Najokrutniejszy miesiąc to kwiecień. Czyli teraz jest dobrze. Niczego mi nie trzeba. Skóra jest napięta, wciąż jeszcze moja. Smaruję ją olejem makadamia. Zatrzymuje czas. A potem idziemy na spacer. Teraz jesteśmy dla siebie najważniejsze.
Im bardziej dbam o Skórę, tym rzadziej sięgam po Eliota. Wyczuwam, że chodzi tu o prawdę. O dostęp do prawdy, o dosięganie do niej, potrzebę, możliwość, sama nie wiem. Kiedyś byliśmy nierozłączni. Nawet kiedy zdawało mi się, że uciekłam z domu, był ze mną. Leżał w plecaku spakowany zamiast majtek. Wtedy potrzebowałam tylko jego, dżinsów i wyciągniętego swetra. Wtedy nie znałam jeszcze Skóry. Teraz w lustrze widzę kobietę w sukience, z kolorowym magazynem w dłoni. Widzę Skórę.
Stała mi się najbliższa. Zdradziłam. A może to zwykła litość. Czas skóry jest skończony, krótki. Eliot pozostanie, niezmienny, jak kawałek skały. O nią muszę się troszczyć. Jest moją matką i córką. Karmię ją, podtrzymuję, wyprowadzam na krzepiące spacery i wciąż zastanawiam się, co jeszcze mogę zrobić. Czas zostawia na niej ślady.
Eliot stoi obok. Nieco z tyłu. Czeka. Za nami wiele lat. Widział jak dojrzewam, jak zmieniam się, jak staję mu się bliższa. Na jego oczach. Kiedyś pokazywał mi świat. – To jest To drzewo – mówił. -- To jest Ten dom.
Akcentował zaimki wskazujące, jakby celował wskazującym palcem w rzeczy i ludzi. Wszystko miało inny smak, gdy był blisko.
Jeździł ze mną na północ i południe, nad morze, w góry, i gdzieś pomiędzy. W plecaku, między konserwami i skarpetkami, albo w kieszeni pełnej chustek do nosa. Czasem zatknięty za pasek, ukryty pod swetrem, przywierał do mojego brzucha, chłodny, gładki i papierowy.
Rok dziewięćdziesiąty pierwszy lub drugi. Poznajemy się w nudnym Zakopanem. Roztopy i szare niebo. Czeka na mnie w księgarni. Na okładce jego twarz jest taka jak moja. Takie same krótkie włosy. Odtąd nie mogę go od siebie odróżnić.
A teraz powraca do mnie o świcie, na blokowisku, o którym też kiedyś opowiedział mi swoimi słowami. Tęsknię. Niebawem wiosna. I znów kwiecień wyciągnie spod ziemi korzenie drzew i umieranie rozpocznie się na nowo.
środa, 28 grudnia 2011
wtorek, 27 grudnia 2011
ostatnie chwile
Noc nabrzmiewa, w dżdżu drżą światła. Runda po mieście, jak zwykle – ostatnie spojrzenie. Każde jest ostatnie. Zmoknięte miasto. A miała być zima. W domu choinka, jak obraz z innego świata, minionego. Gdzie to było? Kiedy? Z pełnym brzuchem kontempluję ten abstrakcyjny symbol czegoś, czego nie mogę dotknąć, po co już nie sięgnę. Za daleko.
Po raz kolejny rozwijam nasze koczownicze legowisko. Śpimy pod drzewem, zasypiamy wpatrzeni w kolorowe światełka. Jeszcze tylko raz, jeszcze jutro, potem zwiniemy obozowisko i ruszymy z drogę. Który to już raz? Radom, Rzeszów, Krosno i już. Pagórki obsypane śniegiem i las, pastwisko i drobne, drewniane konstrukcje domów, takie na ludzką miarę. Tęsknię.
Robimy sobie kolację w ciasnej kuchni. Z sałaty wychodzi maleńki chrząszcz. – Harmonia axyridis – mówi mój brat. Harmonia – myślę – jak instrument, który kiedyś przytulałam czule próbując wydobyć jakieś dorzeczne tony. Jak harmonia mundi, jak harmonia caelesti. Te najbardziej potrzebne z potrzebnych. Śliczna, mała drobina czerwieni. Harmonia.
- Nie, to przecież zwykła dwukropka. – mój drugi brat od pierwszych lat życia jest specjalistą od biedronek. Wciąga ją na pokład latającego widelca i zawozi w bezpieczne miejsce za kuchenną szafką. A mi przypomina się dom w M. Ten stary, ten, w którym przyszło na świat dziecko. Dom nie piękny, ani praktyczny, ale żywy. We framugach okien, w kącikach domowych oczu wtulone w siebie, zimowały biedronki. Trzeba było uważać, żeby nie zrobić im krzywdy. Były drobne jak czerwone kropeczki. Dzieci. Ledwie wylęgnięte. Najwięcej ich spało na oknie w łazience. Może dlatego, że tam było najcieplej, może odpowiadała im wilgotność przypominająca leśne runo? Łazienkowe okno było jak obraz. Ramę pomalowałam na niebiesko i kontemplowałam tę nieskończoną doskonałość. Poprzez zaparowaną szybę ogród wyglądał jak dzieło impresjonisty. W każdej kropli wody krył się kawałek świata. Odrobina zieleni, brudny, ziemisty brąz, drzewa jak smugi światła i barwy, ulotne i nierzeczywiste. Którejś jesieni posadziłam w ogrodzie jarzębinę. Pod oknem w łazience. Krople jarzębinowej czerwieni spływały po zaparowanej szybie.
Dom. Teraz jest jak kula u nogi. Stary i niechciany. Wchodzę tam czasem, już nie do siebie, i wyczuwam resztkę naszej historii w kącie przy drzwiach tam, gdzie kiedyś postawiliśmy sosnowe łóżko. Nie ma jej już ani w kuchni, ani w pokoju dzieci. I jeszcze widok z okna próbuje mi wmówić, że nic się nie zmieniło. Kusi wiecznym trwaniem. Dom, co przypomina chorego starca.
Po raz kolejny rozwijam nasze koczownicze legowisko. Śpimy pod drzewem, zasypiamy wpatrzeni w kolorowe światełka. Jeszcze tylko raz, jeszcze jutro, potem zwiniemy obozowisko i ruszymy z drogę. Który to już raz? Radom, Rzeszów, Krosno i już. Pagórki obsypane śniegiem i las, pastwisko i drobne, drewniane konstrukcje domów, takie na ludzką miarę. Tęsknię.
Robimy sobie kolację w ciasnej kuchni. Z sałaty wychodzi maleńki chrząszcz. – Harmonia axyridis – mówi mój brat. Harmonia – myślę – jak instrument, który kiedyś przytulałam czule próbując wydobyć jakieś dorzeczne tony. Jak harmonia mundi, jak harmonia caelesti. Te najbardziej potrzebne z potrzebnych. Śliczna, mała drobina czerwieni. Harmonia.
- Nie, to przecież zwykła dwukropka. – mój drugi brat od pierwszych lat życia jest specjalistą od biedronek. Wciąga ją na pokład latającego widelca i zawozi w bezpieczne miejsce za kuchenną szafką. A mi przypomina się dom w M. Ten stary, ten, w którym przyszło na świat dziecko. Dom nie piękny, ani praktyczny, ale żywy. We framugach okien, w kącikach domowych oczu wtulone w siebie, zimowały biedronki. Trzeba było uważać, żeby nie zrobić im krzywdy. Były drobne jak czerwone kropeczki. Dzieci. Ledwie wylęgnięte. Najwięcej ich spało na oknie w łazience. Może dlatego, że tam było najcieplej, może odpowiadała im wilgotność przypominająca leśne runo? Łazienkowe okno było jak obraz. Ramę pomalowałam na niebiesko i kontemplowałam tę nieskończoną doskonałość. Poprzez zaparowaną szybę ogród wyglądał jak dzieło impresjonisty. W każdej kropli wody krył się kawałek świata. Odrobina zieleni, brudny, ziemisty brąz, drzewa jak smugi światła i barwy, ulotne i nierzeczywiste. Którejś jesieni posadziłam w ogrodzie jarzębinę. Pod oknem w łazience. Krople jarzębinowej czerwieni spływały po zaparowanej szybie.
Dom. Teraz jest jak kula u nogi. Stary i niechciany. Wchodzę tam czasem, już nie do siebie, i wyczuwam resztkę naszej historii w kącie przy drzwiach tam, gdzie kiedyś postawiliśmy sosnowe łóżko. Nie ma jej już ani w kuchni, ani w pokoju dzieci. I jeszcze widok z okna próbuje mi wmówić, że nic się nie zmieniło. Kusi wiecznym trwaniem. Dom, co przypomina chorego starca.
poniedziałek, 26 grudnia 2011
noc polarna
Dziś nie wstało słońce. Niebo pozostało ciemne i martwe. Zsiniały świat trwał w drętwym śnie. Poszłam po piwo. Drugi dzień Świąt. Czas nieubłaganie ucieka. Ulicami idąc, grząskim, rozmokniętym asfaltem, patrzę na miejsca ze śladem, cieniem minionego. Bardzo osobiście czytam te miejsca. Bloki, okna, ławeczki, uliczki. Rok po roku. Twarz po twarzy. Czas i przestrzeń łączą tu się w jedno. Są moją drogą.
Poszłam po piwo. Ostatnie chwilki z braćmi. Dzieciństwo, którego nie było. Odwracamy do góry nogami czas. Zaglądamy mu do kieszeni. Noc polarna. Poszłam po piwo. Teraz może zdarzyć się niemożliwe.
Nie chce mi się pisać życzeń, wysyłać świątecznych smsów, odkładam na kolejne święta odwiedziny. Po prostu jestem. Z piwem w ręku obejrzymy jakiś film, żeby mieć poczucie, że coś nas łączy. Żeby mieć wspólne przygody, pożyczone, wydarte bohaterom, ale także nasze. Poszłam po wodę. Jak wszyscy na Ursynowie. Do źródła. Pierwotny spacer przez nowoczesne osiedle. Pies na balkonie wyglądał już wiosny. Rok zmierzcha się i ciemnieje jak dzień. Zagęszcza się czas, kończy się, jak fusy z resztką herbaty na dnie. Gorzki. Niedługo ostatecznie pęknie nabrzmiała noc i zaleje nas nowe światło. W ogródkach pod blokiem wzejdzie wiosna. Tutaj to wszystko czuję. W zapachu rozmokłej ziemi. Tam, dokąd pojadę wciąż jeszcze trwa zima. Do marca będziemy spać pod ciepłą warstwą bieli bez pamięci i tęsknoty, pozbawieni złudzeń i pragnień. Tam. Jeśli tylko uda mi się wrócić. Droga prowadzi, gdzie chce, wiedzie w niewiadome strony. Na wszelki wypadek mam w samochodzie wszystko, co trzeba. Mogę zostać tu, albo pojechać gdzie indziej, mogę podróżować w nieskończoność i nigdy nie dotrzeć. Zabrałam ze sobą tomik Eliota i ulubione sukienki, buty do tańca i notatnik. Mam też grę dla dzieci, żeby nie nudziło im się ze mną i kilka płyt, tych ulubionych. Więcej nie trzeba. Jesteśmy w podróży i niech tak pozostanie.
W wigilię wszyscy życzyli mi domu. Zupełnie jakbym spędzała Święta w przytułku dla bezdomnych. Mając swoje ściany i podłogi, żyrandole i komody, łazienki z lśniącymi kafelkami i telewizory na pół ściany, czuliśmy wspólnotę bezdomnych. Nie, nie mam złudzeń. Dlatego w samochodzie mam wszystko, co trzeba. Na dziś, jutro, na zawsze.
Poszłam po piwo. Ostatnie chwilki z braćmi. Dzieciństwo, którego nie było. Odwracamy do góry nogami czas. Zaglądamy mu do kieszeni. Noc polarna. Poszłam po piwo. Teraz może zdarzyć się niemożliwe.
Nie chce mi się pisać życzeń, wysyłać świątecznych smsów, odkładam na kolejne święta odwiedziny. Po prostu jestem. Z piwem w ręku obejrzymy jakiś film, żeby mieć poczucie, że coś nas łączy. Żeby mieć wspólne przygody, pożyczone, wydarte bohaterom, ale także nasze. Poszłam po wodę. Jak wszyscy na Ursynowie. Do źródła. Pierwotny spacer przez nowoczesne osiedle. Pies na balkonie wyglądał już wiosny. Rok zmierzcha się i ciemnieje jak dzień. Zagęszcza się czas, kończy się, jak fusy z resztką herbaty na dnie. Gorzki. Niedługo ostatecznie pęknie nabrzmiała noc i zaleje nas nowe światło. W ogródkach pod blokiem wzejdzie wiosna. Tutaj to wszystko czuję. W zapachu rozmokłej ziemi. Tam, dokąd pojadę wciąż jeszcze trwa zima. Do marca będziemy spać pod ciepłą warstwą bieli bez pamięci i tęsknoty, pozbawieni złudzeń i pragnień. Tam. Jeśli tylko uda mi się wrócić. Droga prowadzi, gdzie chce, wiedzie w niewiadome strony. Na wszelki wypadek mam w samochodzie wszystko, co trzeba. Mogę zostać tu, albo pojechać gdzie indziej, mogę podróżować w nieskończoność i nigdy nie dotrzeć. Zabrałam ze sobą tomik Eliota i ulubione sukienki, buty do tańca i notatnik. Mam też grę dla dzieci, żeby nie nudziło im się ze mną i kilka płyt, tych ulubionych. Więcej nie trzeba. Jesteśmy w podróży i niech tak pozostanie.
W wigilię wszyscy życzyli mi domu. Zupełnie jakbym spędzała Święta w przytułku dla bezdomnych. Mając swoje ściany i podłogi, żyrandole i komody, łazienki z lśniącymi kafelkami i telewizory na pół ściany, czuliśmy wspólnotę bezdomnych. Nie, nie mam złudzeń. Dlatego w samochodzie mam wszystko, co trzeba. Na dziś, jutro, na zawsze.
niedziela, 25 grudnia 2011
święta
Znów powrót do źródeł. Obserwuję siebie w tej podróży. Badam myśli, obrazy, tęsknoty. To już nie te emocje, jak dobrze. Spokój. Normalnie jadę i już.
Za plecami zostaje wybielony krajobraz. Kusi nas do pozostania, rozsypuje drogocenne szkiełka w śniegu. Słońce wschodzi, gdy odjeżdżamy z Zawadki, a Cergowa wynurza się z mgły i wygląda jak wypięty koci grzbiet. Jest tak pięknie, że aż trudno oddychać. Jest tak jasno, świetliście, że aż bolą oczy. W powietrzu unosi się rozrzedzona radość. Wciągam ją powoli do płuc i zatrzymuję. Czuję jak przenika do krwi i zaczyna krążyć we mnie dodając nowej energii. Jedziemy. Reszta nie ma znaczenia. A piękno poczeka tu na nas z zimą. Przysiądą między Duklą a Zawadką i sformują komitet powitalny. Wrócimy za tydzień. Wszystko tu będzie takie samo.
Warszawa jest inna. Sina i wilgotna. Warszawa jest płazem żyjącym głęboko w jaskini, z dala od światła, od prawdziwego światła. Za oknem blokowisko – betonowa armia. Dobrze, że tam jest inny świat, do którego będzie można wrócić, w który można się będzie zanurzyć i zapomnieć o szarościach i gęstym powietrzu Warszawy. A tymczasem przede mną rodzinne pięć minut. Potwór połyka mnie na dobre.
Dojeżdżając mylę drogę. Zawracam i objeżdżam dom naokoło, jak nigdy dotąd. Już nie jestem stąd. I niech tak pozostanie. Byłoby dobrze zapomnieć, pomylić drogę i nigdy nie trafić. Czasem błądzenie może być ratunkiem. Jem kutię i zamieniam się w wielki trawiący brzuch. Święta – czas człowieka mięsa. Czas brzucha. Uroczystości trawienne. Popijam winem i chyba zaraz zasnę. Minuty, godziny, zegary, kalendarze nie mają tu nic do rzeczy. Jest tylko rozciągła wieczność. I zamroczenie, a w nim migoczą kolorowe lampki.
Poranek zastaje nas śpiących pod choinką. Dzieci i ja, na legowisku z koców i śpiworów. Łoże nomadów.
Wędrówka na cmentarz. Świąteczne odwiedziny. Kutia. Wiewiórki czują wiosnę. Szukają w szczelinach i jamach czegoś do zjedzenia. Niebo chmurzy się i wzbiera deszczem. Mży. Nieobecni wędrują za nami jak cienie. Opowiadamy o nich historie i wzywamy po imieniu.
Wieczór u starszej kobiety nad kawą i winem. Roztopione minione historie stają się prawdą. A moja córka, ukryta pod choinką wyciąga z paczki pomarańczowe ciastko, wpycha sobie do ust i mówi: cała cisza będzie dla ciebie.
Za plecami zostaje wybielony krajobraz. Kusi nas do pozostania, rozsypuje drogocenne szkiełka w śniegu. Słońce wschodzi, gdy odjeżdżamy z Zawadki, a Cergowa wynurza się z mgły i wygląda jak wypięty koci grzbiet. Jest tak pięknie, że aż trudno oddychać. Jest tak jasno, świetliście, że aż bolą oczy. W powietrzu unosi się rozrzedzona radość. Wciągam ją powoli do płuc i zatrzymuję. Czuję jak przenika do krwi i zaczyna krążyć we mnie dodając nowej energii. Jedziemy. Reszta nie ma znaczenia. A piękno poczeka tu na nas z zimą. Przysiądą między Duklą a Zawadką i sformują komitet powitalny. Wrócimy za tydzień. Wszystko tu będzie takie samo.
Warszawa jest inna. Sina i wilgotna. Warszawa jest płazem żyjącym głęboko w jaskini, z dala od światła, od prawdziwego światła. Za oknem blokowisko – betonowa armia. Dobrze, że tam jest inny świat, do którego będzie można wrócić, w który można się będzie zanurzyć i zapomnieć o szarościach i gęstym powietrzu Warszawy. A tymczasem przede mną rodzinne pięć minut. Potwór połyka mnie na dobre.
Dojeżdżając mylę drogę. Zawracam i objeżdżam dom naokoło, jak nigdy dotąd. Już nie jestem stąd. I niech tak pozostanie. Byłoby dobrze zapomnieć, pomylić drogę i nigdy nie trafić. Czasem błądzenie może być ratunkiem. Jem kutię i zamieniam się w wielki trawiący brzuch. Święta – czas człowieka mięsa. Czas brzucha. Uroczystości trawienne. Popijam winem i chyba zaraz zasnę. Minuty, godziny, zegary, kalendarze nie mają tu nic do rzeczy. Jest tylko rozciągła wieczność. I zamroczenie, a w nim migoczą kolorowe lampki.
Poranek zastaje nas śpiących pod choinką. Dzieci i ja, na legowisku z koców i śpiworów. Łoże nomadów.
Wędrówka na cmentarz. Świąteczne odwiedziny. Kutia. Wiewiórki czują wiosnę. Szukają w szczelinach i jamach czegoś do zjedzenia. Niebo chmurzy się i wzbiera deszczem. Mży. Nieobecni wędrują za nami jak cienie. Opowiadamy o nich historie i wzywamy po imieniu.
Wieczór u starszej kobiety nad kawą i winem. Roztopione minione historie stają się prawdą. A moja córka, ukryta pod choinką wyciąga z paczki pomarańczowe ciastko, wpycha sobie do ust i mówi: cała cisza będzie dla ciebie.
wtorek, 20 grudnia 2011
codziennie
Dzień za dniem upływa niepostrzeżenie. O poranku budzi mnie dzwonek w komórce. Kiedyś tańczyłam do tej melodii, a teraz w jej rytmie ledwie dźwigam się z łóżka. Wtórna funkcja muzyki – być dźwiękiem w komórce, sygnałem sms-a, albo budzikiem.
Zaglądam w ekran i sprawdzam datę. Widzę tę dzisiejszą, mój boże! Kolejny dzień. Poprzedni już za mną. Odhaczony. A ten następny w kolejce do odchodzenia w nic. Już teraz, już na starcie gotuje się do obumarcia.
Dni jak jętki.
A sny są jak strona z obrazkami w książce, którą kartkuję, dzień za dniem. Sny. O czym one w zasadzie są? Co chciałyby mi opowiedzieć te surrealistyczne wizje wprost z mojej głowy? Oglądam je uważnie i wiem tyle samo, co wcześniej. Nasiona we śnie wypuszczają mocne długie pędy. Nie zapomnę tego obrazu. Wierzę, że mówi o zakorzenieniu, o moim miejscu.
Kiedy mówię przy dzieciach – jak będziemy mieli swój dom – mój syn przerywa mi i mówi – ta, jasne, swój dom. Ja mam, tylko ty nie masz – i śmieje się szyderczo.
Gdzie można się podziać, kiedy nawet najbliższy wymiata cię miotłą za drzwi swojego domu?
A więc, kiedy już będę miała swój dom, pomaluję w nim ściany na czerwono, a na tym wymaluję pomarańczowe paski i nigdy już nie zabraknie mi energii. Na podłodze usypię zegar z piasku, który będzie mi doskonale posłuszny. Tak będzie, zobaczycie.
A teraz siedzę sama. Dzieci śpią. Noc powleka ciemnym nalotem dom i śnieg przed domem. Wilki podchodzą blisko. Jutro wyjeżdżam. Znów w tę samą trasę. Już po raz drugi bez nadziei i bez specjalnej chęci. Byłeś magnesem. A teraz porwie mnie jedynie lekki prąd. W rzece samochodów popłynę w stronę, gdzie kiedyś byłeś ty. Puste miejsce zajmie wiatr i śnieg, albo nic, po którym przechadzać się będą obcy ludzie. Cóż począć. Choć pamięć cofa czas i pokazuje wciąż tamtą datę, bezustannie i bezlitośnie, każe mi powracać, to przecież prawda jest inna. Wszystko wskazuje na to, że to, co było, odeszło, prawda? Tak chyba o tym pisałeś: wszystko, co było, odeszło. Nic nie zostało.
Ten kawałek mnie umarł i przecież byłam na pogrzebie, dlaczego udaję, że nie pamiętam?
Kiedy jest się młodym, miłość ma smak truskawek i lekkość szampana pitego z butelki nocą, dajmy na to, na plaży. Jakoś tak. Kiedy się kończy, od środka ściekają czerwone łzy, a potem słońce wstaje znowu i przychodzi dzień. Ma się przed sobą nieskończoność, która zaprasza wciąż dalej i dalej.
Kiedy jest się starym, miłość przypomina zaśniedziałe lustro. Myli ją człowiek z samym sobą, gubi się w tym, co realne, a co jedynie odbite. Wszystko też słabo widoczne, trudne do oceny. Mrużę oczy, ale nie wiem na pewno. Nigdy nie wiem na pewno. Kiedy wszystko mija, roztrzaskuje się o jakieś skały po drodze, zupełnie traci się rezon.
Zbite zwierciadło – siedem lat nieszczęścia.
I to jest akurat pewnik.
A siedem lat teraz, to jak czas do końca,
wyrok dożywotni.
Czas się skurczył. Kiedy rejestruję kolejną zmianę daty, mam deja vu. Zaraz, czy to się już kiedyś nie zdarzyło? Dzwoni telefon. Znajome rytmy. Idę biegać, jak co dzień.
Może wytrzeźwieję,
może doliczę się dni,
może dojdę do siebie?
Zaglądam w ekran i sprawdzam datę. Widzę tę dzisiejszą, mój boże! Kolejny dzień. Poprzedni już za mną. Odhaczony. A ten następny w kolejce do odchodzenia w nic. Już teraz, już na starcie gotuje się do obumarcia.
Dni jak jętki.
A sny są jak strona z obrazkami w książce, którą kartkuję, dzień za dniem. Sny. O czym one w zasadzie są? Co chciałyby mi opowiedzieć te surrealistyczne wizje wprost z mojej głowy? Oglądam je uważnie i wiem tyle samo, co wcześniej. Nasiona we śnie wypuszczają mocne długie pędy. Nie zapomnę tego obrazu. Wierzę, że mówi o zakorzenieniu, o moim miejscu.
Kiedy mówię przy dzieciach – jak będziemy mieli swój dom – mój syn przerywa mi i mówi – ta, jasne, swój dom. Ja mam, tylko ty nie masz – i śmieje się szyderczo.
Gdzie można się podziać, kiedy nawet najbliższy wymiata cię miotłą za drzwi swojego domu?
A więc, kiedy już będę miała swój dom, pomaluję w nim ściany na czerwono, a na tym wymaluję pomarańczowe paski i nigdy już nie zabraknie mi energii. Na podłodze usypię zegar z piasku, który będzie mi doskonale posłuszny. Tak będzie, zobaczycie.
A teraz siedzę sama. Dzieci śpią. Noc powleka ciemnym nalotem dom i śnieg przed domem. Wilki podchodzą blisko. Jutro wyjeżdżam. Znów w tę samą trasę. Już po raz drugi bez nadziei i bez specjalnej chęci. Byłeś magnesem. A teraz porwie mnie jedynie lekki prąd. W rzece samochodów popłynę w stronę, gdzie kiedyś byłeś ty. Puste miejsce zajmie wiatr i śnieg, albo nic, po którym przechadzać się będą obcy ludzie. Cóż począć. Choć pamięć cofa czas i pokazuje wciąż tamtą datę, bezustannie i bezlitośnie, każe mi powracać, to przecież prawda jest inna. Wszystko wskazuje na to, że to, co było, odeszło, prawda? Tak chyba o tym pisałeś: wszystko, co było, odeszło. Nic nie zostało.
Ten kawałek mnie umarł i przecież byłam na pogrzebie, dlaczego udaję, że nie pamiętam?
Kiedy jest się młodym, miłość ma smak truskawek i lekkość szampana pitego z butelki nocą, dajmy na to, na plaży. Jakoś tak. Kiedy się kończy, od środka ściekają czerwone łzy, a potem słońce wstaje znowu i przychodzi dzień. Ma się przed sobą nieskończoność, która zaprasza wciąż dalej i dalej.
Kiedy jest się starym, miłość przypomina zaśniedziałe lustro. Myli ją człowiek z samym sobą, gubi się w tym, co realne, a co jedynie odbite. Wszystko też słabo widoczne, trudne do oceny. Mrużę oczy, ale nie wiem na pewno. Nigdy nie wiem na pewno. Kiedy wszystko mija, roztrzaskuje się o jakieś skały po drodze, zupełnie traci się rezon.
Zbite zwierciadło – siedem lat nieszczęścia.
I to jest akurat pewnik.
A siedem lat teraz, to jak czas do końca,
wyrok dożywotni.
Czas się skurczył. Kiedy rejestruję kolejną zmianę daty, mam deja vu. Zaraz, czy to się już kiedyś nie zdarzyło? Dzwoni telefon. Znajome rytmy. Idę biegać, jak co dzień.
Może wytrzeźwieję,
może doliczę się dni,
może dojdę do siebie?
niedziela, 18 grudnia 2011
sobota, 17 grudnia 2011
przybywaj
Co pewien czas przypływasz do mnie wielką falą. Jesteś. Nawet nie wiesz, jak bardzo obecny. Chcesz, czy nie. Przypływasz i znów stajesz przy mnie, za mną, obok, czuję, że jesteś. To moja prawda. Zastanawiam się, jakie to siły sprawiają, że przybywasz tu znowu? Czy to moja wewnętrzna tęsknota? Czy to moje pragnienie? Czy tylko tyle? Czy może jest coś więcej, w tych wszystkich międzyludzkich tajemnicach, siła, która już nie jest ani mną, ani tobą, coś, co stworzyliśmy, co już jest, jak nasze dziecko. Widmowe i nie stałe, z tlącym się ledwie płomykiem życia. Dziecko, które pewnego dnia rozwieje się w powietrzu i stanie się jedynie drobnym kawałkiem przeszłości, niepozornym i nieistotnym. Bronię je przed tym. Za wszelką cenę chcę dać mu jeszcze kilka chwil prawdziwego życia. – Nie odchodź – proszę i tulę je do siebie – zostań jeszcze chwilę. Niczego więcej nie chcę.
Jak wiele już takich unieważnionych czasem kawałków przeszłości, na półkach pamięci. Stoją jak słoje, przetwory z życia. Dżemy miłosne i przyjacielskie, musy z pięknych i brzydkich obrazów, powidła z minionych zapachów, konfitury z dźwięków, co zapadły w pamięć i zostały przy mnie. Wszystko przerobione i zakonserwowane na wieki, na moje wieki. Kiedy pewnego dnia skończy się mój czas, słoje pękną, a zawartość wyleje się z nich gęstą strużką. Okażą się zaledwie garstką cienia, odrobiną czegoś o nieokreślonej konsystencji, niepotrzebnego i nieprawdziwego, co ktoś uprzątnie i wrzuci do kibla. I ponieważ wiem, że kolej rzeczy jest właśnie taka, że słoje wspomnień nie są potrzebne nikomu oprócz mnie, nie chcę, żeby nasze dziecko spoczęło w jednym z nich, jak poroniony płód. Bronię go, ochraniam i wciąż rozdmuchuję tę iskierkę tlącego się w nim życia. Niech istnieje, niech posiada swoje własne kilka chwil, czasowe jedynie, ale prawdziwe życie.
Ożywianie pamięci jest bolesne. Tak jak macierzyństwo. W zamian oddaje się kawałek siebie, ten swobodny i płynący z wiatrem pozornej wieczności. A dostaje się kamień.
Pamięć uświadamia upływ czasu i ostateczną niemożność powrotu do tego, co było. To prawda. Tego już nie ma na zawsze, na wieki wieków amen. Wszystko to dociera do mnie z całą mocą. Z całą bolesną realnością. I to jest właśnie pamięć Pamięć, co przypomina kamień i macierzyństwo. Jest na zawsze i rzadko tylko dostarcza miłych wrażeń.
Kiedy z potężną falą wspomnień przypływasz do mnie ty, umieram z bólu i cieszę się zarazem, że znowu widzę twoją jasną twarz, co przypomina słońce. Młode, ciemne oczy z tajemnicą wspólnych chwil połyskującą na dnie. Nie miej mi za złe, że przyzywam cię tak często, nie daję spokoju twoim cieniom, podążam za nimi i wabię do siebie wciąż na nowo.
Mimo wszystko wolę pamiętać, bo w pamięci i w bólu odchodzenia, w niestałości bycia, ja sama staję się bardziej prawdziwa, realna, namacalna, substancja mnie samej zagęszcza się i materializuje. Pozwól mi żyć. Karmię się przeszłością. Jestem istotą z minionego czasu, co nie zaznaje spokoju i przybywa na dziady.
Subskrybuj:
Posty (Atom)