wtorek, 7 kwietnia 2015

OSTATNIE DRZEWO

Ciąg dalszy włóczęgi. Nie swój dom i nie moje miasto. Budzę się co rano i patrzę na gładki mur kamienicy obok, który zasłania widok na niebo. Na murze odblask słońca i cień drzewa. Tańczą na wietrze. Wiosna powoli się budzi, słychać jak na niewidocznym drzewie śpiewają synogarlice. Za każdym razem myślę: dlaczego widzę tylko odblask i tylko cień, a nie słońce i drzewo? Dlaczego muszę tu być, skazana na zaledwie odbicia rzeczywistości, erzatz tego, co naprawdę. Od północy widać w oddali góry. Na górach bukowy, rdzawy las, ale wszystko z daleka, na odległość, jakby miasto bało się zaprosić lasu do siebie, jakby się obawiało jego wilgotnego ciepła. Po drugiej stronie rozciąga się wielkie nic, puste i nijakie, plastikowe butelki w krzakach, suche badyle i brzydota. Przez środek miasta, z zachodu na wschód przebiega rysa szosy. Tędy się jedynie przejeżdża dalej, nikt tu nie przystaje, bo i po co. Czasem, ktoś, przez przypadek, albo z konieczności, jak ja. Ale stąd się jedzie dalej, ku rdzawym lasom, ku górom, tam, gdzie widać z bliska prawdziwe drzewa, a cienie są jedynie dodatkiem, ornamentem. Dlaczego widzę tylko odblask i cień? Któregoś dnia obudził mnie hałas. Warczały piły. Ścięto drzewo. Kawałek po kawałku. Nie pomogły rozmowy, prośby i groźby. Jedyne drzewo w betonowym krajobrazie, w bałaganie bud, garaży i murów. Drzewo, które rzucało jedyny cień na martwą powierzchnię ściany, które potrafiło tańczyć na wietrze. Wyszedł ku nam ogrodowy krasnal – właściciel gładkiego muru, który ściął drzewo ze strachu, wyszedł krasnal – drwal, który nie chciał, ale musiał, bo mu zapłacili, a potem i krasnal miejski strażnik, który nie miał podstawy prawnej, by cokolwiek zrobić. Byli absolutnie pewni swego. Uświadamiam sobie, że to miasto zasiedlają ogrodowe krasnale odlane z tych samych, gotowych foremek, identyczne i sztywne, z przyklejonym uśmiechem, z czerwonym nosem, groteskowe i przerażająco nieżywe. Widać je jak okupują place i rogi ulic, wypełniają sklepy, przesiadują w urzędach i na przystankach. Wydają z siebie dźwięki przypominające słowa, ale nie potrafią rozmawiać. W głowie mają ten sam zastygły beton, a ich wyobraźnię zasiedla scalony piach. I tylko tyle. Tak trudno spotkać tu człowieka, żywego, jak to ścięte drzewo. A więc patrzyłam na odblask i cień, a teraz patrzę na plamę słońca na martwym murze. I wraca do mnie znowu wyczytane niegdyś zdanie „Nie zawsze tak będzie”, nie zawsze TAK będzie, może więc być gorzej, może nie pozostać nawet jedno drzewo w mieście ludzi – krasnali, martwym, betonowym i nudnym miasteczku, w którym drzewa ogląda się jedynie z daleka. I wyszła z tego buddyjska przypowieść. Mam nauczkę, której się nie spodziewałam. Chcę jednak wierzyć, że słowa: „Nie zawsze tak będzie” niosą mi jednak otuchę. Może, któregoś dnia, uda się opuścić to betonowe miasto, porzucić ciasne uliczki, warczenie i poszczekiwanie ogrodowych krasnali (tak, ogrodowe krasnale są jak podwórkowe burki, pilnują swego kwadracika betonowej przestrzeni i gryzą, jeśli zajdzie taka potrzeba). Może któregoś dnia uda się wyruszyć z mojego własnego zabetonowania? Na razie muszę tu być. Nie ma innej rady. Wypatruję cienia, wyobrażam sobie długie place drzewa w tańcu. I czekam na szczęśliwszy obrót spraw.

czwartek, 5 marca 2015

ZAPOWIEDZI

Budzę się rano i leżę z zamkniętymi oczami. Nie wiem skąd to się bierze, to uczucie. Mam wrażenie, że jestem tam, w domu nad potokiem, w dolinie, że tu, przez nieszczelne, stare okna, wpada ku mnie zapach otwartej przestrzeni, roślinnej wilgoci, a wszystko przetykane słońcem. Złote nici światła kładą mi się na twarzy. Ciepłe palce wiosennego poranka. Chciałoby się otworzyć oczy, wstać i dawnym zwyczajem, wyjść przed dom, by potwierdzić, że to wszystko jest faktycznie takie piękne, że to wszystko istnieje naprawdę. A potem wziąć wiadra i ruszyć ku studni. Przywitać dzwońca, który od świtu uwija się, by wyżywić rodzinę i zadośćuczynić wiośnie. Jest tylko cisza i ja, nie ma słów, jakby jeszcze nie zaistniały. Tylko wiatr w gałęziach i suchych trawach. Spomiędzy szarości powoli wyłania się zieleń. Potok jest wezbrany, pełny, jak piersi karmicielki. Zakamarki ziemi wydają zapach, który kojarzy się z ciemnością. Szerokie niebo przypomina rozpostarty na wietrze płaszcz. Być może zbiera się na drobny, wiosenny deszcz. Być może słońce zatryumfuje. Waży się to wszystko, wilgoć i chłód poranka przenika się z ciepłem. Wszystko tu jest, nic więcej nie trzeba. Tylko być, zostać. Nawet nie wiem kiedy czas teraźniejszy uwiarygodnił wyobrażenie. Jestem, czuję, idę, widzę. Po drabinie słów wdrapałam się do nieba, i stanęłam pośrodku. Słowa ocalają to, co już nie wróci, zatrzymują czas, dają martwym wspomnieniom drugie życie. Wszystko drga i prześwituje, jak fata mograna, a przecież jest. A teraz leżę z zamkniętymi oczami i tęsknię. Kołyszę pod powiekami obrazy, zapachy, odczucia, chłodny powiew wiatru na policzku – pocałunek poranka. Mija już rok odkąd straciłam dom, odkąd rozpoczęła się tułaczka. Widzę to dopiero teraz. Wcześniejsza wędrówka okazała się fikcją, tylko przeczuciem tułaczki, tylko jej nikłym cieniem, zapowiedzią. Ta prawdziwa pozbawiła mnie serca. Jakbym zostawiła je tam, na parapecie okna, zapatrzone w budzącą się zieleń, w wilgotny poranek. Na ścianie do dziś wisi portret ślubny dawnych właścicieli, stoi stare łóżko i szafa, jest niebieski piec, drewno na podłodze ciemnieje odmierzając upływający czas. Odkąd mnie tam nie ma, nie marzę już o niczym, za niczym nie tęsknię, donikąd nie podążam. Pielęgnuję obrazy, kolekcjonuję wspomnienia. Noszę w sobie stratę, jak martwe dziecko. Krok za krokiem podążam w nic. A każdy krok od nowa mnie definiuje i okazuje się krokiem milowym. Jedyne co mogę zrobić, to być, mieć oczy otwarte i nasłuchiwać. Być może bezdomność, której doświadczam jest dopiero zapowiedzią prawdziwej bezdomności, jedynie cieniem tej której doświadczę niebawem. „Nie zawsze tak będzie” - przeczytałam kiedyś i wiem już, że to zdanie jest doskonale wieloznaczne i zarazem doskonale prawdziwe.

piątek, 13 lutego 2015

MIASTO NIEPAMIĘCI

I znowu mam sny. Dziwne i niepokojące. Śnią mi się zwierzęta. Koń przywiązany grubą liną do jadącego samochodu, wleczony ulicą po asfalcie. co i raz dźwiga ciężki łeb, ale widać, że sił ma coraz mniej. A następnej nocy ptak. Zaprzyjaźniony. Skądś musieliśmy się znać z tym ptakiem. Skądś wiedzieliśmy, że się znamy. Ja i moje dzieci w pędzącym samochodzie, a ptak nad nami frunie próbując nas dogonić. Wyraźnie chciałby się tu do nas dostać, za wszelką cenę próbuje trafić w okno. Na próżno. Pikuje wprost w twardą blachę i ginie. Był jak zapomniany przez pomyłkę członek rodziny, jak ktoś, kto miał dla nas coś ważnego, o czym zapomnieliśmy, listonosz próbujący zatrzymać nas na chwilę w naszym pędzie. A dziś w nocy pojawił się wilk. Musiałam we śnie, zdaje się, znów mieszkać na wsi, bo wyjrzałam przez małe, krzywe okienko. Stał na skraju lasu i patrzył mi prosto w oczy. - Wilk – powiedziałam – spójrz (do kogo ja to mówiłam?). Spojrzałam ponownie, ale jego już tam nie było. Był za to wiosenny, piękny dzień. Słońce migotało w liściach. Kto to mógł być? Jakie wieści przynosił i z której strony nocy? Dużo ostatnio myślę o przeszłości, otaczam się nią, zupełnie tak, jak można otaczać się przyjaciółmi, pięknymi przedmiotami, czy muzyką. Nie pamiętam nic z tego, co mnie otacza, a jednak w jakiś sposób rozpoznaję, zatapiam się w gęstej materii minionego i sama staję się jej częścią. Czytam o przeszłości segalowskiego Miasteczka, oglądam stare fotografie, nasłuchuję i pozwalam wyobraźni działać. Cofam czas do tego rajskiego „sprzed”. Słyszę melodie, słowa, czuję zapachy, obserwuję gwar na Placu św. Michała. Małe święte skarby: domowy twaróg, mleko od krowy, jaja, każdy drobiazg pod delikatną spłachetką płótna, jak pod baldachimem. Targowisko codzienności, twarze, głosy, wszystko rozpływa się w świetle i trwa. A potem wieczność kończy się raptownie. Czasy ostateczne zaskakują jak nocny złodziej. Nikt się nie spodziewał. Na żydowskiej knajpie napis: tylko dla Aryjczyków. Czy żyją dziś potomkowie tego, który to napisał? Czy żyją nadal ci, którzy widząc napis odetchnęli z ulgą i odtąd, aż po sam kres bywali w tym miejscu w poczuciu swej niezbywalnej godności. Aż przyszedł czas, kiedy i ich rozebrano i doprowadzono do ostateczności. Został z nich tylko taki sam człowiek jak z tych leżących obok: Żydów, Cyganów. Podobno – jak pisze Segal – każdy kamień w tym mieście polany jest krwią. Jak kamień ofiarny. Za kogo ta ofiara? Do jakiego boga? Dziś nikt już nie wie, nikt nie pamięta. Może to o tym chciały mi opowiedzieć moje sny? Wczoraj poszłam na spacer, minęłam górkę, przekroczyłam szeroką ulicę, której nazwy nie mogę spamiętać, skręciłam w uliczkę i już byłam przy kirkucie. Smutny widok. W obłażącym śniegu, w strupach dogorywającej zimy macewy stoją na baczność w nienaturalnym porządku. A dalej pustka, zwykła bezbronna pustka zamknięta na wszelki wypadek na cztery spusty. Jakby co. Jakby ktoś chciał wstać i wyjść i opowiedzieć i przypomnieć o sobie. Dlatego wysoki płot i kłódka na bramie, a macewy tylko stoją i patrzą. Czy patrzą na wschód? Oparłam głowę o bramę. Nasłuchiwałam. Miasteczko zapomniało już skąd w nim taka rana, skąd okrągłe okna bożnicy, łamany dach synagogi. Gdzie podziały się inne domy modlitwy, gdzie błogosławiące mezuzy w futrynach, małe warsztaty, gdzie mieszkańcy niskich, skromnych domów, gdzie piątkowe świece i modlitwy? Teraz bierze ulice w swoje pewne i twarde, męskie posiadanie kościół. Głoszą je na placach i rogach ulic trzeszczące megafony. Moje Miasto,. Moje Miasto, tylko moje moje Miasto! A przy Zamkowej cicho stoi cerkiew. Naprzeciwko znów świętują Pięćdziesiątnicę. Bo przecież wszyscy tak samo oczekujemy. Myślę ostatnio i o moich przodkach. Raczej sobie wyobrażam, niż wiem cokolwiek. Chodząc uliczkami segalowskiego Miasteczka myślę o tym, że wszystkie te miejsca były kiedyś do siebie podobne. Kościół, cerkiew, synagoga, niskie domki ze schodami na ulicę, na których przysiadali starcy i dzieci. Sanok, Lublin, Bełz, Szczebrzeszyn, a także i Grodzisk Mazowiecki, choć bez swojej cerkwii, ale z Synagogą, kirkutem, cebularzami, które do dziś pozostały jak ślad, wspomnienie, żydowska magdalenka. W archiwum, w dziale „handel żydowski” znalazłam notkę „Skład tkanin braci Sarneckich”, a potem jeszcze reklama na teatralnych afiszu. Interes musiał kwitnąć lubelskim mecenasom kultury. W reklamie hasło: sklep urządzony artystycznie. Dziadek już przed wojną był w ZAP, podobno za okupacji handlował obrazami. Jak to się stało, że przetrwał? Jak mu było, kiedy patrzył na lubelski koniec świata, na ciemny wir, który pochłaniał po kolei uliczki, sklepiki, szyldy i schody, który porywał wraz z tym wszystkim także mieszkańców: małego, bosego smyka z pejsami zabawnie zawiniętymi za uszy i starca z brodą sięgającą piersi, o mądrych przenikliwych oczach. Pociągnął w ciemność piękne przyjaciółki ze szkolnej ławy, także tę jedyną, której dziadek nie zdążył nic powiedzieć, choć nosił się z tym od dawna. Jak mu z tym było? Został on i żona, o ironio, rodzinne ziemie mojej babci posłużyły jako gleba pod śmiertelne żniwo. Majdanek – nasze dziedzictwo. Trudno jest tak po prostu nie pamiętać. I teraz, kiedy niepokoją mnie we śnie zwierzęta przychodzące z wieścią z drugiej strony nocy myślę, że tak właśnie boli pamięć, pamięć wypłukana czasem, dziurawa, kulawa i niepełna. Pamięć, która domaga się opowieści, ale potrafi tylko wyrażać się za pomocą nieczytelnych metafor, wysyła forpoczty, a poza tym, za dnia, milczy jak grób. Póki tu jestem, będę zaglądać na kirkut i wędrować ulicami Miasteczka próbując odsłaniać niewidzialne warstwy czasu, zaglądać pomiędzy nie i czytać, czytać minione.

poniedziałek, 26 stycznia 2015

DZIENNIK CHOROBY

Bezdomność jest jak choroba. Przez małą szczelinę wdziera się do środka, infekuje, zakaża myśli, zatruwa sny. Choroba w ciele rozrasta się. Powoli staje się tym, w kim zamieszkuje. Staje się mną. Przyglądam się temu, siedząc na skraju zimy, w świecie, który topnieje w oczach, albo znów konwulsyjnie, na moment zamiera, zastyga w mroźnym bezruchu. Patrzę przez nie swoje okno na obcy krajobraz, który przypomina nieustannie o bezdomności. I nasłuchuję. W moim ciele choroba toruje sobie drogę. Powoli granica między mną, a nią, zaciera się. W końcu zanika w ogóle. Jestem bezdomnością. Uosobieniem braku, przestrzenią bez kierunków, nieustannym ruchem. Za oknem znów białe przykrywa czarne, tężeją oczy kałuż, język chodnika jest śliski i blady. Nie ma już między nami różnicy, nie ma granicy między mną, a nią. Od tej chwili niosę ją w sobie, jak monstrancja, oto jest, patrzcie. Tak może być i z wami, wystarczy niewiele, drobny gest, odcięcie lin, a potem statek dryfuje w nieznane. Amen. Łapię się na tym, że wyszukuję z minionych zdarzeń zapowiedzi tego, co ma nastąpić. Z czasów udomowienia wyłuskuję znaki, które teraz dobrze rozumiem. Także i ten nieudany samobój sprzed lat, groteskowy gest dziecka, teraz widzę już inaczej, jako ślad i znamię niezadomowienia. Gdybym wiedziała to wcześniej, gdybym widziała, czytała i rozumiała, byłabym dziś przygotowana, czekałabym gotowa, siedziałabym na swoich spakowanych walizkach od tamtego czasu, przy drzwiach, by w odpowiednim momencie ruszyć. Pozbawiona żalu i tęsknoty. To miałabym już dawno poskładane w kostkę i upchnięte na samo dno. A tak, wciąż pozostaję nowicjuszem i uczę się jak dziecko opuszczać, tracić, zostawiać. Aż mi wstyd. Choroba krąży we krwi. Nie umiem już wrócić. Drogi zasypał śnieg. A jednak wciąż wyruszam w poszukiwaniu, by potem stracić pewność i zawrócić. Zawracając zaś, mylę drogę. Za każdym razem jestem gdzie indziej. Co pewien czas otwieram stronę z ogłoszeniami o domach na sprzedaż. Stoją tam, jak sieroty z oczami pustymi i pozbawionymi złudzeń. Figurują na marnych fotografiach, zawstydzone swoim bezowocnym istnieniem. Czasem dzwonię i umawiam się na oglądanie. Wchodzę i nasłuchuję. Zbieram zapachy życia, które gromadzą się w kątach, rejestruję wszelkie ślady i pozostałości minionego. Szukam domów, które przypominają starych ludzi. Zmarszczony i pękający tynk, farba odłażąca ze ścian. Chylący się dach i mętne oko studni. Zapach starego życia, stęchły i wilgotny, warstwy, kolory, wzorki, minione piękno migocze na ścianach. Stare domy umierają z wdziękiem. Chciałabym im towarzyszyć tak, jak towarzyszy się ludziom. Dotykać jeszcze żywych, ciepłych belek ścian, patrzeć przez krzywe okna, próbować zrozumieć i zapamiętać krajobraz wokół. A jednak rezygnuję. - Dziękuję – mówię – zadzwonię w przyszłym tygodniu. I nie dzwonię. Dopada mnie duszne poczucie przywiązania, lęk przed przyzwyczajeniem, obawa przed miłością i więzią, z której nie da się wyzwolić nawet kiedy dom runie już ku ziemi i powoli zamieni się w porośnięte mchem próchno. Te domy nigdy nie powracają w snach. A więc ucieczka się udaje. Śni mi się za to ciągle ostatni dom. „Mój”, tak o nim mówiłam. Wraca i nie daje spokoju. Wokół panuje wieczne lato, ptaki zaglądają do okien. Mamy czas, czas jak wieczność, w nadmiarze, niekończący się i dobry. Obok strumień otula podwórko jak błękitna, połyskliwa chusta i oddziela nas lekką mgiełką od reszty świata. Wiem tylko tyle, że jestem. Więcej nie trzeba. Wstaję i patrzę przez nieswoje okno na obcy krajobraz. Nie widać śladu drogi, wszystko zasypał śnieg. Nie ma powrotu, ani ucieczki, nie ma mowy o ruchu. Zasypana, w półśnie, w letargu, w niby to śmierci, kołyszę pod powiekami rodzące się drobiny wspomnień. Poddaję się zimie.

piątek, 17 października 2014

PALEC NOCY

To się co pewien czas powtarza, wraca, jak zły sen. Jest noc. Ciemność gęsta, jak zużyty smar. Cisza wypełnia każdą szparę. Wiąże się z ciemnością, jak piasek z wapnem w zaprawie. Cisza, ciemność i pustka murują mi grób. Pustka. To nie wynik braku przedmiotów. Tych nie brakuje. Ani ludzi. Dwoje śpi za ścianą, za płotem sąsiad i jego żona. Pole ciągnie się aż pod las, po bokach zabudowania, droga, niedalekie miasto i jego blokowiska, arterie, ronda i skrzyżowania. A przecież jest pusto. Czuję to. Powietrze rozrzedza się i opada, jak drobiny kurzu wzbudzone ruchem, kiedy ruch zamiera. Budzę się nagle. Jak na dźwięk budzika, ale budzi mnie cisza. Budzę się gotowa, z sercem w gardle, jakby za chwilę miało wydarzyć się coś, jakby się miało dziać. A tymczasem cisza nasłuchuje bicia mojego serca, bacznie obserwuje przyspieszony oddech, bada tętno, głęboko zagląda mi w oczy. Budzę się nagle, gdy noc wyciąga ku mnie kościsty palec, wskazuje na mnie. Tym razem to ja mam na jej wezwanie otworzyć z przerażenia oczy i wbić je w sam środek ciemności. Strach chwyta za gardło. Palec nocy wskazuje dziś na mnie. Ale będzie mi darowane. Dziś jeszcze nie. Jeszcze nie tym razem. To tylko próba. Ćwiczenia przed tą jedyną nocą, tą prawdziwie ciemną, milczącą i pustą. Cement, piach i woda. Gęsta ciemność wypełnia mi usta. Duszno jest, a każdy ruch to wysiłek. Lepiej nie robić nic. Trwać wpatrując się w oczy nocy. Nie spuszczać jej z oka, aż sama w końcu odwróci się i rozpłynie w świetle poranka. Nawet gdybyś tu był, przy mnie, tej nocy, nic by to nie dało. Ani twój równy oddech, ani ciepło ciała, ani senna obecność, nic nie rozproszy ciemności, nic nie wypełni pustki. Mrok i tak oddzieli nas od siebie. Nie możemy sobie w niczym pomóc. W pustym grobie nocy tkwimy samotni bardziej niż kiedykolwiek, zamurowani ciszą i pustką, z dala od światła, bez nadziei na dzień. A potem przyszedł świt. Piłam kawę i patrzyłam, jak sobie poczyna z nocą, jak ją obezwładnia, a potem delikatnie układa jej smagłe ciało poza linią horyzontu. To się powtarza co pewien czas. Trzeba być przygotowanym.

piątek, 3 października 2014

PRZEDŚWIT

Budzę się przed świtem i czekam. Cisza o tej porze, nawet tu, jest doskonała, dojrzała i pełna, jak kropla, która za moment spadnie. Wpatruję się w lnianą tkaninę zasłon. Widzę, jak powoli nasiąka światłem. Najpierw poranek jest jak złudzenie. Ale po chwili biel rozwadnia ciemność, rozcieńcza, by na koniec zatryumfować. Absolutny dzień. Tylko cienie przypominają o nocy. Trzymają się nas kurczowo, wierne i wyczekujące. Psy nocy. Leżę. Nie wiem po co budzi mnie przedświt. Może coś wtedy się zmienia, coś pęka z jękiem, coś z trzaskiem łamie się na pół, coś-się-staje. Budzi mnie oczekiwanie. Każdego dnia. Może dlatego, że moje myśli znów wyruszają w drogę. Nie ma spokoju, jest reisefieber. Znów to samo. We wrześniu rozpoczęliśmy czwarty rok exodusu. Wędrujemy, zatrzymujemy się na odpoczynek i znów w drogę, ku nieznanemu. Nieregularny rytm to podrywa nas do działania, to zatrzymuje w miejscu dając złudzenie zamieszkiwania, ukorzeniania się. Można oszaleć od tego. Kiedyś interwały bycia miały swój czas, rytm był regularny, miarowy, jak bicie serca. Teraz byłoby to co najwyżej serce królika pędzącego byle dalej przed własnym strachem. A więc znów trzeba zebrać te wszystkie niepotrzebne konieczności, spakować w pudła i resztką sił przenieść w nowe miejsce. Trzeba wierzyć, że z każdym ruchem, z każdym kawałkiem drogi, jesteśmy coraz bliżej, trzeba wierzyć, inaczej wszystko to nie ma sensu. Tylko co jest u kresu? Jaki jest cel tej podróży? Dawno już przestaliśmy to wiedzieć, zgubiliśmy się i odtąd jest tylko błądzenie. Kiedyś zdawało mi się, że jestem. Teraz wydaje mi się, że wędruję. Kiedyś pomyślę – nigdy nie istniałam. Świt się dopełnia. Znów samochód pełen gratów i znowu szary plaster drogi, który przemierzymy bez niecierpliwości, z przyzwyczajenia. Nasza wyobraźnia przestała sięgać dalej niż na jeden, kolejny krok. I koniec, dalej nie ma nic. Cała przyszłość dopiero się stanie, jak dzień, który za każdym razem może nie nadejść.

niedziela, 28 września 2014

POD KRZAKIEM PORZECZKI

Dziwne, ale kiedy sięgam pamięcią wstecz, do czasów dzieciństwa, nie pamiętam nikogo z dorosłych. Pamiętam siebie, las pamiętam, zapach roztartych w palcach liści czarnej porzeczki, słoneczne odblaski na powierzchni rzeki i na korze brzóz. Pamiętam miejsca, chwile, zabawy, ot na przykład rozgniatanie na ubitej drodze białych kulek śnieguliczki, ale nie pamiętam dorosłych. Gdzie oni byli? Gdzie są, gdzie się podziali? Nie. Byłabym zapomniała. Pamiętam. Jedyną osobą jest babcia. Widzę w pamięci wnętrze kuchni. Ogień w piecu huczy, babcia w fartuchu, siada, a potem bierze mnie na kolana. W telewizji leciała Barbapapa, tak się to chyba nazywało. Babcia ma włosy splecione w koczek. Jest prawdziwa. Ile mogłam mieć lat? Miesięcy? Umarła kiedy kończyłam półtora roku. - Niemożliwe, że pamiętasz – słyszę – to opowieści sprawiły, że sobie możesz wyobrazić. Nie. Jedyną osobą, którą niemożliwie pamiętam, jest babcia. Wiem, że to ona. Mieszkaliśmy w głębi lasu. Droga od szosy wiła się, rozdzielała, wiodła, a to przez otwarte wrzosowiska, a potem znów ginęła pomiędzy drzewami. Jakieś trzy kilometry od szosy na Busko, w lesie, stał stary dom. Pamiętam. Tak, dom pamiętam. Pokój z werandą i słońce. Zdaje mi się nawet, że widzę siebie, jak leżę na łóżku, obudzona rankiem i zachwycam się światłem, łapię je w ręce. Ile mogłam wtedy mieć? Może pół roku? Niemożliwe, podobno. Pamiętam tylko niemożliwe. W domu były schody na strych. Na strychu skrzynia, a w skrzyni moje pierwsze lalki – krasnoludki zrobione z gliny na powyginanym drucie. Dziadek uszył im czerwone czapeczki, koszulki, portki. Wyciągałam je ze skrzyni i nasłuchiwałam, co też mają mi do opowiedzenia. Ot, taka zabawa: patrzenie i słuchanie. Pamiętam przestrzeń. Lasy wokół, ciągnące się za stodołą pola i sady, otwartą i zamkniętą drzewami, nieskończoną i poruszającą przestrzeń. Chowałam się przed nią w krzakach porzeczek. Zdawało mi się, że mogę tam zostać na zawsze. Na gałązkach wisiały owoce, obok rósł rabarbar, siedziałam w tych krzakach i jadłam. Kiedy po latach czytałam opowiadanie Astrid Lindgren o siostrze, która spadła pod krzak róży i zamieszkała tam, w ziemi, pomyślałam, że jeśli miałam jakąś siostrę, to jej dom musiał być ukryty właśnie tam, koło porzeczek. Nie pamiętam zimy. Ten czas zasypywał śnieg. Prawdopodobnie przeczekiwaliśmy go przy białym, kaflowym piecu, przesypialiśmy, jak rodzina muminków, żeby ożyć wiosną. Pamiętam psa. Był dla mnie kimś bliskim i dalekim zarazem. Nie mogliśmy się porozumieć, chociaż towarzyszyliśmy sobie często. Wchodziłam do jego budy i opowiadałam mu coś, albo śpiewałam. Ale przypominało to rozmowy obcokrajowców, pełnych dobrych chęci, ale pozbawionych narzędzi – słów, na zawsze jakoś sobie obcych. A dorosłych nie pamiętam. Być może po prostu nigdy nikogo tam nie było. Wszyscy w pracy, zajęci, nieobecni. Nikt nie miał czasu, by siedzieć ze mną pod krzakiem porzeczki, albo żeby mnie zaprowadzić w swoje tajemne miejsca, żeby opowiedzieć mi swoje historie, potowarzyszyć. Myślę o tym teraz kiedy cisza otacza mnie szczelnie i wypełnia dom, jak dym. Niedługo zrobi się głośno, wrócą dzieci, będą opowiadać, kłócić się, robić wokół swoje kolorowe zamieszanie. Skończy się czas ciszy. Czas, który jest dla mnie jak podróż. Wracam tam tak, jak się wraca do kogoś bliskiego, wracam do pustki i przestrzeni tak, jak inni wracają do rodzinnego domu. Kiedy dzieci wyfruną na dobre, będę i ja mogła na dobre powrócić. Skończy się czas niepotrzebnych słów. Będzie można patrzeć jak światło wspina się na drzewa, obserwować jego ciepłą dłoń na skórze i na zawsze zamieszkać pod krzakiem porzeczki.