapytać o zdanie echo. W końcu wybrzmiały ostatnie dźwięki, umilkły zwielokrotnione znaki zapytania. Wtedy pochyliłam się nad studnią i wrzuciłam do niej kamień. Powierzchnia wody zmarszczyła się, skurczyła gwałtownie. A potem na jej srebrnym lustrze, tam, wewnątrz chłodnego tunelu, zobaczyłam siebie. Odtąd zamieszkałam w studni.
Chcę przez to powiedzieć,
a tymczasem słowa
milczą w sposób doskonały
Wczoraj w nocy, w tańcu, w gąszczu ludzi i w muzyce zanurzona cała zrozumiałam to lepiej. Że wszystko to musi poczekać, bo słowa, podobnie jak ludzie, są jedynie cieniem. Kiedyś w innym tańcu wszystko to stanie się naprawdę.
Każde ludzkie spotkanie jest tylko cieniem. Każde ludzkie słowo, to zaledwie echo prawdziwych słów. To, co chcę ci powiedzieć musi poczekać. Kiedyś wszystko stanie się proste, jasne. Kiedyś.
W pewnej studni żyła istota. Nikt jej nigdy nie widział, nikt jej nie słyszał, nikt prócz wody. Ona znała ją naprawdę. Ale wolała nic na ten temat nie mówić. Milczała.
Istota nie znała siebie aż tak dobrze, dlatego często wpatrywała się w swoje odbicie w srebrnej tafli i przypuszczała, że to właśnie ona. Sądziła że jest płaską powierzchnią dryfującą na wodzie, przejrzystą, delikatną jak skrzydło ważki. Mówiła ustami wymalowanymi na wodzie, patrzyła tamtymi oczami. Dziwiło ją jednak, że jej oczy mają w sobie jasne światełka, a przecież to, co widziała było jedynie ciemną powierzchnią wody. Skąd więc brało się światło? Pewnego dnia zapytała wodę: zobacz, mam w oczach jasne światełka, a przecież wzrok mam utkwiony w tobie, ciemnej i lśniącej. Skąd bierze się to światło?
Woda długo powtarzała słowa dziewczyny, bo tak to jest z wodą ukrytą na dnie studni, wszystko musi najpierw przeanalizować, powtórzyć głośno, zapytać o zdanie echo. W końcu wybrzmiały ostatnie dźwięki, umilkły zwielokrotnione znaki zapytania. Wtedy pochyliłam się nad studnią i wrzuciłam do niej kamień. Powierzchnia wody zmarszczyła się, skurczyła gwałtownie. A potem na jej srebrnym lustrze, tam, wewnątrz chłodnego tunelu, zobaczyłam siebie. Odtąd zamieszkałam w studni.
Chcę przez to powiedzieć,
a tymczasem słowa
milczą w sposób doskonały
Wczoraj w nocy, w tańcu, w gąszczu ludzi i w muzyce zanurzona cała zrozumiałam to lepiej. Że wszystko to musi poczekać, bo słowa, podobnie jak ludzie, są jedynie cieniem. Kiedyś w innym tańcu wszystko to stanie się naprawdę.
piątek, 6 stycznia 2012
nie moja cisza
Wiatr uderza w dom. Dom uderza w nią. Ściany zacieśniają się. Wszystko jak w złym śnie, jakieś niechciane. Takie jest. Zimno. Choć ciepło na dworze. Zima ustąpiła, znowu roztopy. Zima się zacina, ma falstarty, zmienne nastroje, sama przeżywa kryzys. Śnieg kurczy się jak ciało ślimaka. Wystają suche badyle. Rzygi na łąkach, rzygi i łajno. A ona tymczasem siedzi w pokoju na górze i wsłuchuje się martwo w to, co za ścianą, w tę furię wiatru. Cisza. W ciszy słychać jęki domu. Awantura domowa. Patrzy w pustkę. Stara się w nic, ale trudno. Pustka zatrzymuje wzrok, stawia mu czoła. Jest jednak czymś, powierzchnią. Szklistą i śliską, ale.
Odkąd zabroniła sobie mówić, nie ma już ochoty patrzeć. Patrzenie miało sens, dziwiło, a ze zdziwienia rodziły się słowa. Wydobywała na powierzchnię dziecko poczęte ze spotkania. Nie mogąc mówić, stara się nie patrzeć, nie zwiedzać wzrokiem nowych przedmiotów, nie badać kolorów, nie wodzić po kształtach i zagłębieniach. Siedzi i patrzy, a to i tak za dużo, za dużo.
Nie mów prawdy – powiedział
ona przeszkadza mi spać
w nocy widzę ją,
jest naga
nie mów prawdy.
Wtedy po raz pierwszy
spotkała ciszę.
Cisza ma także swój język. Język ciszy, to przeciw-język. Anty-słowa są jak podwodne bańki. Uwypuklają się i chcą za wszelką cenę wypłynąć na powierzchnię, urodzić się, móc stać się prawdziwym słowem, móc zabrzmieć. W tej niemocy ukrywa się potężna siła. Pcha słowa w stronę ust. Wypełnia nimi jej głowę. Rozsadza ją i napiera. Słowa wylatują uszami i umierają.
Siedzi i czuje jak bąbelki słów wędrują w niej coraz wyżej i wyżej. - Ta cisza nie jest moja – myśli – pożyczyłam ją i trzeba oddać. Jak ja w niej wyglądam? Bzdura – mówi do siebie i już wie, że złamała zakaz. Pakuje ciszę do koperty, ślini brzeg, a potem nakleja znaczek z Mikołajem. Wyśle mu to. Od dawna powinien wiedzieć. Dawno już miała mu oddać, ale nie umiała. Prawda jest w słowach. Jej słowa omijały jego prawdę. To strach. Jego cień jest zawsze przy niej i każe jej milczeć. Za każdym słowem, którego on nie chce, cień zasłania jej oczy. W nocy ma koszmary. Nie umie odnaleźć się tu, gdzie jest. Prawda ucieka jej spod nóg i naśmiewa się.
Teraz wsiada do samochodu. Na pocztę jest 10 km. Szosa śliska, droga ciemna i niebezpieczna. To za dużo, jak dla niej. Stchórzy także i tym razem, a potem będzie za karę siedzieć w ciszy. W zasadzie już przeprasza, już czuje się źle z tym, co zaledwie pomyślała. Jak dziecko, jak dawniej. Nic się nie zmienia. U niej, po staremu, no tak, zawsze po staremu.
Jego cień zabrania jej dorosnąć. Woli małą i bezbronną. Zamyka w ciszy i przypomina.
Prawda jest kobietą. Nie daje spokoju.
Odkąd zabroniła sobie mówić, nie ma już ochoty patrzeć. Patrzenie miało sens, dziwiło, a ze zdziwienia rodziły się słowa. Wydobywała na powierzchnię dziecko poczęte ze spotkania. Nie mogąc mówić, stara się nie patrzeć, nie zwiedzać wzrokiem nowych przedmiotów, nie badać kolorów, nie wodzić po kształtach i zagłębieniach. Siedzi i patrzy, a to i tak za dużo, za dużo.
Nie mów prawdy – powiedział
ona przeszkadza mi spać
w nocy widzę ją,
jest naga
nie mów prawdy.
Wtedy po raz pierwszy
spotkała ciszę.
Cisza ma także swój język. Język ciszy, to przeciw-język. Anty-słowa są jak podwodne bańki. Uwypuklają się i chcą za wszelką cenę wypłynąć na powierzchnię, urodzić się, móc stać się prawdziwym słowem, móc zabrzmieć. W tej niemocy ukrywa się potężna siła. Pcha słowa w stronę ust. Wypełnia nimi jej głowę. Rozsadza ją i napiera. Słowa wylatują uszami i umierają.
Siedzi i czuje jak bąbelki słów wędrują w niej coraz wyżej i wyżej. - Ta cisza nie jest moja – myśli – pożyczyłam ją i trzeba oddać. Jak ja w niej wyglądam? Bzdura – mówi do siebie i już wie, że złamała zakaz. Pakuje ciszę do koperty, ślini brzeg, a potem nakleja znaczek z Mikołajem. Wyśle mu to. Od dawna powinien wiedzieć. Dawno już miała mu oddać, ale nie umiała. Prawda jest w słowach. Jej słowa omijały jego prawdę. To strach. Jego cień jest zawsze przy niej i każe jej milczeć. Za każdym słowem, którego on nie chce, cień zasłania jej oczy. W nocy ma koszmary. Nie umie odnaleźć się tu, gdzie jest. Prawda ucieka jej spod nóg i naśmiewa się.
Teraz wsiada do samochodu. Na pocztę jest 10 km. Szosa śliska, droga ciemna i niebezpieczna. To za dużo, jak dla niej. Stchórzy także i tym razem, a potem będzie za karę siedzieć w ciszy. W zasadzie już przeprasza, już czuje się źle z tym, co zaledwie pomyślała. Jak dziecko, jak dawniej. Nic się nie zmienia. U niej, po staremu, no tak, zawsze po staremu.
Jego cień zabrania jej dorosnąć. Woli małą i bezbronną. Zamyka w ciszy i przypomina.
Prawda jest kobietą. Nie daje spokoju.
wtorek, 3 stycznia 2012
już dość o tym
A jednak wróciłam. Droga pod górę była śliska jak ciało węża. Samochód warczał, koła wyrzucały w ciemność fontanny śniegu. Tuż za zakrętem stanęliśmy. Koniec. Resztę podróży trzeba odbyć na piechotę. Jak pielgrzymkę, jak pokutę. Wyciągamy torby i plecaki i wspinamy się po wyślizganym śniegu potykając się i ślizgając. A potem jest już dom, z jego ciepłem i przygaszonym światłem, jest gwar. Gromada dzieci buduje pośrodku jadalni miasto. Siadamy i kontemplujemy to pożyczone ciepło, nasycamy się nim, by znowu móc żyć prawdziwym życiem. Tam skąd wróciliśmy wiedziemy żywot upiorów, zjaw, puste, wydrążone, udawane. Teraz powracamy z ciemności i nicości, z ciszy, ze świata co się składa z cieni, co jest pusty w środku i tylko oklejony cienką warstwą minionych obrazów, nierzeczywistych widoków. Powracamy do życia. Tamten świat żywi się pamięcią, pochłania ją jak paliwo, spala i zużywa i dzięki temu trwa nadal. Tam, zanurzam się w magmie minionych nadtopionych obrazów i tonę. Tu, nasze wampiryczne istnienie może się nasycić, odżyć, wzmocnić. Znowu zaczynamy przypominać ludzi, żyjemy prawie jak oni.
Zima. Przyprószone śniegiem powieki i kłujący chłód w gardle. O poranku wybiegam z domu. Rytmiczny trucht i mój oddech stają się jednym, ja i ja, spotykamy się gdzieś w środku tego rytmu. To ważne, dzień po dniu, każdego poranka, wyjść na spotkanie siebie i dać sobie tę chwilę to widzenie. Dwa słowa nie wypowiedziane trafiają prosto we mnie. Wybiegam na rozległą łąkę i dech mi zapiera. Biała przestrzeń, której nie daje się objąć wzrokiem. Oko ześlizguje się za horyzont. Uświadamiam sobie jak jesteśmy podobne, ja i ta przestrzeń, ten kawałek świata, co się wydaje nieskończony, który nie daje się tak łatwo zamknąć w jednym spojrzeniu. Otwarta, rozległa przestrzeń wypuszcza mnie z ręki. Spadam w pustkę. Tak jest, spadam w pustkę. Teraz widzę to wyraźnie. Zostało puste miejsce, o które próbowałam się oprzeć. Osuwam się.
Wciąż jeszcze robię porządki po tej historii. Wyrzucam maile, zdjęcia, wiersze. Delete – tak muszę powiedzieć, na to wszystko. Tylko delete. Z każdym znakiem po tym, co było żegnam się czule, a potem wysyłam w kosmos, w pustą, nieskończoną przestrzeń. Jak motyla. Uwalniam. O poranku, na otwartej łące, mając wokół siebie góry i potężne niebo nad głową, patrzę jak wszystko to frunie w górę i pozostawia mnie jeszcze bardziej opustoszałą i niedającą się objąć w żaden sposób. Śnieg pada i wiatr chwyta w locie drobne płatki. Unosi w górę i każe im tańczyć tuż nade mną. Leżę w śniegu, pośrodku łąki i patrzę na ten taniec, specjalnie dla mnie wykonany o poranku. Nikomu się nie chce o tej porze tańczyć, tylko nam. Nikomu się nie chce żyć tak, jak nam, a jednak płatki odfruwają, a wiatr ustaje. Po drodze śliskiej jak ciało węża, równym truchtem wracam do niby istnienia.
Delete mówię tej historii i nie mówmy już o tym więcej.
Zima. Przyprószone śniegiem powieki i kłujący chłód w gardle. O poranku wybiegam z domu. Rytmiczny trucht i mój oddech stają się jednym, ja i ja, spotykamy się gdzieś w środku tego rytmu. To ważne, dzień po dniu, każdego poranka, wyjść na spotkanie siebie i dać sobie tę chwilę to widzenie. Dwa słowa nie wypowiedziane trafiają prosto we mnie. Wybiegam na rozległą łąkę i dech mi zapiera. Biała przestrzeń, której nie daje się objąć wzrokiem. Oko ześlizguje się za horyzont. Uświadamiam sobie jak jesteśmy podobne, ja i ta przestrzeń, ten kawałek świata, co się wydaje nieskończony, który nie daje się tak łatwo zamknąć w jednym spojrzeniu. Otwarta, rozległa przestrzeń wypuszcza mnie z ręki. Spadam w pustkę. Tak jest, spadam w pustkę. Teraz widzę to wyraźnie. Zostało puste miejsce, o które próbowałam się oprzeć. Osuwam się.
Wciąż jeszcze robię porządki po tej historii. Wyrzucam maile, zdjęcia, wiersze. Delete – tak muszę powiedzieć, na to wszystko. Tylko delete. Z każdym znakiem po tym, co było żegnam się czule, a potem wysyłam w kosmos, w pustą, nieskończoną przestrzeń. Jak motyla. Uwalniam. O poranku, na otwartej łące, mając wokół siebie góry i potężne niebo nad głową, patrzę jak wszystko to frunie w górę i pozostawia mnie jeszcze bardziej opustoszałą i niedającą się objąć w żaden sposób. Śnieg pada i wiatr chwyta w locie drobne płatki. Unosi w górę i każe im tańczyć tuż nade mną. Leżę w śniegu, pośrodku łąki i patrzę na ten taniec, specjalnie dla mnie wykonany o poranku. Nikomu się nie chce o tej porze tańczyć, tylko nam. Nikomu się nie chce żyć tak, jak nam, a jednak płatki odfruwają, a wiatr ustaje. Po drodze śliskiej jak ciało węża, równym truchtem wracam do niby istnienia.
Delete mówię tej historii i nie mówmy już o tym więcej.
Subskrybuj:
Posty (Atom)