wtorek, 6 marca 2012

chleb

Dwie torebki mąki, żytnia i pszenna,
jasne z ciemnym,
delikatne z szorstkim.
Tak wszystko się zaczyna.
Sól – chroni od złego, czarnuszka - wieczna młodość - wprost z Egiptu przynosi ciepły zapach morza. Sezam, odrobinki rozkoszy między zębami. Zapowiedź słodyczy. Słonecznik i dynia – pełnia i słońce. I woda, ciepła, jak do kąpieli, za chwilę będzie można się w niej zanurzyć. Delikatne ugniatanie. Tak. Lekko i stanowczo zarazem. Ciasto między palcami wygląda, jakby próbowało uciec. Zmieniam nacisk, gładzę, wyrównuję. W dotyku przypomina ciało. Śpiące, rozluźnione, delikatne. Jego powierzchnia tak szybko staje się chłodna, jak nocą Twoje nagie ramię. Masuję i ugniatam, głaszczę, zagłębiam się, więcej i więcej. Ciało w moich rękach staje się jeszcze bardziej miękkie, przelewa się, poddaje. Gotowe. Oto moja prywatna, codzienna magia.

Nigdy nie oddawaj zaczynu, nigdy nie pozwalaj, by ktoś dotykał chleb przed upieczeniem. Towarzysz mu osobiście, aż do końca. Najlepiej jeśli będziecie wtedy sami.
Tak łatwo wszystko stracić. A chleb jest tak bardzo cichy i bezbronny.
Myślę o tym w pustej kuchni. Jestem tu na chwilę, zupełnie jakbym przyszła upiec chleb. Miejsca jest dość. Piekarnik dobrze piecze, ciepły kaloryfer pomaga ciastu urosnąć szybko i równo. Czekam. Niebawem odejdę. Z moim bochenkiem pod pachą. Jak tylko wszystko będzie gotowe, jak tylko chleb stanie się złoty, dojrzały, jak tylko będzie można przestać czekać, zgasić światło i wyjść. Gdziekolwiek pójdę, będą przy mnie dzieci i wnuki mojego chleba,
moje dzieci.
Dzieci moje i chleba. Nasze, uśpione, niegotowe, ukryte w porcelanowym kubeczku, przykryte spodkiem. Wezmę je ze sobą tam, dokąd pójdę.

Chleba nie wolno kłaść do góry nogami. Uważaj - stracisz wszystko. Nie depcz chleba, bo umrzesz z głodu. Nie siadaj na stole, bo leży na nim chleb. Wszystko kręci się wokół niego, daleki i bliski, mój i każdego zarazem. Nieskończony i żywy bardziej niż niejeden z nas.
Trzeba uważać, tak łatwo wszystko stracić.
Na palcach został mi gorący zapach czarnuszki. Gdzie ja byłam? Jaki to ogród zapowiadał i kiedy, te wieczory przy ciepłym piecu. Pokój z werandą; za szybą świat jest prawdziwszy. Pod badylami wyschniętych kwiatów, stara kobieta wita się ze słońcem. Kto śpi w hamaku? Poranek był mroźny. Wiosna dopiero przekrawa chłody i wpuszcza słońce między fałdy zimy. Patrzę przez małe okienka. Kolorowe szkiełka barwią ogród, dolewają ciepła, mieszają pory roku. Czerwone – to krew, soki życia spływają na śnięte kwiaty. Anemony, tak chyba nazwała je wtedy. Niebieskie – jak woda, bez której marnieją i schną. Niebieskie jak kołdra nieba nad tym wszystkim, taka gładka i nieskalana – taką ją zapamiętałam, a przecież tam także zbierają się chmury. Jak wszędzie.
Wieczór też zapada w pamięć. Gasną powoli światełka ogrodu. Samotność w białym pokoju. W towarzystwie pieca. Oczy białych kafli. Białka. Stara kobieta w ogrodzie musiała zasnąć. Oczy chwytają się resztek, opierają na pojedynczych liściach uratowanych z nocy. Za chwilę nic z tego nie zostanie. Będę tylko ja. Nie da się opowiedzieć wszystkiego. Delikatne drgania obrazu, który wyświetla się we mnie. To poruszające, mówię i szukam tego ruchu. Drganie, delikatne poruszenia, jak westchnienie. Za chwilę nie będzie już nawet tego.
Dogasanie, usypianie.
Lepiej zagnieść chleb i dosypać szczyptę opowieści, odrobinę wieczoru tam i wtedy, słowo, na które czekałam i to, które przyszło nieproszone. Kminek i kuleczki wiesiołka. Orzech, dla szczęśliwca i kamień dla wybrańca. Na razie czekam, jeszcze chwila i wszystko będzie gotowe. Skóra staje się twarda i odporna, dojrzewa. Teraz nic już nie może się stać.

środa, 29 lutego 2012

zmiany

W jakich kolorach to się w zasadzie dzieje, w jakich dźwiękach i zapachach? Zapomniałam, dalibóg, jakby to było pierwszy raz, za każdym razem pierwszy raz.
Jakie sukienki zakłada?
Jakie firanki powiewają o poranku, kiedy leży nieprzytomna od nocy? Jakie światło dotyka jej włosów?

Idzie, nadchodzi, zaraz tu będzie.

Budzę się o świcie, wcześniej niż dotychczas. Leżę w łóżku i nasłuchuję.
Wyczuwam puls jej kroków. A tymczasem jasny poranek kładzie się obok. Czekamy razem, w ciszy, w pulsującym milczeniu.
Zaraz tu będzie.
Ptaki i ociekająca ziemia, wilgoć i zapach, który budzi się z zimowego zamrożenia, zapach niepokojący, zapach minionego, odchodzenia, zapach poprzedniego roku, wszystkiego co było, końca opowieści. Zapach. Fiołkowe polany, w zeszłym roku w M. Pamiętasz? Z zimowego snu budzi się pamięć, a niepamięć boli bardziej niż kiedykolwiek. Niepamięć się kurczy i paruje jak woda. Myślę o tym wspominając twoją jasną jak słońce twarz. Resztki pamięci o tej twarzy, o której tak bardzo chcę pamiętać i zapomnieć zarazem. Poranek odgarnia mi włosy z twarzy. Jestem bezradna wobec pamięci.
Wędrowanie jest takie trudne o tej porze roku. Nogi toną w mokrym lodzie, śnieg i woda, ziemia staje się grząska, miękka, rozpulchniona. Ziemia jest gotowa. Trudno jest wędrować, lepiej położyć się, lepiej usiąść na osuszonym słońcem pniu i słuchać. A potem zasnąć. Nocą chwyci mróz. Zostać by można kawałkiem zmurszałej kłody, kamieniem zostać, co nie pamięta siebie.
Czy widzisz? Czy wyczuwasz to delikatne rozedrganie? Ptaki dostają szału. Ja dostaję szału. Krzyczymy w puste niebo. Zdejmuję buty i tańczę boso, jakbym ze śniegu i błota zagniatała ciasto bosymi stopami. Ciasto złote od słońca, czarne ciasto z głębi ziemi, ciasto przejrzyste, ulepione ze światła, słodkie jak miód i gorzkie, jak piołun na łące w środku słonecznego lata. Ziemia mlaszcze i liże mnie po piętach. Promień słońca zamyka mi usta.
Dokąd ja właściwie szłam? Co to za droga? Nogi grzęzną w błocie. W czerni pojedyncze włosy traw, paluszki dzieci pod ziemią uśpionych pną się w niebo. Jestem zmęczona drogą donikąd. Usiądę tu i poczekam. Pamięć musi się w końcu obudzić. Słyszysz? Już nadchodzi. Lada chwila tu będzie.
Dzień stał się niemożliwie długi. Poranek w słońcu, a potem wieczór, co nigdy nie nadchodzi. Spomiędzy palców lasu wygląda oko słońca. Przygląda się. Dokąd prowadzi ta droga? Pytam. Stopy powoli mrozi wieczorny chłód. Zatrzymuje w oczekiwaniu, unieruchamia i każde zwątpić. A przecież wszystko wyglądało na to;
a przecież zdawało się;
Czy znowu daliśmy się oszukać?
Następnego dnia sypie śnieg i wszystko się kończy. I nie wiem już, czy to wszystko mi się tylko przywidziało? Te ptaki i cały ten szał, słoneczne palce na moim czole, wczesnym porankiem, to pulsowanie, fiołkowe polany? Wszystko to biel znów pakuje do pudełek i stawia na szafie. – Jeszcze nie teraz mówi, jeszcze nie. Poczekaj.

środa, 22 lutego 2012

matka słów

"Kiedy cię zobaczyłam po raz pierwszy,
wiedziałam co będzie jutro na obiad".
Nikt


W chwilach takich jak ta, myślę o niej. Obsesyjnie, konwulsyjnie, wciąż od nowa i znów.
Myślę.
O niej.
W swojej samotni, w wielkim mieście, pod niebem, w które strzelają rakiety fabrycznych kominów, niebem atakowanym i wyniszczanym spalinami i wyziewami ludzkiej masy, ona tam, na stercie jedwabnych poduszek, tka swoje opowieści i wypuszcza je z ust jak mydlane bańki. Zasłania oczy przezroczystą dłonią. To co zobaczyłaby gdyby odcięto tę dłoń, zabiłoby ją natychmiast.
Jej oczy widzą więcej.
Ona sama nie widzi nic.
Jest piękna. To piękno mieści się w słowach. Kawałeczki zamknięte w małych pudełkach, kryształki rozbite na drobiny. Kiedy byłam mała, dostałam koralik. Patrzyłam przez niego na świat za oknem. Rozbity na kawałki, stawał się na chwilę piękny. W lekkiej różowej poświacie. Pęknięty lukrowany mikrokosmos. Miałam w nim swoje miejsce.
Jej słowa dotykają przedmiotów i wydobywają z nich dźwięki.
Czy wiesz, jak dźwięczy szafa?
Czy wiesz jaki dźwięk ukrył się w kuchennym kredensie?
Każdy kawałek świata zaczyna opowiadać.
Słucha tego wszystkiego i rozumie więcej. A potem pisze na kartce: „to puste miejsce jest dla ciebie”. Składa kartkę i robi z niej papierowy samolot. Lecimy nim potem razem i zwiedzamy te Jej strony. Słowa oblepiają świat tak, jak kolory. Lgną do przedmiotów, oblewają je, pasują doskonale. Zlizuje je z rzeczy. Jej język krwawi. „Czerwone” mówi i zasłania oczy dłonią. Dotykam jej języka i uczę się mówić. „Matka” mówię, a potem milczymy długo. Powrót do domu. Rozdzielenie. Tęsknota. To są tylko słowa – mówi i macha mi na pożegnanie.
Jest krucha. Zbyt krucha, by mogła być prawdziwa. Kiedy przychodzi, patrzę na świat przez jej cienką skórę. Jest blady, przecinają go delikatne żyłki. Jej krew odżywia każdy kawałek świata. I ożywia. Kiedy przychodzi, jestem bardziej.
Przynosi wachlarz. Opowiada, a ja otwieram i zamykam go w rytmie jej słów. Lekcja skończona mówi potem. Herbata smakuje jak wiatr. Ciepłe powiewy. Wiosna roztapia mnie w środku. Myślę o niej w takich chwilach. Ukryta za wachlarzem pamięci, nazywa rzeczy po imieniu, woła je jak matka. W każdym imieniu zawiera się pamięć narodzin. W każdym jest oddalenie.
Idzie wiosna. Wiatr przywiewa szepty. Słyszę wyraźnie. Słowa, które wypowiedziała nabierają kształtów. Zranione usta wypluwają nowe istnienia.
Któregoś dnia wypowie moje imię.

czwartek, 16 lutego 2012

wiosna

I znowu to samo. I znowu: kim jestem? W tej podróży zatracam siebie. Zupełnie zapominam. Rozglądam się. I nie wiem. Wypuszczam siebie z rąk. Odchodzę. Staję się przemieszczeniem, przesunięciem, ruchem, niestałością.
- Nie wiem, nie pytaj, nie próbuj. Wypływam i rozlewam się, odpływam, wsiąkam, zanikam, paruję. Nie wiem, nie pytaj.
Znowu nigdzie. Na progu nieistniejącego domu przysiadam i patrzę w przestrzeń. To nie ma końca. Nie ma końca podróż, ani czekanie, nie ma końca wędrówka ku temu, co nie ma prawa istnieć. Istnienie ku temu, co nie ma prawa. Końcem wędrówki jest początek oczekiwania.
Tymczasem przestrzeń jest niepoprawnie otwarta. Czeka. Nogi przestrzeni są pełne i miękkie. Porasta je mech. Położę się tu i odpocznę, niech tylko zejdzie śnieg, niech odsłoni to, co jest, miękkie i mokre. Przylgnę. Zamknę oczy.
Czekanie jest sposobem życia
czekam więc jestem
i na odwrót
- co robisz?
- czekam
Aha, a więc w niespełnieniu,
a więc w nieustannym niedopełnieniu
tak
zgoda jest przyjęciem tego, co jest
jak w tańcu
wszystko jest już we mnie

A jednak nadchodzi wiosna. Nieubłagana. Idzie wielkimi krokami. Frenetyczne tańce zimy to już przeszłość. Przeszłość jest teraz. Patrzymy na nieistniejące, męczy nas i mrozi, a jednak jest jedynie cieniem. Minione nie daje spokoju. Bociany wyruszyły na północ. A Ty? Czy wyruszyłeś na północ? Czy ja wyruszyłam? Gramatyka przemian, prawidła przekraczania, zgłębiam to, ale na próżno. Wciąż jestem tu. Czekam.

Za zamarzniętą szybą ona, oparta o kontuar, w pozie oczekiwania (oczekuje nawet skrawek ucha), nasłuchuje ciszy sączącej się spomiędzy dźwięków. Dźwięki jej nie interesują. To już było – myśli i przepuszcza je przez wąską szczelinę ust, jak dym z papierosa. Jej bluzka, zbyt czarna jak na to miejsce przywodzi na myśl ciało. W dekolcie przecinek piersi. Na twarzy nie ma nic ponadto. Wzgórek nosa, wąwóz ust i kropki oczu. Tu się wszystko kończy.
Patrzy. Sala jest doskonale znana. Lastryko i siding, plastik i szmelc. Ludzie w sali doskonale znani. Jak nie oni. Nie ma nic, co mogło by niepokoić odmiennością, a jednak. - Idzie wiosna myśli i wspomina nieprzespaną noc. Księżyc za oknem był taki natarczywy. Ciało wypuszcza pędy. Z kontuaru powoli wyrasta łodyga i rozdziela się na dwoje. Listek w lustrze liścia. Pączkowanie liści. Sznury korzeni i ramiona łodyg. Gdy wiosna przyjdzie na dobre, spomiędzy włosów wyrośnie bursztynowy kielich.
Czy wyruszyłeś już na północ?

niedziela, 12 lutego 2012

dziargi

Pamiętam to mieszkanie. Zanurzone w ciszy, starość za oknem tyka jak zegar. Śnieg oblewa domy, ludzie pochowani w norach. Pamiętam to mieszkanie i jego zapach. Na zawsze złączony z bólem. Przeraźliwy.
Mówimy niewiele. Przygotowania czynimy uważnie. Metal dźwięczy - dzwonki narzędzi. W spirytusowym oparze stajemy się powoli kimś innym. Biało, wciąż bardziej biało. Pod stygnącym ciałem, zimna i nieprzyjazna warstewka sterylnej bieli. – Chodź – mówi – połóż się i leż w ciszy. I tak nic nie słyszę, nie mogę słyszeć, gdy to robię. Tak jest lepiej.
Zimna powierzchnia wgryza się we mnie i zasysa. Jest coraz mniej mnie, coraz mniej. Tylko oddech, wyrusza na poszukiwanie. Jest spokojny. Jest mistrzem. Niczego ode mnie nie chce. Daje mi odrobinę ciszy. – To - Wszystko – mówi i podaje mi ziarno.
W ciele robią się dziury. Przecieka przez nie cień i spływa na podłogę. Zatykam ziarnem dziury. Spomiędzy tkanek wyrastają drzewa. Ból daje im życie, ból jak sok z mojego ciała.
Kiedy rosną drzewa, ból staje się nie do wytrzymania. Potężne pnie zanurzone palcami w mojej skórze. Ręka trzyma rękę, jakby chciała ją wesprzeć, jakby chciała być z nią w tej chwili. Nic z tego. To tylko gałąź, jest martwa i zdrętwiała. Wyciągam ją przed siebie. Z bieli wytryskuje noc.
Pod zamkniętymi powiekami już mnie nie znajdziesz. Wędruję wiedziona za rękę. To on, to oddech. Prowadzi mnie w głąb. Ciemność jest twarda i zimna. Chłód jest chłodem odarcia. Tak niewiele mnie zostało. Roztapiam się i przeciekam przez siebie samą, jak potoki spod korzeni, wypływam i rozlewam się. Pokój przypomina akwarium. Kot sennie dryfuje wypuszczając bąbelki miałknięć. Dwa psy, czarny i biały, szczekają niemo. Coraz mnie mniej, a zarazem dopiero przecież staję się. Powoli ciało zwiera się, zagęszcza i zaczyna przypominać ciemność. Nieprzeniknione.
Potoki ustają.
Jestem tylko ja i on. Trzyma mnie za gałęzie i prowadzi dalej.
Polana jest miejscem, które znałam kiedyś.
Polana jest miejscem, które było przede mną.
Polana jest miejscem, które znałam, zanim tu przyszłam. Tu może mnie zostawić. Teraz zacznę się od nowa.
Uczę się mówić. Wydaję z siebie jęki. Jęk jest pierwszym językiem. Zaraz po nim powinien nadejść krzyk. Czekam w ciszy. To ona połyka krzyk.
Zapominamy. Każda chwila jest innym zaistnieniem. Każda chwila, to nowe narodziny. Uczę się mówić. Ona mnie rozumie. Jej delikatne palce wyłuskują spomiędzy ciała, kawałki drewna. Uwalniają od bólu. Zamykają, sklepiają. Jest dobra. O twarzy bladej jak księżyc. Oczy ma skierowane w sam środek. Chwyta ostatnią gałąź i prowadzi mnie dalej. To wszystko trwa. We mnie i na zewnątrz. To się od-bywa, to jest.
W bloku naprzeciwko pani w kuchennym fartuchu odsłania firankę i patrzy na drogę, którą nikt nie nadchodzi. Pani zanurzona w formalinie. Tkanki wypluwają ciemność.

wtorek, 7 lutego 2012

poruszenie

Gdy tylko gaśnie księżyc, otwieram oczy. Świt jeszcze nie wstał, śpi wciąż jeszcze kołysany na rękach nocy. Szukam sobie miejsca, ale łóżko odpycha mnie, nie chce. Za oknem dzień powoli podnosi powieki. Dom milczy i miarowo oddycha. Za dużo mam myśli, ciasno się robi, tłoczą się i piętrzą, jakby się chciały ze mnie wydostać zatrzaśniętym włazem. Otwieram usta. Cisza ulatuje ze mnie, nocna, senna, nieprzytomna.
W kuchni milczenie dzwoni w talerzach, wszystko trwa na stanowiskach gotowe i napięte. Za oknem materializują się góry, noc zsuwa z nich powoli zasłonę, uwalnia przestrzeń od nieistnienia. Odpuszcza.
Siedzę nad kawą i myślę o wyjeździe. Ruch jest jak oddech. Wyobrażam to sobie, tak, poranek taki jak ten, świt ledwie żywy, zimny samochód i droga, jak jedyna możliwość. Tak, trzeba wyruszyć, ruszyć tę martwotę co zapiekła się wewnątrz, która paraliżuje, krok po kroku odbiera siły. Trzeba złamać kłódki, wyłamać drzwi.

Poruszenie. Szczelina w umarłym
czy widziałeś
kropla rosy zsuwa się po liściu
to ja
i mój taniec
między powierzchnią liścia
a promieniem słońca
lustro wszystkiego
i niczego zarazem
przemiana ciszy
w słowo ziemi
czy słyszysz?

Jeszcze dwa dni. Samochód jest gotowy, tylko czeka. Trzeba będzie się zmierzyć z miastem. Tym samym. Z miejscami, ze śladami, z pamięcią. Który to już raz? Jak tylko będzie chwila, pójdę tam, gdzie wtedy, wędrując schodek po schodku, odliczałam minuty nieskończoności, ode mnie do ciebie, od ciebie do mnie, nieskończoności, której nie udało się pokonać. Będę wspinać i krok po kroku medytować to niespełnienie.

sobota, 4 lutego 2012

poszukiwania

Śnieg mnie przysypał i śpię. Biały puch i nieświadomość, mróz i sen. Sowa uleciała z drzewa. Patrzyłam za nią jak ciężko opada w las. Gronostaj podchodzi pod dom. Mróz się wzmaga. Lada chwila wszyscy znieruchomiejemy.
Patrzę za okno i nie czuję już wyraźniej granicy między domem, a tym, co poza. Biały, senny krajobraz wzywa mnie do siebie i chce, żebym wierzyła, że od dawna na mnie czeka, że mnie zaprasza w swoje gościnne objęcia, że za mną tęskni i nie może doczekać się chwili, kiedy spotkamy się, blisko, jak najbliżej przytuleni i oddani. W rzeczywistości – wiem dobrze - mróz wchłonie mnie, zagarnie, posiądzie. A potem wiatr zawieje drogę białym puchem i nie będzie powrotu. Znikną ścieżki, dukty, nie pozostanie żaden ślad po tym, co było. Wtedy będę w domu.

Mam białe jak śnieg, koronkowe zasłonki, a przecież nie mam okien,
gładzę batystową pościel, a przecież nie mam łóżka,
obrazy i lustra, szafki i fotele pozbawione swojego miejsca na podłogach i ścianach
zamieniają się w eksponaty wyzute z sensu
smutne i piękne.

Wyruszam codziennie. Zakładam kurtkę, czapkę, dwie pary spodni, bo wiatr i mróz i wyruszam. Biel dotyka mnie, maca chłodnymi palcami, sprawdza. Szukam w niej szczeliny, w której mogłabym pozostać, zadomowić się i odpocząć. Stado koni nawołuje się na zaśnieżonej łące. Bezdomne i zdane na mróz, a jednak pewne i bezpieczne. Chwilę wędrujemy ramię w ramię. Ich mocne ciała radzą sobie z tym lepiej. Kiedy biegną, z napiętych mięśni lecą iskry. A ja tymczasem snuję się jak cień. Z trudem pokonuję zaspy. Powłóczę nogami bezsilna wobec podmuchu wiatru. Chciałabym zasnąć tu, teraz. Chciałabym wiedzieć, jakie sny śni się na wybielonej śniegiem łące pod martwym drzewem.
Koło sterty siana myszy pryskają spod nóg. Wygrzane małe ciałka, blisko, coraz bliżej, drobne nóżki i zmarznięte ogony. Życie koncentruje się w punktach wydartych zimie, w miniaturowych fortyfikacjach ciał, w umocnieniach z piór i skór, w ostrokołach śmieci i bunkrach z siana. Poza tym zima nie daje nadziei. Przypuszcza kolejne ataki. Można stracić wszystko, wystarczy wyjść za próg. A jednak to robię. Jako cień, ledwie zagęszczony w chłodnym powietrzu, niewidoczna mijam te batalie i idę dalej. W swoją stronę. Wciąż sprawdzam. Szukam. To musi być gdzieś tutaj.

Koronkowe, białe jak śnieg zasłonki odnajdą okno
gładka tkanina pościeli trafi na łóżko,
podobnie stół, fotele i ja sama opadniemy na ziemię jak poderwane wiatrem drobiny
Znajdziemy miejsce. Trafimy.
Jeszcze chwila.