wtorek, 29 listopada 2011

dom

Lada moment kolejny miesiąc diabli wezmą. Jesień nasyca się i umiera dając miejsce zimie. Księżyc jak rogal. Prędzej czy później będzie pełnia. Wszystko tu pulsuje i żyje. Rozwija się, rozrasta, a potem chyli i umiera, aby odradzać się i po tym kręgu osiągać swoją upragnioną nieskończoność A ja? Podziewam się, gdzieś między tym wszystkim i staram się tylko nie zajmować zbyt dużo miejsca. Podgarniam pod siebie poły kurtki i podciągam kolana pod brodę. Tyle wystarczy.
Moja nieskończoność jest punktowa. Zagęszczona, skondensowana. I jednocześnie jakby pusta w środku. Przypomina studnię. Na dole lśni srebrne lusterko. Widzę siebie odwróconą i inną. Zdziwioną na swój widok i trochę nieobecną. Pytania: kim jestem czy dokąd zmierzam, są nie na miejscu. Donikąd idę – to jasne. Po prostu jestem. Tu, teraz i już. Roztopiona na dnie chłodnej studni faluję lekko jak chusta. Rtęciowa twarz marszczy się i wykrzywia. Nie wiadomo, czy to uśmiech, czy smutek. A może w tych lśniących zmarszczkach mieszają się grymasy, uczucia i stany ducha. Wszystko to nareszcie staje się jednym. A potem woda i twarz w niej utopiona uspokaja się, wycisza. Zmiana jest efektem podmuchu wiatru i jego uderzeń w doskonale spójną powierzchnię. Jest chwilą dającą pozory trwania.
Wieczność wydrążona w ziemi.
Wiatr. Wieje i bije w okna, dobija się do nas, jakby po nas przyszedł. Ogień na kominku wygasł, a dom śpi. Patrzę przez czarne okna w nic. Znowu świat dał się nabrać łakomej nocy. Rano pojawi się wypluty z jej gardła.
Myślę o domu, który został tam, obcym i zimnym, domu, którego czasem nawet nie potrafię sobie przypomnieć.
Między świat,
między czas,
między dom.
Myślę też o domu, który czeka tu na mnie piękny i smutny. W drzwiach zamek wykuty ręcznie długimi palcami trzyma się ściany. Klucz jest potężny i ciężki, jak odważnik. Kowal wykuł mu dwoje oczu.
A było to sto lat temu, w innym świecie.
Czy w tamtym świecie klucze miały oczy?
W izbie stropowa belka z rzeźbionym warkoczem. I krzyż. Dom stoi już sześć lat pusty i umiera. Przyczajony, przy drodze, tam, gdzie te sześć lat temu zastała go samotność, jak ciężka choroba, jak paraliż. A teraz nic już nie może zrobić, nic poradzić. Woda cieknie mu po twarzy i drąży niebezpieczne przetoki w drewnianych kościach. Mimo wszystko dom wciąż jeszcze pamięta. Narodziny i śmierć, na starym łóżku z ramą, pierwsze kroki, płacze i chwile uniesień. Można usiąść i słuchać tych opowieści przez wiele lat. W kredensie trzęsą się kieliszki. Ze ściany, znad makatki z jelonkiem, patrzy tęsknym wzrokiem oleodrukowy Jezus i rozgarnia pewną dłonią dojrzałe kłosy. Uczniowie, wloką się z tyłu jak szkolna wycieczka. Jego oczy niespokojnie patrzą w przestrzeń pokoju. A więc to tak będzie wyglądało wasze życie za te ileś tam lat?
Jesteśmy jak dwoje ludzi. Patrzę na niego z utęsknieniem. Wiem, że i on potrzebuje mnie i czeka spotkania. A jednak tyle spraw nas dzieli, prostych, banalnych, bzdurnych. Będziemy starzeć się z dala od siebie, wypatrywać minionego czasu, wracać pamięcią i żywić resztki nadziei, że nigdy nie jest za późno na prawdziwe spotkanie. Woda w studni, to dobry znak. Wszystko jest nadal możliwe.

poniedziałek, 28 listopada 2011

książka

A ta książka tak leży na półce i łypie na mnie jednym okiem. Przechodzę i czuję na sobie jej... no właśnie, tylko co, bo przecież nie wzrok. Widzę może tę czerwień okładki skierowaną w moją stronę niczym policzek, albo wyrzut sumienia. Wygląda co najmniej jak elegancka bielizna, majtki jakieś super seks, a nie literatura i to ta całkiem poważna. Zresztą, chyba nie powinnam nic mówić, jeszcze nie czytałam. Czerwono-czarna okładka prowokuje mnie co wieczór. Idę do łóżka i widzę jak leży bezczynnie, rozkłada swoje papierowe ciało i przypomina. Nic tylko przypomina. Ech, kochana książko, o okładce, jak piękne majtki super seks, trudno, jeśli jeszcze tego nie wiesz, wiedz, stało się, twoje przypominanie niczego nie zmieni. A ja, mając te swoje ileś tam lat, naprawdę żyję dalej. I nic mi po tamtym, po minionym, po przeszłym. Tylko tyle może, że mi się smutno robi, jak na ciebie patrzę, bo co mi też po seks majtkach, w tej sytuacji. No nic. Trudno.
Badam granicę pamięci. Sprawdzam, jak długo to może trwać. Wyrywam to z siebie, a potem nocą, gdzieś koło 3 albo 4 wiem, że nie wyrwałam do końca. Jak bardzo gorzkie mogą być łzy. Łzy kobiety starej i głupiej. Nocą, pośrodku pustego bycia, w moim nigdzie. - Jakie lubisz kolczyki? - pytałeś – A sukienki? Perfumy?
Ech, nie warto wchodzić na takie tony. Nauczona czasem, powinnam jednak zachowywać zdrowy dystans do tych wszystkich imponderabiliów, co w zasadzie dawno przestały być moje, tylko się na nie znów nabrałam, znów mi się przywidziało coś, że jest inaczej, że może czas jest inny, ja jestem inna. A przecież nie jestem. Choć dałam się rozjechać nie jednemu czołgowi, to wstaję i idę dalej i staram się zapomnieć.
A ty? Czemu tak na mnie patrzysz, lekturo mroczna i ponętna. W końcu się doigrasz i wezmę cię do siebie. Przygarnę, wciągnę do łóżka, zakopię pod poduszką. Przyduszę sobą na całą noc, aż będziesz jęczeć o zapomnienie. Nie, jak zacznę, to już koniec. Do upadłego. Do końca. A więc milcz, i tę twoją delikatną, aksamitną skórę zachowaj dla siebie i tę bieliznę seksi, co ci ją ktoś założył na okładkę własnym chorym pomysłem i tęsknotą niespełnioną.
Czytać czy nie? W zasadzie chętnie, ale ten prostokątny przedmiot nie jest tylko sobą, ani jedynie książką, ani tylko czytadłem, nie wiem czym jeszcze. W każdym razie, nie tylko tym. Było popołudnie, październik. Szliśmy główną ulicą, co łukiem zakręca obejmując miasto. – Lubię tę drogę – powiedziałam. Wiatr wiał zapowiadając prawdziwą ofensywę jesieni. Księgarnia była po drodze. Zatrzymałam Cię i wskazałam na nią – taką chcę – zupełnie jakby chodziło o jakieś intymności. I to był ostatni dzień z tej historii, której nie rozumiem do dziś, po której została mi jedynie ta książka. Jako znak zrozumienia w niezrozumieniu i wysłuchania w niewysłuchaniu. Amen.  

niedziela, 27 listopada 2011

Adwent

Śnieg dziś oprószył wszystko delikatnym zapomnieniem. Ucichło w dolinie. Szczyty zatonęły w mgłach i chmurach wiszących nisko nad ziemią. Konie na pastwisku zrobiły się srebrne od szadzi. Patrzę dziś na to zza okna, otoczona ciepłym kokonem domu, z bezpiecznej odległości. Myślę o wszystkich miejscach, które znam, które lubię. Jak bardzo się zmieniły odkąd jesień ustąpiła zimie. Białe igiełki szronu na gałęziach. Białe igiełki smutku krystalizują się na rzęsach. Na moich palcach sople tęsknoty. Zamarznięte i szkliste. W głowie mam biały puch. Puste i ciche zapominanie. Zapominanie, które nikogo już nie potrzebuje, przecina ostatnie sznurki łączące z czymś, kimś. Zamraża i uśmierca. Szklane oczy snu. Zimne usta i dłonie, które nie odpowiadają na dotyk. Dobrze, że jest koniec, że pamięć urywa się i skacze w przepaść.
Zima mnie oszukuje. Lukruje świat wokół i odwraca uwagę. Dzięki temu czuję się lżej, jestem wolna i spokojna. Mogę patrzeć przez okno i widzieć tylko to, co jest. Zachwycać się zauroczona dziewiczym krajobrazem. To, co było, śpi spokojnie, zagrzebane w zmarzniętej ziemi.
Adwent. Oczekiwanie na koniec świata. Siedzę i wypatruję. Wioska w dolinie tonie we mgle. Nie ma Dukli, nie ma Daliowej, wszystko zapadło się w biel i nicość. A więc to już. Wypatrujemy końca. Szybko zapada zmrok i za każdym razem wydaje się, że to już. Że ciemność jest tą ostateczną, sen tym prawdziwym, najgłębszym z możliwych. Za oknem noc jest gęsta jak tkanina. Okrywa nas i dławi. Czekamy. Jeszcze nie teraz, jeszcze nie dziś.  

czwartek, 24 listopada 2011

zamarzamy

Kolejny dzień. Wszystko się uspokaja. Zapadam w sen zimowy. Czasem wydaje mi się, że ja uspokojona nadchodzącą zimą śpię i śnię na jawie. Wykonując algorytmy domowych czynności drzemię. Nie ma mnie w środku. Moje ciało, jak garnitur bez właściciela, pokonuje przestrzeń i jest w tym nawet dość skuteczne, ale mnie tam nie uświadczysz. Śpię.
Co rano wyprowadzam siebie na spacer. Tak dla higieny. Bo w zasadzie mogłabym zakopać się w domu i wyjść na wiosnę. Ale trzeba. Lekarz radzi. Krótki bieg nad strumień i powrót z językiem na brodzie, pod stromą górę. A potem mogę już zacząć pracę, walczyć z przeciwnościami i kontynuować miły letarg codzienności. A nocą przychodzą sny. Wiele się w nich dzieje. Może im mniej tu, w świecie A, tym więcej tam, w tym B, niedocenianym i pogardzanym? Dziś w nocy mistrz fechtunku uczył mnie władania białą bronią. Jaki z tego wniosek? Człowiek uczy się całe życie? Całe życie, czyli nie tylko na jawie? W snach jest też czas i miejsce na miłość. Taką jaka powinna być, a często nawet bardziej. Spotykam właściwych ludzi, we właściwym czasie i miejscu i wszystko następuje wedle naturalnego porządku. Sen to realistyczna bajka, dobranocka, którą oglądam co noc, która mi rekompensuje niedostatki dnia. Wstaję rano szczęśliwa i spełniona. Wyprowadzam siebie na spacer i żyję dalej. Kto by pomyślał?
A dziś, gdy mój cudowny budzik, mój telefonik, zagrał dla mnie francuskiego scottisha, żeby mnie pocieszyć, że choć trzeba wstawać, to może nie będzie tak źle, pomyślałam o starości. Od jakiegoś czasu hoduję swoje siwe włosy w laboratorium mojej głowy i analizuję zmiany. Stosuję naturalne oleje na skórę na czole, między brwiami i przyglądam się, jak reaguje moja pierwsza prawdziwa zmarszczka. Tak, to trzeba ogłosić światu zanim ktoś ogłosi to za mnie. Stało się. I przyszło niezauważalnie. Starość – tak to się chyba nazywa, choć jeszcze nie ta pełnoobjawowa, tylko taka subtelna towarzyszka raczej, ale jednak. Jest. Rozmawiamy. Wynika z tego, że już sobie nie pójdzie, że to, co było może się rozgrywać jedynie we śnie, bo teraz na jawie będzie już inaczej. Przyszła wraz z jesienią. Matka mówi – wyglądasz jak dziewczyna, nawet z tymi włosami, – a ja myślę, że to jest zaklinanie rzeczywistości mojej, jej, każdej. Chciałabym, ona by chciała, wiadomo. A jednak jest inaczej. Im bardziej to czuję, tym więcej chciałabym jeszcze wyzyskać z tego, co jest. Tańczyć, występować, zrobić jakiś niesamowicie odkrywczy performance jakiego ludzka wyobraźnia dotąd nie wykombinowała. Tak jakby mi wszystko uciekało z rąk. Razem z czasem. Śliskie i zwinne. A ja stoję, jak sierota i próbuję desperacko łapać te wszystkie drobiazgi, zatrzymać dla siebie. Tak, subtelna towarzyszka już tu jest. Rozmawiamy i wiem już, że ten performance się odbędzie. Inny niż myślałam, ale spektakularny i poruszający. Jeśli tylko ktoś będzie chciał patrzeć, jeśli będzie miał ochotę uczestniczyć. Ale to jeszcze przede mną.
Na razie jest jesień. Mróz utrwala wszystko w kadrze. Unieruchamia i uszlachetnia. Gnicie jest mniej zgniłe, a wilgoć rozkładu lśni jak lustro. Wszystko, co miało umrzeć, już umarło, teraz następuje przemiana, mineralizacja. Wychylam się przez okno i widzę, jak beztrosko lisy hulają po łące, gronostaj zamiata ogonem taras pod domem. Nas już tu dawno nie ma. Nie zorientowaliśmy się nawet, a tymczasem śnieg przysypał nam twarze, a mróz utrwalił gesty. Rozmarzniemy wiosną, jako pokarm dla ziemi i nasza wędrówka nareszcie okaże się potrzebna.  

niedziela, 20 listopada 2011

poranny spacer


Budzi mnie rwetest za oknem. Na topoli pod blokiem usiadły zimowe ptaki. Toczą ptasie spory. Ojciec wychodzi z psem. Szósta trzydzieści. Za moment wstanie słońce.
I tak tu jest codziennie. Już o szóstej pies czuwa przy jego łóżku. Co chwilę trąca go wilgotnym nosem. Ojciec wstaje, jak zawsze, jakby był nakręcony, nastawiony na szóstą.  Jest jesień. Przez okna zagląda ciemność. Ubiera się w równym rytmie, a potem wychodzi. Robi rundę wokół bloku, a potem pętlą otacza parking i boisko. I tyle. Kiedy mija blok naprzeciwko niebo pęka przy podstawie. Zza horyzontu powoli ulatnia się jasność i nasącza sobą niebo. Kiedy wraca do domu jest już dzień. Wciąż jeszcze blady i niepewny. Leżę w łóżku i nasłuchuję. Staram się iść za nim. Towarzyszyć tej obowiązkowej wędrówce na granicy nocy i dnia. Wydaje się, że bez tych pętli, rytualnych obejść dookoła, kolejny dzień nie mógłby się wydarzyć.
A przecież wszystko to jest tak doskonale nie ważne Pójdziesz, nie pójdziesz. Zrobisz, nie zrobisz, słońce i tak wzejdzie, a ziemia będzie obracać się w swoim rytmie. W tym sensie każdy z nas jest całkowicie zbędny. Podobnie jak jesteśmy zbędni bogu. Po nic. Po prostu przyszło mu do głowy, któregoś tam dnia stworzenia, by ulepić nas z błota, co pozostało po tym, jak oddzielił wody od lądu. Powstaliśmy od tak, jak powstaje w rękach dziecka ludzik z plasteliny.
Któregoś dnia ojciec jak zawsze wyjdzie przed wschodem słońca. Pies wyrwie się do przodu, by osiągnąć wymarzony trawnik. Pójdą swoją drogą. Nawet nie zauważą, że tuż przed nimi, na wysokości mijanego bloku, albo tam, gdzie rosną stare jabłonie, otworzy się szczelina. Wejdą przez nią i odtąd ich spacer będzie toczył się wiecznie. Tego dnia nie wrócą do domu. Przez czas jakiś, nasze uczucia przypominać będą garnek pełen bulgocącego wrzątku. A potem wszystko wystygnie, ustoi się, bo nikt z nas nie ma tu szczególnego znaczenia. Nikt nie jest kluczowy, do czegokolwiek komukolwiek potrzebny.
To samo jest ze mną i z tobą. Któregoś dnia przed nami też otworzy się szczelina i wchłonie nas bezpowrotnie a potem mlaśnie tylko i już. I tyle.

czwartek, 17 listopada 2011

magiczne lustro

Jutro o poranku wstanę i ruszę w drogę. Świat będzie biały i delikatny jak śpiące niemowlę. Będzie się do mnie tulił chłodnymi rączkami i szukał piersi. Spróbuje mnie zatrzymać. Zapnę kurtkę pod brodą i wciągnę na uszy czapkę, a potem jakoś odpalę zamarzniętego diesla i wyruszę. Zostawię za sobą dom i dolinę wybieloną szadzią. Zostawię to dziecko, co się urodziło ze mnie. Pogrobowiec lata. Samotne i niechciane.
A przede mną znów otworzy się pamięć. Rozwinie się, jak dywan, droga i wskaże na wszystko to, co pozostawiłam kiedyś za sobą i z czym znów przyjdzie mi się skonfrontować. Nie ma rady.
Okrutna pamięć. Wciska się, jak porost, między szczeliny przestrzeni. Zostaje w niej i rozsadza od środka. Każda mijana wioska, każde miasteczko, drzewo przy drodze, wszystko przypomni mi, że wtedy było inaczej. Tak niewiele minęło czasu. Wszystko jest nadal świeże, jak grób.
I cóż? Pojadę, wrócę, przeżyję. A potem może i umrę. Reszta świata odwróci się obojętnie i odejdzie w swoją stronę.

Była sobie królewna, która na osiemnaste urodziny dostała kryształowe zwierciadło. – Możesz spojrzeć w nie tylko raz – powiedziała matka chrzestna wręczając prezent – tylko raz, pamiętaj.
Kiedy goście wyszli, dziewczyna zamknęła się w swojej komnacie i odsłoniła woal otaczający lustro. Na jego tafli coś zamigotało, a po chwili ukazała się w nim postać księcia. Jakiż był piękny. Piękniejszy niż najpiękniejsi ludzie, jakich królewna dotychczas widziała. Skórę miał gładką, jasne włosy opadały mu na ramiona. W ciemnych oczach migotały promienie słońca. Królewna przyglądała się księciu z lubością. Nie mogła oderwać od niego oczu. Patrząc wciąż jeszcze, już tęskniła za nim i przeczuwała jakim cierpieniem będzie każda chwila bez niego. I wtedy nagle ze zwierciadła odezwał się głos – odtąd należysz do niego; będziesz szukać go aż znajdziesz, albo umrzesz z rozpaczy.
- O tak – pomyślała dziewczyna – niczego innego nie pragnę, jak wyruszyć, choćby teraz, by go odnaleźć. Niewiele też myśląc zebrała potrzebne rzeczy w mały tobołek, spakowała też magiczne zwierciadło, porzuciła zamek, w którym niczego jej nie brakowało i wyruszyła w drogę. Wędrowała przez górzyste krainy, przez miasta i wsie. Wszędzie rozpytywała o księcia, ale nigdzie go nie było. Zmęczona wędrówką, odpoczywała w cieniu drzew pomarańczowych i u źródeł tam, gdzie płynęła kryształowa woda. Któregoś dnia, gdy zmęczona drogą i upałem siedziała pod rozłożystym drzewem, przypomniała sobie o magicznym zwierciadle. Może, gdyby spojrzała w nie raz jeszcze, znów mogłaby zobaczyć swego ukochanego? Choćby z daleka. Choćby na chwilę. Tęsknota nie dawała jej spokoju. Była gotowa umrzeć, byle tylko móc znowu spojrzeć ukochanemu w twarz. Pamiętała, co mówiła matka chrzestna. Mimo wszystko odsłoniła zwierciadło – niech się dzieje co chce – pomyślała. I wtem na srebrnej powierzchni zamigotał niezwykły widok. To było miasto o wysokich murach i mocnych potężnych basztach. Wewnątrz rosły smukłe domy o wesołych oknach. Ulicami spacerowali uśmiechnięci ludzie. – Co to za cudne miejsce – pomyślała królewna nie mogąc oderwać wzroku od wspaniałego miejsca. A wtedy lustro odezwało się – Teraz należysz do tego miasta. Odnajdziesz je wędrując po świecie, inaczej zginiesz.
– O tak, już od dziś, od teraz, będę poszukiwała tego cudnego miejsca. Na pewno gdzieś je odnajdę.-- pomyślała i natychmiast zerwała się z ziemi, by ruszyć w drogę, ale wtedy w jej sercu coś załkało i królewna usłyszała głos dochodzący z jego wnętrza – och, królewno. Ja umieram z tęsknoty za księciem. Idź, szukaj go, inaczej pęknę z rozpaczy.
Królewna zatrzymała się i poczuła potężną falę tęsknej miłości do mężczyzny, którego poprzednio zobaczyła na powierzchni lustra. – Ojej, kochany, jak mogłam o tobie zapomnieć – powiedziała w duchu – tak, idę do ciebie, czekaj na mnie tam, na końcu świata, gdziekolwiek jesteś!
Ale wtedy serce znów zapłakało – o niegodziwa, miasto przepadnie jeśli go nie odnajdziesz a ja przepadnę razem z nim, pęknę z rozpaczy. Tęsknię do tego miejsca, gdzie ludzie są szczęśliwi, gdzie za wysokimi murami strzelają w niebo wysokie domy.
Królewna przeraziła się. Za każdym razem, gdy próbowała iść w jakimś kierunku, serce płakało rzewnie, a tęsknota odbierała jej siły. Stała tak, szarpiąc się to w tę, to w tamtą stronę. Tęskniąc i roniąc łzy i za pięknym miastem i za księciem, królewna wyciągnęła po raz trzeci magiczne zwierciadło. Odsłoniła tkaninę i wtedy w lustrze
zobaczyła siebie.

środa, 16 listopada 2011

moja litania

Na brzegu zimy siadam z twarzą w oknie i wypatruję końca. A przy tym końcu widzę same początki. Wszystko kiedyś było pierwsze, nowe i świeże, jak ten śnieg, co dziś spadł na krawędzi nocy. Siedzę tak i patrząc na tę dziewiczą biel, układam sobie w głowie katalog rzeczy pierwszych tych, co były na początku, tych, za którymi przyszły kolejne, już nie tak ważne, nie przełomowe, zwykłe, mniej lub bardziej codzienne. Słucham sobie w duchu tej wyliczanki, co mi się sama zaczyna mówić, jak jakaś litania. Modlitwa nie tylko do przedmiotów i sytuacji, ale to jest modlitwa do mojej młodości. Tak, do odchodzącej i już nie tak śnieżnobiałej, a raczej przypominającej zgniłe przedwiośnie, kiedy spod bieli wyrastają parchy brudu. W tym przedwiośniu życiem tkwiąc, modlę się do tego, co minione bezpowrotnie. Minione, albo może i nie? Może obecne nadal, ale inaczej, już nie tak realnie, choć przecież naprawdę. Im jestem starsza tym częściej emigruję do krainy pamięci i tam kontynuuję mój żywot prawdziwy, ten nieśmiertelny, upleciony z samych najlepszych chwil, z ludzi i ze mnie samej, tej świeżej i najlepszej z możliwych. A więc zaczyna się to tak:
Mój pierwszy papieros. Skręcony z liści tytoniu suszonych w słońcu.
Pierwszy dezodorant nazywa się tobacco, czy jakoś tak. Są lata osiemdziesiąte. Atomizer pluje wilgotną substancją. Zapach prawdziwego mężczyzny. A ja mam dziesięć lat i tak właśnie się czuję. Chcę być taka jak tata.
Moja pierwsza samotna podróż autobusem linii 136. Kierunek – nowa szkoła. Nowy, lepszy koniec świata.
Pierwszy pocałunek. Taki prawdziwy. On – Piotrek, zwany przez kolegów z podwórka Świrem. Klatka schodowa, gdzieś między 3 a 4 piętrem. Mocne ręce i chłodny, wilgotny język. - No co, nic się nie dzieje – mówi, gdy go odpycham.
Pierwsza praca. Sprzątam u pewnej kobiety. Jest po czterdziestce. Właściwie samotna, ale to zależy od dnia. Czasem jest z mężczyzną. Wtedy sprzątam tylko duży pokój i dostaję kilka złotych dodatkowo.
Pierwsza śmierć. Ostatnie sprzątanie u obcej kobiety. Wychodzę późno i czekam na opustoszałym przystanku. Naprzeciwko mnie theatrum mortis. Tramwaj kroi faceta na kawałki. Już wiedziałam, że do niej nie wrócę.
Moje pierwsze wino, piszę do Ciebie list, pożegnalny. Mamy sobie sporo do powiedzenia, po tylu latach. Pamiętasz tamtą noc, w starej kopalni piasku? Nad nami pochylał się las. A w szczelinie, którą tworzył widać było niebo, jak rozkołysane morze gwiazd. Chciałam patrzeć w niebo. Lubię gwiazdy. Sierpień nad głową. Najpiękniejszy jest nocą. Podniosłam głowę i wtedy ty powaliłeś mnie na plecy i przycisnąłeś do ziemi. Szalałeś we mnie jak potem nikt.

Czasem wydaje mi się, że można by tak wyliczać w nieskończoność. Bez względu na chronologię wydarzeń, odkrywać wciąż kolejne pierwsze chwile i zdarzenia. Ale to złudzenie. Pewnego dnia łańcuszek przerwie się, skończy się raptem moja litania i wtedy zostanie mi jeszcze tylko ta chwila, którą zapnę wszystko jak agrafką. I to będzie najprawdziwszy, pierwszy i ostatni koniec, bielutki, jak pierwszy śnieg.

(fragment)