sobota, 4 lutego 2012

poszukiwania

Śnieg mnie przysypał i śpię. Biały puch i nieświadomość, mróz i sen. Sowa uleciała z drzewa. Patrzyłam za nią jak ciężko opada w las. Gronostaj podchodzi pod dom. Mróz się wzmaga. Lada chwila wszyscy znieruchomiejemy.
Patrzę za okno i nie czuję już wyraźniej granicy między domem, a tym, co poza. Biały, senny krajobraz wzywa mnie do siebie i chce, żebym wierzyła, że od dawna na mnie czeka, że mnie zaprasza w swoje gościnne objęcia, że za mną tęskni i nie może doczekać się chwili, kiedy spotkamy się, blisko, jak najbliżej przytuleni i oddani. W rzeczywistości – wiem dobrze - mróz wchłonie mnie, zagarnie, posiądzie. A potem wiatr zawieje drogę białym puchem i nie będzie powrotu. Znikną ścieżki, dukty, nie pozostanie żaden ślad po tym, co było. Wtedy będę w domu.

Mam białe jak śnieg, koronkowe zasłonki, a przecież nie mam okien,
gładzę batystową pościel, a przecież nie mam łóżka,
obrazy i lustra, szafki i fotele pozbawione swojego miejsca na podłogach i ścianach
zamieniają się w eksponaty wyzute z sensu
smutne i piękne.

Wyruszam codziennie. Zakładam kurtkę, czapkę, dwie pary spodni, bo wiatr i mróz i wyruszam. Biel dotyka mnie, maca chłodnymi palcami, sprawdza. Szukam w niej szczeliny, w której mogłabym pozostać, zadomowić się i odpocząć. Stado koni nawołuje się na zaśnieżonej łące. Bezdomne i zdane na mróz, a jednak pewne i bezpieczne. Chwilę wędrujemy ramię w ramię. Ich mocne ciała radzą sobie z tym lepiej. Kiedy biegną, z napiętych mięśni lecą iskry. A ja tymczasem snuję się jak cień. Z trudem pokonuję zaspy. Powłóczę nogami bezsilna wobec podmuchu wiatru. Chciałabym zasnąć tu, teraz. Chciałabym wiedzieć, jakie sny śni się na wybielonej śniegiem łące pod martwym drzewem.
Koło sterty siana myszy pryskają spod nóg. Wygrzane małe ciałka, blisko, coraz bliżej, drobne nóżki i zmarznięte ogony. Życie koncentruje się w punktach wydartych zimie, w miniaturowych fortyfikacjach ciał, w umocnieniach z piór i skór, w ostrokołach śmieci i bunkrach z siana. Poza tym zima nie daje nadziei. Przypuszcza kolejne ataki. Można stracić wszystko, wystarczy wyjść za próg. A jednak to robię. Jako cień, ledwie zagęszczony w chłodnym powietrzu, niewidoczna mijam te batalie i idę dalej. W swoją stronę. Wciąż sprawdzam. Szukam. To musi być gdzieś tutaj.

Koronkowe, białe jak śnieg zasłonki odnajdą okno
gładka tkanina pościeli trafi na łóżko,
podobnie stół, fotele i ja sama opadniemy na ziemię jak poderwane wiatrem drobiny
Znajdziemy miejsce. Trafimy.
Jeszcze chwila.

środa, 25 stycznia 2012

wyruszę

Znowu wyruszam. Który to już raz? Czas wraca do początku. Reset. Znowu zaczynam od nowa, historia jest wyczyszczona. A jednak, coś tam zostało, coś, do czego nie mam już dostępu, do czego nie dokopię się, nie wydrę tego z zakamarków. Jest i już, przyrosło do mnie, obrosło żywą tkanką, już nie wiem, gdzie ja, a gdzie ten obcy szczegół, kawałek minionego życia, pasożytujący na moim ciele. Na poły tylko żywy.
O poranku wsiądę w samochód. Słońce obleje śnieg porannym złotem. Dom będzie spał. Droga zabłyśnie niebezpiecznie. W Krośnie zostawię mojego grata na pastwę miejscowych poszukiwaczy szczęścia i wsiądę w autobus. Ruszymy, by zdobyć podkarpackie wzniesienia, górki i góreczki z poprzyklejanymi do nich domkami, chatkami, kościółkami, z porannymi wędrowcami przemierzającymi drogi w samotnych pielgrzymkach. A potem krajobraz rozpłaszczy się nagle i wiem już, że wtedy zakręci mi się w głowie. Bo przecież tam, przede mną góry powinny dawać oczom oparcie, a tymczasem przestrzeń będzie nieskończona, horyzont spłynie w dół. Opustoszały krajobraz będzie mnie nudził i przypominał mi o tym, co zostawiłam za sobą. Już jutro zatęsknię do domu, już jutro pożałuję, ale autobus nie zawróci, droga prowadzić będzie wciąż dalej i dalej. Sen przetykać się będzie z jawą, myśli będą się plątać i rozlewać po nieskończonym podróżnym bezczasie.
A tu zostaną dzieci. Wraz z nimi lekcje, drobne pouczenia, spięcia domowe i sterty nieposkładanych skarpetek. Pranie i prasowanie. Zostanie równy rytm i powtarzalność. Mam przed sobą kilka dni w nieokreślonym, szczyptę czasu odmiany i nieregularności, wyrwane z codzienności chwile na spotkanie oko w oko ze sobą samą. Trochę się boję.
Ale dziś jeszcze dzieli mnie od tego wszystkiego całe morze czasu. Jeszcze tu siedzę i zastanawiam się nad zestawem koniecznych przedmiotów, gwarantów przetrwania. Książka, zeszyt, długopis, a do tego kostiumy, buty pomalowane na biało, kuferek z maskami, ciuszkami, brzękadełkami. Wszystko to nie wygląda zbyt poważnie. Tak, oczywiście, dorzucę do tego bieliznę i kosmetyczkę, ale tylko pod warunkiem, że znajdzie się na nie miejsce. Ten stan, w którym wybieram spośród uniwersum przedmiotów te, których naprawdę mi potrzeba, to czas oczyszczenia. Jak wiele zostaje. Dlaczego tak bardzo obrastam w to, co zbędne? Dlaczego moja niegdysiejsza zasada – mieć tylko to, bez czego nie można się obejść – już mi nie wystarcza? A przecież nadal ideałem jest jeden plecak tak, by móc w każdej chwili zebrać się i wyjść. Być może potrafię to nadal, tylko inaczej, bo teraz zostawiam za sobą ślad, a wcześniej potrafiłam znikać tak, jakby nigdy mnie nie było, jakbym się tylko komuś przywidziała. O poranku, gdy słońce oblewa świat świeżą pozłotą, wtedy najlepiej wychodzi się z domu, wtedy najlepiej się znika. Te kilka rzeczy zebranych w plecak, torba płócienna na ramieniu i niewyspanie, które dodaje całej operacji uroku, rozmywa wszystko i zaciera kontury. Znikałam zawsze z poczuciem, że dla mnie to nowy początek, który może zdarzyć się zawsze, wtedy w eleganckiej dzielnicy miasta, w zaspanym miasteczku i teraz, wystarczy poranek.
Więc wyruszę. Zacznę znowu podróż, której od dawna nie mogę ukończyć. I dobrze. Moja bezdomność, którą dźwigam jak dom, na własnych plecach, uwalnia mnie od konieczności ukorzenienia, pozwala mi na dryf w nieznane. A jak wrócę, to nie wiem, co będzie.

wtorek, 24 stycznia 2012

taniec

O poranku budzik gra mi do tańca. A ja nic. Leżę i patrzę w sufit i dochodzę do siebie, jakbym nabierała kształtów. Znów, jak co dzień, ten sam, niezmienny, taneczny rytm opowiada mi o tym, co tak bardzo lubię, a co się ode mnie oddaliło na odległość nie do pokonania. Przynajmniej na razie, bo pozostawiam niewielką furtkę, uchylone drzwiczki, którymi to wszystko, co kocham, będzie mogło się do mnie wśliznąć, kiedy tylko będzie chciało. Jestem. Czekam.
Dziś ten dźwięk budzi nie tylko mnie, ale nade mną całą chmurę wspomnień. Tańce tu i tam, te scottishe, walczyki, na dechach nad Wisłą, w sierpniowe i wrześniowe wieczory. Światełka migoczące na wodzie. Circle w małej praskiej kawiarence. Tyle twarzy z prawdziwą radością wymalowaną jak rumieniec. Muzyka z nutą czegoś smutnego, muzyka, która dotyka głęboko, porusza wewnątrz i na zewnątrz, kołysze, elektryzuje. Tango doskonale splecione, jak niespokojne palce. Tysiące drobnych poruszeń w rytmie, niczym słowa wypowiadane jedno za drugim. Ukradkowe, kuszące spojrzenia. Tango z nieznajomym, tango ze znajomym - jakie to ma znaczenie? Ciało partnera jest uniwersalne. To rozmowa bez twarzy, dialog poruszeń, przesunięć, rozmowa, która nie potrzebuje oczywistości i dopowiedzenia. Zawsze nieskończona, pozostawiająca nas z poczuciem braku, z zaproszeniem by jeszcze raz, by znowu.
Parkiet. Jego powierzchnia staje się spodnią skórą tańca, podeszwą ruchu. Trzeba respektować jej prawa, poznać słabe punkty, umieć się na niej oprzeć, by móc przemierzać przestrzeń w doskonałej harmonii, jakby się było pędzelkiem do kaligrafii, jakby się było ręką zapisującą istotne słowa, bez błędów i skreśleń. Sprawnie, miękko, czasem z chwilowym zatrzymaniem, robiąc kropkę w tekście, a potem opowiadając dalej i dalej.
Trudno wstać, gdy chce się tańczyć. Trudno wstać, gdy wszystko to nagle ożywione dźwiękiem, tańczy mi nad głową i przypomina o sobie i daje znać, że zostawiłam za sobą coś istotnego, że zapomniałam.
Nie wiem dlaczego dziś akurat, w zimowy poranek, tak to do mnie wróciło i zaczęło się domagać kawałka miejsca w mojej pamięci? Śnieg zasypał okna w dachu, dzień z nocą tańczą w mglistych szarościach. Tylko Cergowa tak stoi i przygląda się ciężka i niezgrabna. Błyszczą na niej obsypane śniegiem świerki i jest naprawdę ładna, choć o tym nie wie. Poranne słońce zaprasza ją, ale ona nie potrafi, nie chce, tylko stoi i patrzy.

Była sobie kiedyś dziewczyna, która pięknie tańczyła. Kiedy przyszła na zabawę, wszyscy kawalerowie prosili ją o taniec. Przechodziła więc od jednego do drugiego i tańczyła, tańczyła, bez opamiętania. Pewnego dnia, przyszedł na tańce obcy mężczyzna. Poprosił dziewczynę do tańca. To było najpiękniejsze, co można sobie wyobrazić. Oboje jakby nie dotykali ziemi, jakby byli wiatrem i śniegiem, powietrzem i jesiennym liściem, jakby się unosili w powietrzu delikatnie, lekko.
Ale potem dziewczyna poszła tańczyć z kimś innym i nie chciała już tamtego. Wtedy mężczyzna zamienił ją w kamień. A potem tupnął mocno i cała drewniana buda, parkiet i tańczący ulecieli w powietrze i zamienili się w tysiące drobnych płatków śniegu migoczących i wirujących nad nieruchomym kamieniem. Mężczyzny nikt już potem nie widział.

sobota, 21 stycznia 2012

nie zawsze tak będzie

Znów przyszedł do mnie. Nocą, gdy ciemność oblała okna gęstym kremem. Czytałam do późna, ale sen podstępnie zakradał się do książkowej historii. Mylił mi słowa, dorzucał swoje trzy grosze, bzdurne, nie na temat, mieszał opowieści, dodawał nieistniejące obrazy.
Zgasiłam światło. Była może 11? Chodzę tu spać bardzo wcześnie. Noc jest nieprzenikniona, więc nic w niej po mnie. Zapadła ciemność, a ja pozwoliłam snu działać. Słyszałam tylko jak wiatr za oknem wzmaga się i szturmuje wprost na nas. Próbuje zdobyć naszą twierdzę, kopie i wali w dach i wyje wściekły z powodu swojej niemocy.
Sen powoli wspinał się po mnie. Zaczął od stóp, kołysał nogi, otulał ciepłym oddechem brzuch. Poczułam jak wślizguje się coraz wyżej pod rozgrzaną tkaninę bluzki, jak mnie pieści i próbuje zawładnąć mną w całości, domaga się uwagi, współpracy. Ciało zasypiało, ulegało mu, kawałek po kawałku, popadało w przyjemne odrętwienie. A tymczasem ja z moimi myślami byłam trochę gdzie indziej. Przyglądałam się ciału z wysokości głowy, nieobecna.
I wtedy przyszedł on. Dom. Poczułam najpierw jego zapach. Delikatnie zamknął mi oczy. Znów byłam tam. – Pomyśl, jakbyś leżała na tamtym łóżku? - szeptał. – Nad głową miałabyś wymalowany przez dziecko obraz – kolibra na zielonym liściu, dalej szafę pełną ubrań. Na ścianie Maryja z Józefem nieśliby małe zawiniątko do Egiptu. Akwarelka za szkłem, pamiętasz? Łóżka dziewczynek pod wielkim oknem. Wszystkie te jasne poranki zimą i latem. Szerokie łóżko syna. Szafa z wiecznie niedomkniętymi szufladami, z których kipią kolorowe skarpetki. Pokój za ścianą z widokiem na ogród. Stary fortepian w salonie. Okopcone drzwiczki od kominka. Znajomy zapach dymu. Chłodna powierzchnia kanapy. W gorące dni rozgrzane uda zawinięte w delikatny jedwab. Jasna skaza na oknie. Szafa z rzeźbionymi drzwiami i kuchnia ukryta za okrągłym stołem. Widoki z okien. Pamiętasz? Rząd jaśniejących brzóz w wojskowym szeregu, w porannym bladym słońcu i w tym złotym jak miód, pod wieczór, kiedy światło i cień oddalają się od siebie. Rozległy trawnik zamknięty barierą tężejących dębów, mały dziecinny domek w ogrodzie, z którego tak niedawno wyglądały twoje dzieci. Okno w kuchni, zamykające widoki w zielonej ramie, w ornamencie bluszczu.
Siadam za stołem w tamtej kuchni i nasłuchuję. A więc nadal tu jestem? Moje ślady wciąż tętnią życiem. Coś tu zostało. Po coś nie potrafię już wrócić. Trzy istotne lata w drodze do siebie i dobrzy właściciele tych kilku moich chwil. Wszystko to stało się zamkniętą, odległą galaktyką. Nigdy już tu nie wrócę. Tylko pamięć minionego będzie mnie wciąż dręczyć i zwodzić błędnymi obrazami. Pamiętam wieczór przy kominku, wczesną wiosną, w otoczeniu przyjaciół. M. jest zmęczony, głowa opada mu na piersi. Czerwone wino smakuje życiem. Pracuję wtedy w kawiarni u znajomych. Serwuję kawę. Na ścianie jest napis, który co dzień od nowa próbuję zrozumieć: „Nie zawsze tak będzie”. Jego prawda dociera do mnie bardzo mocno w tę wiosenną, dobrą noc. Patrzę na twarze przyjaciół oświetlone blaskiem ognia i przeczuwam. A dziś wiem to już na pewno. Wiem też, że i teraz jest jakieś „tak”, które przeminie i zostawi po sobie plamę tęsknoty. Nie zawsze tak będzie.

czwartek, 19 stycznia 2012

złoty kluczyk

Była sobie kiedyś dziewczynka, która miała w sercu puste miejsce. Lubiła, podobnie jak w schowku, czy szafce, trzymać w swoim sercu różne najpotrzebniejsze przedmioty. Szklane paciorki, ładne guziki, kolorowe nitki, najładniej piszące ołówki i małą laleczkę, szmaciankę, którą dostała przed laty od swojej matki. Serce zamykane było na złoty kluczyk, który dziewczynka nosiła zawsze na szyi, zawieszony na złotym łańcuszku. W wolnych chwilach, kiedy była sama, otwierała kluczykiem serce i wyciągała swoje skarby. Oglądała świat przez szklane paciorki, plątała nitki w wymyślne bransoletki, tuliła laleczkę. Przypominało to trochę przegląd wojsk, jaki co dzień zobowiązany jest czynić odpowiedzialny generał. A po przejrzeniu, czy na pewno wszystko jest w najlepszym porządku, dziewczynka odkładała cenne przedmioty na swoje miejsce i znów przekręcała kluczyk w maleńkim zamku. Pewnego letniego dnia wybrała się, jak zwykle, na spacer. W pobliżu domu płynął strumień, wartki i chłodny. Lubiła siadywać w cieniu drzewa i moczyć nogi w orzeźwiającej wodzie. Tak zrobiła i tym razem.
- Ach jak przyjemnie jest siedzieć na zielonej trawie w cieniu troskliwej wierzby, jak dobrze jest moczyć nogi w zimnej wodzie i niczym się nie przejmować.
Słońce błyskało spomiędzy liści, woda szumiała monotonnie. Dziewczynka w końcu położyła się na miękkiej trawie i zasnęła. Obudził ją chłodny powiew. Słońce powoli zbliżało się do horyzontu. Nadchodził wieczór. Przestraszona, że tak długo zabawiła nad rzeką, dziewczynka poderwała się z ziemi, i wtedy stało się coś nieprzewidzianego. Jedna z pochylonych gałęzi wierzby zaplątała się w łańcuszek na jej szyi. Ogniwa pękły, łańcuszek osunął się na ziemię, a kluczyk odskoczył wprost w wartki nurt strumienia. Na próżno dziewczyna rozglądała się za nim. Brodziła w wodzie i szukała, to tu, to tam. Co i raz zdawało jej się, że widzi błyszczący przedmiot, ale raz był to srebrzysty brzuch niewielkiej rybki, innym znów razem jasny kamień na dnie, zwodziły ją też promienie słońca migoczące złociście na powierzchni wody.
Wróciła do domu smutna. Wciąż tylko myślała o zamkniętych wewnątrz serca ukochanych przedmiotach. Ludzie pytali, czemu jest taka smutna. Opowiadała im więc, że zgubiła kluczyk do swego serca, w którym pozostały drogocenne przedmioty. – Ale jakie to przedmioty? - pytali z troską ludzie. – No, paciorki, sznurki, kredki – odpowiadała.
Phi, też mi coś – słyszała na to – to ma być cenne? Szkoda twojego czasu, zapomnij i zajmij się czymś ważniejszym. – radzili.
Ale nie potrafiła. Wciąż badała oczami wyobraźni to wewnętrzne miejsce, otwierała zamek i odnajdywała upragnione rzeczy. Pamięć pozwalała jej bawić się nimi, oglądać je, niemal dotykać.

ZAKOŃCZENIE A
Czas mijał. Dziewczynka stała się piękną panną, a potem dorosłą kobietą. Była już duża i silna, a jednak wciąż myślami tkwiła tam, gdzie za zamkniętymi drzwiczkami pozostały uwięzione przedmioty. Zupełnie, jakby wzywały ją, wołały pomocy, prosiły o wolność.
Któregoś dnia dziewczyna z całej siły rozbiła zamek w sercu i otworzyła drzwiczki. Uwolnione bibeloty, jak wielobarwne motyle, wyfrunęły z niej w jednej chwili. Zamigotały wesoło i rozpłynęły się w powietrzu. A ona pomachała im na pożegnanie.

ZAKOŃCZENIE B
Czas mijał i zacierał ślady w pamięci. Dziewczynka powoli stała się piękną panną, a potem kobietą. Całkiem zapomniała o przygodzie z sercem i ukrytych w nim bibelotach. Aż pewnego dnia na parapecie jej okna usiadł gołąb i zagruchał głośno. Dziewczyna spojrzała i zobaczyła, że w dziobie ptaka lśni mały, złoty przedmiot. Wyciągnęła rękę i delikatnie wyjęła z ptasiego dzioba mały kluczyk. I wtedy zdarzyło się coś niezwykłego. Gołąb przemienił się w młodzieńca, który skłonił się przed dziewczyną i poprosił ją o rękę.
Dygnęła mu się grzecznie, ale to, co ją naprawdę zajmowało, to była zawartość schowka w sercu. Otworzyła drzwiczki i jęła wyciągać ukochane przedmioty. Ach, były tu wszystkie, tak, jak je zostawiła przed laty. Piękne, delikatne, opowiadały o beztroskich chwilach nad chłodnym strumieniem, o słońcu i zabawie. Królewicz próbował towarzyszyć dziewczynie, ale niestety, nawet go nie zauważała, taka była zajęta. Wycofał się więc biedak. Ukłonił na pożegnanie i odszedł na zawsze. A co było dalej z dziewczyną? Tego nikt nie wie.

środa, 18 stycznia 2012

pauza

Czasem trudno mi sklecić zdanie. Każde słowo nastręcza wiele problemów. Zadaje pytania, a ja nie potrafię na nie odpowiedzieć. Więc milczę.
Nie klei mi się rozmowa.
Słowo do słowa.
Cisza z ciszą bardziej
Albo z niczym jakieś nic,
pauzy tylko wypuszczam z siebie
jak niewypełnione dymki,
jedna za drugą
i tyle mogę
i ani słowa więcej.

Czasem jestem jedynie skorupą. Pusto w środku. Nie szukajcie mnie tu, gdzie jestem. Zapadłam się, rozpadłam w nic. O poranku sprawdzam kalendarz. Zaznaczam kolejny upuszczony na podłogę dzień, przesuwam się dalej pchana siłą rozpędu. Robię, wykonuję, działam, a potem padam i znikam na dobre. I tak jest. I to jest bycie. A ono było dobre, tak widział Bóg.
Zima mnie przysypała, zatkała mi usta, wypełniła zimną watą. Tkwię bez ruchu, zamknięta w samej sobie. Białe przed oczami w ilości niepoliczalnej. Wiele oczu, wywalonych białek.
Wieść o spotkaniu z ludźmi budzi lęk. Trzeba mówić, a to takie trudne. Trzeba patrzeć, fiksować wzrok na czyjejś twarzy, to taki wysiłek. Nie dam rady, nie teraz.
Na taśmociągu moim codziennym wjeżdżam w machinę, która mnie co dzień ostemplowuje kolejną datą, zostawia mi to na twarzy, nie zmywalne paski, kody kreskowe. Po tym mnie kiedyś rozpoznają. Za pomocą czytnika dowiedzą się, że ja to ja, mimo twarzy co się zamieni w sieć linii, co już będzie jedynie pasmem kresek. Codzienność przesuwa się, jak mechaniczna taśma, nie muszę jej dźwigać, nie muszę się starać, odczuwać zbyt wiele, zanadto uczestniczyć. Wystarczy, że widać mnie tam, gdzieś w jakimś zaplanowanym mechanicznym ruchu. To znaczy, że chyba jestem. Bez okularów źle widać. Widać mnie, czy nie? W tym śniegu, w zaspach, całą napełnioną mrozem? Całą wypchaną?
Kiedy mija dzień, z rozkoszą, wcześniej jeszcze niż dzieci, zapadam w sen, jak w głęboki śnieg. Nie wołam pomocy. Poddaje się.

poniedziałek, 16 stycznia 2012

kolędowanie

Zasypało. Dzieciaki biegają po dworze jak wściekłe. Śnieg doprowadza je do obłędu. W euforii, rozedrgane, kolorowe plamy, drążą w zaspach długie tunele. Znikają w nich, a potem wydostają się na powierzchnię i znowu. To szaleństwo nie ma końca. Chciałyby zakopać się i zostać tak w białym świecie, który nam, dużym i zmarzniętym, z krążeniem w odwrocie, zdaje się zimny i nieprzyjazny. Dzieci są gorące. Kiedy wracają do domu, po wielu godzinach, ich czerwone buzie są mokre od potu. Włosy sterczą wilgotne i posklejane. Przypominają teraz małe futrzaste zwierzęta zabrane z lasu, wyrwane ze swojego naturalnego środowiska, nieokrzesane i z tym swoim nadmiarem siły, energii.
Wieczorem wychodzą ci nieco starsi, ci co już nie potrafią się cieszyć tak jawnie i po prostu. Biorą latarki czołówki i udając poważną ekspedycję, albo edukacyjny spacer, znikają, by podobnie jak młodsi, a jednak pod osłoną nocy, z lubością zanurzyć się w zimnej bieli. Wrócą już tak samo mokrzy i szczęśliwi.
Pamiętam wieczór na Ursynowie. Ja i kilkoro znajomych, wszyscy około dziesięcioletni. Piękni dziesięcioletni. Naprawdę. Zjeżdżaliśmy z górki pod blokiem na plastikowych nartach. Nie wiedzieliśmy, że narty mogą mieć wiązania, potrzebować specjalistycznych butów i że w ogóle narciarstwo to sport kosztowny i snobistyczny. Przecież wystarczyły proste kawałki plastiku, dwa kije i już. Niektórzy z nas widzieli nawet narciarski wyciąg, gdzieś w Zakopanym podczas rodzinnych ferii. Ale po co wyciąg? My radziliśmy sobie doskonale bez niego. Zresztą, wspinanie się pod górę było równie przyjemne jak zjeżdżanie. Można było udawać, że utknęło się pośrodku stoku i wołać o pomoc czekając aż wysunie się ku nam pomocna ręka. Albo zsunąć się tyłem, wpaść na kogoś przy tym i wykonać kilka koziołków wspólnie, a na koniec wylądować na śniegu w poczuciu jakiegoś totalnego szczęścia. Pamiętam jeden taki wieczór. Sturlaliśmy się wszyscy na dół i zalegliśmy na śniegu machając w górze lekkimi nartkami. Nad nami rozciągało się rozgwieżdżone niebo. Wyobrażaliśmy sobie, że wędrujemy po niebie, zwiedzamy gwiazdy i galaktyki w naszych plastikowych, wypiętych w górę, nartach. Snuliśmy przy tym niestworzone opowieści. Było nam ciepło i dobrze i zdawało się, że ta chwila w śniegu nie skończy się nigdy. Że będziemy tak iść w życiu zawsze w stronę rozgwieżdżonego nieba. Spełnieni, bo byliśmy przecież w swoim żywiole.
W tym roku, wieczorem po Wigilii, ktoś zapukał do drzwi. To S. i jej mama. Takie niezobowiązujące kolędowanie postanowiły zrobić i wpadły podzielić się opłatkiem. Zaśpiewaliśmy coś razem, żeby stało się zadość tradycji, a potem pojawił się pomysł odwiedzenia jeszcze jednych sąsiadów. W przydeptanych kapciach, z opłatkiem w garści, pobiegliśmy kilka pięter w dół. I kiedy i tam zaśpiewaliśmy kolędę i usiedliśmy przy stole, uświadomiłam sobie, że jesteśmy tu teraz w tym samym składzie, co tamtego wieczora. Już bez naszych plastikowych nart, bez kolorowych kombinezonów i ciepłych czapek z pomponami. Niemniej i teraz jest zupełnie tak, jakbyśmy siedzieli pod rozgwieżdżonym niebem, wciąż w tej samej drodze. Po latach, a jednak ciągle tam. Każdy z nas już z czasem przyklejonym do twarzy, już inny, u rodziców tylko na chwilkę, albo z pragnieniem uwolnienia, już na innych zasadach. Nie znamy się, widujemy z rzadka, raz do roku i chyba nie łączy nas wiele, a jednak coś z tego pozostało. Nie może być przypadkiem to spotkanie. Nie może być pozbawione znaczenia. Twarze z maską czasu, brzuchy, kształty już inne i lekkość poruszania i to krążenie w odwodzie, wiadomo. Już nie zanurzymy się w śniegu, już nie pojeździmy razem na prostych nartach i nie sturlamy się na siebie tak bezkarnie. I w zasadzie teraz to właśnie mogłoby nas łączyć. Ta niemoc, to przemienianie się w czasie.
Patrzyłam na nich, ale nie śmiałam spytać, czy czują to, co ja. Czy przypadkiem jakiś kawałek nas samych nie został tam, na tym śniegu i nie czeka na nas, by powędrować dalej po zaśnieżonym zimowym niebie?