piątek, 13 lutego 2015
MIASTO NIEPAMIĘCI
I znowu mam sny. Dziwne i niepokojące. Śnią mi się zwierzęta. Koń przywiązany grubą liną do jadącego samochodu, wleczony ulicą po asfalcie. co i raz dźwiga ciężki łeb, ale widać, że sił ma coraz mniej. A następnej nocy ptak. Zaprzyjaźniony. Skądś musieliśmy się znać z tym ptakiem. Skądś wiedzieliśmy, że się znamy. Ja i moje dzieci w pędzącym samochodzie, a ptak nad nami frunie próbując nas dogonić. Wyraźnie chciałby się tu do nas dostać, za wszelką cenę próbuje trafić w okno. Na próżno. Pikuje wprost w twardą blachę i ginie. Był jak zapomniany przez pomyłkę członek rodziny, jak ktoś, kto miał dla nas coś ważnego, o czym zapomnieliśmy, listonosz próbujący zatrzymać nas na chwilę w naszym pędzie.
A dziś w nocy pojawił się wilk. Musiałam we śnie, zdaje się, znów mieszkać na wsi, bo wyjrzałam przez małe, krzywe okienko. Stał na skraju lasu i patrzył mi prosto w oczy. - Wilk – powiedziałam – spójrz (do kogo ja to mówiłam?). Spojrzałam ponownie, ale jego już tam nie było. Był za to wiosenny, piękny dzień. Słońce migotało w liściach.
Kto to mógł być? Jakie wieści przynosił i z której strony nocy? Dużo ostatnio myślę o przeszłości, otaczam się nią, zupełnie tak, jak można otaczać się przyjaciółmi, pięknymi przedmiotami, czy muzyką. Nie pamiętam nic z tego, co mnie otacza, a jednak w jakiś sposób rozpoznaję, zatapiam się w gęstej materii minionego i sama staję się jej częścią. Czytam o przeszłości segalowskiego Miasteczka, oglądam stare fotografie, nasłuchuję i pozwalam wyobraźni działać. Cofam czas do tego rajskiego „sprzed”. Słyszę melodie, słowa, czuję zapachy, obserwuję gwar na Placu św. Michała. Małe święte skarby: domowy twaróg, mleko od krowy, jaja, każdy drobiazg pod delikatną spłachetką płótna, jak pod baldachimem. Targowisko codzienności, twarze, głosy, wszystko rozpływa się w świetle i trwa. A potem wieczność kończy się raptownie. Czasy ostateczne zaskakują jak nocny złodziej. Nikt się nie spodziewał. Na żydowskiej knajpie napis: tylko dla Aryjczyków. Czy żyją dziś potomkowie tego, który to napisał? Czy żyją nadal ci, którzy widząc napis odetchnęli z ulgą i odtąd, aż po sam kres bywali w tym miejscu w poczuciu swej niezbywalnej godności. Aż przyszedł czas, kiedy i ich rozebrano i doprowadzono do ostateczności. Został z nich tylko taki sam człowiek jak z tych leżących obok: Żydów, Cyganów.
Podobno – jak pisze Segal – każdy kamień w tym mieście polany jest krwią. Jak kamień ofiarny. Za kogo ta ofiara? Do jakiego boga? Dziś nikt już nie wie, nikt nie pamięta. Może to o tym chciały mi opowiedzieć moje sny?
Wczoraj poszłam na spacer, minęłam górkę, przekroczyłam szeroką ulicę, której nazwy nie mogę spamiętać, skręciłam w uliczkę i już byłam przy kirkucie. Smutny widok. W obłażącym śniegu, w strupach dogorywającej zimy macewy stoją na baczność w nienaturalnym porządku. A dalej pustka, zwykła bezbronna pustka zamknięta na wszelki wypadek na cztery spusty. Jakby co. Jakby ktoś chciał wstać i wyjść i opowiedzieć i przypomnieć o sobie. Dlatego wysoki płot i kłódka na bramie, a macewy tylko stoją i patrzą. Czy patrzą na wschód? Oparłam głowę o bramę. Nasłuchiwałam. Miasteczko zapomniało już skąd w nim taka rana, skąd okrągłe okna bożnicy, łamany dach synagogi. Gdzie podziały się inne domy modlitwy, gdzie błogosławiące mezuzy w futrynach, małe warsztaty, gdzie mieszkańcy niskich, skromnych domów, gdzie piątkowe świece i modlitwy? Teraz bierze ulice w swoje pewne i twarde, męskie posiadanie kościół. Głoszą je na placach i rogach ulic trzeszczące megafony. Moje Miasto,. Moje Miasto, tylko moje moje Miasto! A przy Zamkowej cicho stoi cerkiew. Naprzeciwko znów świętują Pięćdziesiątnicę. Bo przecież wszyscy tak samo oczekujemy.
Myślę ostatnio i o moich przodkach. Raczej sobie wyobrażam, niż wiem cokolwiek. Chodząc uliczkami segalowskiego Miasteczka myślę o tym, że wszystkie te miejsca były kiedyś do siebie podobne. Kościół, cerkiew, synagoga, niskie domki ze schodami na ulicę, na których przysiadali starcy i dzieci. Sanok, Lublin, Bełz, Szczebrzeszyn, a także i Grodzisk Mazowiecki, choć bez swojej cerkwii, ale z Synagogą, kirkutem, cebularzami, które do dziś pozostały jak ślad, wspomnienie, żydowska magdalenka.
W archiwum, w dziale „handel żydowski” znalazłam notkę „Skład tkanin braci Sarneckich”, a potem jeszcze reklama na teatralnych afiszu. Interes musiał kwitnąć lubelskim mecenasom kultury. W reklamie hasło: sklep urządzony artystycznie. Dziadek już przed wojną był w ZAP, podobno za okupacji handlował obrazami. Jak to się stało, że przetrwał? Jak mu było, kiedy patrzył na lubelski koniec świata, na ciemny wir, który pochłaniał po kolei uliczki, sklepiki, szyldy i schody, który porywał wraz z tym wszystkim także mieszkańców: małego, bosego smyka z pejsami zabawnie zawiniętymi za uszy i starca z brodą sięgającą piersi, o mądrych przenikliwych oczach. Pociągnął w ciemność piękne przyjaciółki ze szkolnej ławy, także tę jedyną, której dziadek nie zdążył nic powiedzieć, choć nosił się z tym od dawna. Jak mu z tym było? Został on i żona, o ironio, rodzinne ziemie mojej babci posłużyły jako gleba pod śmiertelne żniwo. Majdanek – nasze dziedzictwo. Trudno jest tak po prostu nie pamiętać.
I teraz, kiedy niepokoją mnie we śnie zwierzęta przychodzące z wieścią z drugiej strony nocy myślę, że tak właśnie boli pamięć, pamięć wypłukana czasem, dziurawa, kulawa i niepełna. Pamięć, która domaga się opowieści, ale potrafi tylko wyrażać się za pomocą nieczytelnych metafor, wysyła forpoczty, a poza tym, za dnia, milczy jak grób. Póki tu jestem, będę zaglądać na kirkut i wędrować ulicami Miasteczka próbując odsłaniać niewidzialne warstwy czasu, zaglądać pomiędzy nie i czytać, czytać minione.
poniedziałek, 26 stycznia 2015
DZIENNIK CHOROBY
Bezdomność jest jak choroba. Przez małą szczelinę wdziera się do środka, infekuje, zakaża myśli, zatruwa sny. Choroba w ciele rozrasta się. Powoli staje się tym, w kim zamieszkuje. Staje się mną.
Przyglądam się temu, siedząc na skraju zimy, w świecie, który topnieje w oczach, albo znów konwulsyjnie, na moment zamiera, zastyga w mroźnym bezruchu. Patrzę przez nie swoje okno na obcy krajobraz, który przypomina nieustannie o bezdomności. I nasłuchuję. W moim ciele choroba toruje sobie drogę. Powoli granica między mną, a nią, zaciera się. W końcu zanika w ogóle. Jestem bezdomnością. Uosobieniem braku, przestrzenią bez kierunków, nieustannym ruchem. Za oknem znów białe przykrywa czarne, tężeją oczy kałuż, język chodnika jest śliski i blady. Nie ma już między nami różnicy, nie ma granicy między mną, a nią. Od tej chwili niosę ją w sobie, jak monstrancja, oto jest, patrzcie. Tak może być i z wami, wystarczy niewiele, drobny gest, odcięcie lin, a potem statek dryfuje w nieznane. Amen.
Łapię się na tym, że wyszukuję z minionych zdarzeń zapowiedzi tego, co ma nastąpić. Z czasów udomowienia wyłuskuję znaki, które teraz dobrze rozumiem. Także i ten nieudany samobój sprzed lat, groteskowy gest dziecka, teraz widzę już inaczej, jako ślad i znamię niezadomowienia.
Gdybym wiedziała to wcześniej, gdybym widziała, czytała i rozumiała, byłabym dziś przygotowana, czekałabym gotowa, siedziałabym na swoich spakowanych walizkach od tamtego czasu, przy drzwiach, by w odpowiednim momencie ruszyć. Pozbawiona żalu i tęsknoty. To miałabym już dawno poskładane w kostkę i upchnięte na samo dno. A tak, wciąż pozostaję nowicjuszem i uczę się jak dziecko opuszczać, tracić, zostawiać. Aż mi wstyd.
Choroba krąży we krwi. Nie umiem już wrócić. Drogi zasypał śnieg. A jednak wciąż wyruszam w poszukiwaniu, by potem stracić pewność i zawrócić. Zawracając zaś, mylę drogę. Za każdym razem jestem gdzie indziej.
Co pewien czas otwieram stronę z ogłoszeniami o domach na sprzedaż. Stoją tam, jak sieroty z oczami pustymi i pozbawionymi złudzeń. Figurują na marnych fotografiach, zawstydzone swoim bezowocnym istnieniem. Czasem dzwonię i umawiam się na oglądanie. Wchodzę i nasłuchuję. Zbieram zapachy życia, które gromadzą się w kątach, rejestruję wszelkie ślady i pozostałości minionego. Szukam domów, które przypominają starych ludzi. Zmarszczony i pękający tynk, farba odłażąca ze ścian. Chylący się dach i mętne oko studni. Zapach starego życia, stęchły i wilgotny, warstwy, kolory, wzorki, minione piękno migocze na ścianach. Stare domy umierają z wdziękiem. Chciałabym im towarzyszyć tak, jak towarzyszy się ludziom. Dotykać jeszcze żywych, ciepłych belek ścian, patrzeć przez krzywe okna, próbować zrozumieć i zapamiętać krajobraz wokół. A jednak rezygnuję. - Dziękuję – mówię – zadzwonię w przyszłym tygodniu. I nie dzwonię. Dopada mnie duszne poczucie przywiązania, lęk przed przyzwyczajeniem, obawa przed miłością i więzią, z której nie da się wyzwolić nawet kiedy dom runie już ku ziemi i powoli zamieni się w porośnięte mchem próchno.
Te domy nigdy nie powracają w snach. A więc ucieczka się udaje. Śni mi się za to ciągle ostatni dom. „Mój”, tak o nim mówiłam. Wraca i nie daje spokoju. Wokół panuje wieczne lato, ptaki zaglądają do okien. Mamy czas, czas jak wieczność, w nadmiarze, niekończący się i dobry. Obok strumień otula podwórko jak błękitna, połyskliwa chusta i oddziela nas lekką mgiełką od reszty świata. Wiem tylko tyle, że jestem. Więcej nie trzeba.
Wstaję i patrzę przez nieswoje okno na obcy krajobraz. Nie widać śladu drogi, wszystko zasypał śnieg. Nie ma powrotu, ani ucieczki, nie ma mowy o ruchu. Zasypana, w półśnie, w letargu, w niby to śmierci, kołyszę pod powiekami rodzące się drobiny wspomnień. Poddaję się zimie.
piątek, 17 października 2014
PALEC NOCY
To się co pewien czas powtarza, wraca, jak zły sen. Jest noc. Ciemność gęsta, jak zużyty smar. Cisza wypełnia każdą szparę. Wiąże się z ciemnością, jak piasek z wapnem w zaprawie. Cisza, ciemność i pustka murują mi grób.
Pustka. To nie wynik braku przedmiotów. Tych nie brakuje. Ani ludzi. Dwoje śpi za ścianą, za płotem sąsiad i jego żona. Pole ciągnie się aż pod las, po bokach zabudowania, droga, niedalekie miasto i jego blokowiska, arterie, ronda i skrzyżowania. A przecież jest pusto. Czuję to. Powietrze rozrzedza się i opada, jak drobiny kurzu wzbudzone ruchem, kiedy ruch zamiera.
Budzę się nagle. Jak na dźwięk budzika, ale budzi mnie cisza. Budzę się gotowa, z sercem w gardle, jakby za chwilę miało wydarzyć się coś, jakby się miało dziać. A tymczasem cisza nasłuchuje bicia mojego serca, bacznie obserwuje przyspieszony oddech, bada tętno, głęboko zagląda mi w oczy.
Budzę się nagle, gdy noc wyciąga ku mnie kościsty palec, wskazuje na mnie. Tym razem to ja mam na jej wezwanie otworzyć z przerażenia oczy i wbić je w sam środek ciemności. Strach chwyta za gardło. Palec nocy wskazuje dziś na mnie. Ale będzie mi darowane. Dziś jeszcze nie. Jeszcze nie tym razem. To tylko próba. Ćwiczenia przed tą jedyną nocą, tą prawdziwie ciemną, milczącą i pustą. Cement, piach i woda. Gęsta ciemność wypełnia mi usta. Duszno jest, a każdy ruch to wysiłek. Lepiej nie robić nic. Trwać wpatrując się w oczy nocy. Nie spuszczać jej z oka, aż sama w końcu odwróci się i rozpłynie w świetle poranka.
Nawet gdybyś tu był, przy mnie, tej nocy, nic by to nie dało. Ani twój równy oddech, ani ciepło ciała, ani senna obecność, nic nie rozproszy ciemności, nic nie wypełni pustki. Mrok i tak oddzieli nas od siebie. Nie możemy sobie w niczym pomóc. W pustym grobie nocy tkwimy samotni bardziej niż kiedykolwiek, zamurowani ciszą i pustką, z dala od światła, bez nadziei na dzień.
A potem przyszedł świt. Piłam kawę i patrzyłam, jak sobie poczyna z nocą, jak ją obezwładnia, a potem delikatnie układa jej smagłe ciało poza linią horyzontu. To się powtarza co pewien czas. Trzeba być przygotowanym.
piątek, 3 października 2014
PRZEDŚWIT
Budzę się przed świtem i czekam. Cisza o tej porze, nawet tu, jest doskonała, dojrzała i pełna, jak kropla, która za moment spadnie. Wpatruję się w lnianą tkaninę zasłon. Widzę, jak powoli nasiąka światłem. Najpierw poranek jest jak złudzenie. Ale po chwili biel rozwadnia ciemność, rozcieńcza, by na koniec zatryumfować. Absolutny dzień.
Tylko cienie przypominają o nocy. Trzymają się nas kurczowo, wierne i wyczekujące. Psy nocy.
Leżę. Nie wiem po co budzi mnie przedświt. Może coś wtedy się zmienia, coś pęka z jękiem, coś z trzaskiem łamie się na pół, coś-się-staje. Budzi mnie oczekiwanie. Każdego dnia. Może dlatego, że moje myśli znów wyruszają w drogę. Nie ma spokoju, jest reisefieber. Znów to samo.
We wrześniu rozpoczęliśmy czwarty rok exodusu. Wędrujemy, zatrzymujemy się na odpoczynek i znów w drogę, ku nieznanemu. Nieregularny rytm to podrywa nas do działania, to zatrzymuje w miejscu dając złudzenie zamieszkiwania, ukorzeniania się. Można oszaleć od tego. Kiedyś interwały bycia miały swój czas, rytm był regularny, miarowy, jak bicie serca. Teraz byłoby to co najwyżej serce królika pędzącego byle dalej przed własnym strachem.
A więc znów trzeba zebrać te wszystkie niepotrzebne konieczności, spakować w pudła i resztką sił przenieść w nowe miejsce. Trzeba wierzyć, że z każdym ruchem, z każdym kawałkiem drogi, jesteśmy coraz bliżej, trzeba wierzyć, inaczej wszystko to nie ma sensu. Tylko co jest u kresu? Jaki jest cel tej podróży? Dawno już przestaliśmy to wiedzieć, zgubiliśmy się i odtąd jest tylko błądzenie.
Kiedyś zdawało mi się, że jestem.
Teraz wydaje mi się, że wędruję.
Kiedyś pomyślę – nigdy nie istniałam.
Świt się dopełnia. Znów samochód pełen gratów i znowu szary plaster drogi, który przemierzymy bez niecierpliwości, z przyzwyczajenia. Nasza wyobraźnia przestała sięgać dalej niż na jeden, kolejny krok. I koniec, dalej nie ma nic. Cała przyszłość dopiero się stanie, jak dzień, który za każdym razem może nie nadejść.
niedziela, 28 września 2014
POD KRZAKIEM PORZECZKI
Dziwne, ale kiedy sięgam pamięcią wstecz, do czasów dzieciństwa, nie pamiętam nikogo z dorosłych. Pamiętam siebie, las pamiętam, zapach roztartych w palcach liści czarnej porzeczki, słoneczne odblaski na powierzchni rzeki i na korze brzóz. Pamiętam miejsca, chwile, zabawy, ot na przykład rozgniatanie na ubitej drodze białych kulek śnieguliczki, ale nie pamiętam dorosłych. Gdzie oni byli? Gdzie są, gdzie się podziali?
Nie. Byłabym zapomniała. Pamiętam. Jedyną osobą jest babcia. Widzę w pamięci wnętrze kuchni. Ogień w piecu huczy, babcia w fartuchu, siada, a potem bierze mnie na kolana. W telewizji leciała Barbapapa, tak się to chyba nazywało. Babcia ma włosy splecione w koczek. Jest prawdziwa. Ile mogłam mieć lat? Miesięcy? Umarła kiedy kończyłam półtora roku. - Niemożliwe, że pamiętasz – słyszę – to opowieści sprawiły, że sobie możesz wyobrazić.
Nie. Jedyną osobą, którą niemożliwie pamiętam, jest babcia. Wiem, że to ona.
Mieszkaliśmy w głębi lasu. Droga od szosy wiła się, rozdzielała, wiodła, a to przez otwarte wrzosowiska, a potem znów ginęła pomiędzy drzewami. Jakieś trzy kilometry od szosy na Busko, w lesie, stał stary dom. Pamiętam. Tak, dom pamiętam. Pokój z werandą i słońce. Zdaje mi się nawet, że widzę siebie, jak leżę na łóżku, obudzona rankiem i zachwycam się światłem, łapię je w ręce. Ile mogłam wtedy mieć? Może pół roku? Niemożliwe, podobno. Pamiętam tylko niemożliwe.
W domu były schody na strych. Na strychu skrzynia, a w skrzyni moje pierwsze lalki – krasnoludki zrobione z gliny na powyginanym drucie. Dziadek uszył im czerwone czapeczki, koszulki, portki. Wyciągałam je ze skrzyni i nasłuchiwałam, co też mają mi do opowiedzenia. Ot, taka zabawa: patrzenie i słuchanie.
Pamiętam przestrzeń. Lasy wokół, ciągnące się za stodołą pola i sady, otwartą i zamkniętą drzewami, nieskończoną i poruszającą przestrzeń. Chowałam się przed nią w krzakach porzeczek. Zdawało mi się, że mogę tam zostać na zawsze. Na gałązkach wisiały owoce, obok rósł rabarbar, siedziałam w tych krzakach i jadłam. Kiedy po latach czytałam opowiadanie Astrid Lindgren o siostrze, która spadła pod krzak róży i zamieszkała tam, w ziemi, pomyślałam, że jeśli miałam jakąś siostrę, to jej dom musiał być ukryty właśnie tam, koło porzeczek.
Nie pamiętam zimy. Ten czas zasypywał śnieg. Prawdopodobnie przeczekiwaliśmy go przy białym, kaflowym piecu, przesypialiśmy, jak rodzina muminków, żeby ożyć wiosną.
Pamiętam psa. Był dla mnie kimś bliskim i dalekim zarazem. Nie mogliśmy się porozumieć, chociaż towarzyszyliśmy sobie często. Wchodziłam do jego budy i opowiadałam mu coś, albo śpiewałam. Ale przypominało to rozmowy obcokrajowców, pełnych dobrych chęci, ale pozbawionych narzędzi – słów, na zawsze jakoś sobie obcych.
A dorosłych nie pamiętam. Być może po prostu nigdy nikogo tam nie było. Wszyscy w pracy, zajęci, nieobecni. Nikt nie miał czasu, by siedzieć ze mną pod krzakiem porzeczki, albo żeby mnie zaprowadzić w swoje tajemne miejsca, żeby opowiedzieć mi swoje historie, potowarzyszyć.
Myślę o tym teraz kiedy cisza otacza mnie szczelnie i wypełnia dom, jak dym. Niedługo zrobi się głośno, wrócą dzieci, będą opowiadać, kłócić się, robić wokół swoje kolorowe zamieszanie. Skończy się czas ciszy. Czas, który jest dla mnie jak podróż. Wracam tam tak, jak się wraca do kogoś bliskiego, wracam do pustki i przestrzeni tak, jak inni wracają do rodzinnego domu.
Kiedy dzieci wyfruną na dobre, będę i ja mogła na dobre powrócić. Skończy się czas niepotrzebnych słów. Będzie można patrzeć jak światło wspina się na drzewa, obserwować jego ciepłą dłoń na skórze i na zawsze zamieszkać pod krzakiem porzeczki.
czwartek, 25 września 2014
NADCIĄGA JESIEŃ
Jesteśmy tu z kicią same. Patrzymy przez okno jak jesień zdmuchuje z pola resztki lata. Nie jest źle, dzień słoneczny, ale jakoś inaczej już. Zimny wiatr. Kicia szuka ciepła na parapecie. Wypręża grzbiet do słońca i zlizuje je szorstkim językiem.
Wczoraj nad Sanokiem leciały żurawie. Wołały z góry do nas. Pewnie chciały, żeby lecieć z nimi, ale nie zrozumieliśmy na czas. Niebo nad nami zamknęło się i ciemność wypełniła powietrze ciszą. Znów zostaliśmy tu, zagapieni. Z poczuciem, że nas coś ciągle omija. Nie potrafimy nadążyć, załapać się, zostajemy z tym poczuciem. Jakaś taka smutna noc po żurawim odlocie. Inaczej już jest, wiadomo.
Kicia się bawi skórką z chleba, która spadła na podłogę, któregoś z tych dni, których już nie liczę. Coś spada, coś leży, zostaje tak na wieki wieków, albo ulega procesom, albo jest ewentualnie zjadane przez Kicię lub mysz i tak sobie tu jesteśmy ja i wszystkie inne resztki. I bezwład przedmiotów i myśli w opustoszałym, obcym domu. Same przymiotniki wypełniają przestrzeń, bo nie dzieje się nic. Czasem pojedynczy, koci spazmatyczny ruch, jak krótkie cięcie, mrugnięcie okiem. I znów nic.
Ja też się bawię. Przechodzę z miejsca na miejsce, z pokoju do pokoju i patrzę, jak światło wypełnia przestrzeń. Wyglądam z każdego okna. Sprawdzam, czy jesień równomiernie nadciąga. Słucham dochodzących mnie dalekich odgłosów, mierzę odległości, wyznaczam dystanse. Nie mamy nic do zrobienia. I to jest cała prawda, którą odnajduję w pustym domu. Nawet jeśli zajmiemy ręce tym, czy owym, zaprzątniemy głowę tamtym, czy innym, faktycznie jest tylko cisza, naprawdę istnieje tylko pustka, a milczenie to najdoskonalszy sposób mówienia.
To tu, w dole. W górze ci, co uchodzą przed wieczną zimą, pędzą na południe gnani zimnym wiatrem, prowadzeni gasnącym słońcem. Nie mówię nie. Może w przyszłym roku się uda. Wyrwiemy się i polecimy, porzucimy zimny wiatr, pożegnamy smutne, mdłe słońce północy, dla innego, lepszego. Może. Ale pewnie najdalej wiosną zapomnimy o tej obietnicy, wiosną znów będzie się zdawało, a lato zamknie nam oczy.
wtorek, 24 czerwca 2014
KU MINIONEMU
Mijają trzy lata i mam wrażenie, że historia się zamyka, że kończy się ta opowieść, którą snuję odkąd wyruszyłam. We wrześniu, trzy lata temu zmienił mi się widok z okna, a wraz z nim i moje widzenie stało się inne. Nowa perspektywa. Kiedy myślę o tym, zdaje mi się, że przyjęłam perspektywę krzaka tarniny, że patrzyłam na świat z przydrożnego rowu błękitnym okiem cykorii, żółtym spojrzeniem kaczeńca. Zbliżyliśmy się ze sobą, ja i przestrzeń, ja i cisza i parasol nieba rozciągnięty nad głową.
A potem wszystko to, co zdążyłam sobie zbudować rozpadło się w jednej chwili i obudziłam się tu, gdzie jestem z tą jasną i wyrazistą myślą, że czas wracać, że z jakichś powodów nie ma tu już dla mnie miejsca. Przestrzeń i czas tego świata wypełniają już inni ludzie, a mój czas wyczerpał się.
Ten moment, kiedy patrzy się wstecz, to czas podsumowania, pakowanie wspomnień, porządkowanie wrażeń, upychanie minionych chwil. Nie trzeba wchodzić w szczegóły, oceniać, porównywać. Można natomiast podsumować, spojrzeć na to wszystko z góry, z pewnego oddalenia.
Wyruszam stąd z bagażem cięższym niż ten, z którym przed trzema laty wyjechałam z domu. Dźwigam smutek niepowodzenia, żal niespełnionych marzeń, samotność. Wracam z piętnem czasu na twarzy, z włosami poznaczonymi śmiercią, jak drzewo, które oznaczono na ścięcie. Wracam, bo tu, gdzie teraz jestem, uschnę przedwcześnie jak ścięty kwiat.
Wiem też, że miejsca, z którego wyruszyłam już nie ma. Nie ma domu, w którym można by odpocząć, rozpakować manatki i żyć. Powrót zamieni się w nową włóczęgę. Poczucie obcości - przekleństwo tych, co porzucili dom - będzie mi odtąd towarzyszyć gdziekolwiek będę. Tęsknota zwielokrotni się, obejmie nie tylko minione lata, ale także porzucony niegdyś dom. Pragnienie swojego miejsca będzie mnie palić jak ogień, będzie mi doskwierać w coraz to nowych miejscach, które będą pretendowały do miana domu. Pamięć przypomina palimpsest. Wszystko tu jest obecne i wieczne. Warstwa po warstwie okrywają mnie wspomnienia, zapamiętane obrazy, zapachy, wrażenia piękne i straszne, są nieustannie obecne.
Dlatego wracać będę obciążona. Tego jestem pewna – przeszłości, która mnie nie opuści jak trudny partner, niechciany lokator. Ale co będzie z przyszłością? Nic o niej nie wiem. Ulepiona z wiatru, nieuchwytna, jak cienki tiul, na który przeszłość projektuje swoje mroczne filmy, wymyka się, kiedy chcę ją poznać. Wiem tyle - wyruszam, znowu, wstecz, a jednak przed siebie, porzucam kawałek nieswojego świata, który chciałam oswoić, nieswoje kąty, obce krajobrazy, język, który mnie śmieszy i dziwi, zwyczaje tubylców i bliskie sercu dzikie pustkowia.
Jadę szukać minionego.
Subskrybuj:
Posty (Atom)